- Projekt ustawy znanej jako "lex szarlatan" ma umożliwić Rzecznikowi Praw Pacjenta skuteczniejszą walkę z osobami oferującymi niepotwierdzone naukowo terapie.
- Obecne przepisy ograniczają działania rzecznika wyłącznie do podmiotów leczniczych, co utrudnia ściganie szarlatanów i oszustów.
- Nowelizacja przewiduje możliwość nakładania wysokich kar. Komu grożą?
- Według raportu DigitalPoland 80 procent Polaków zetknęło się z dezinformacją zdrowotną, a znaczna część społeczeństwa wierzy w fałszywe teorie dotyczące zdrowia.
- W swojej pracy spotykam się nie tylko z konsekwencjami samej choroby nowotworowej, ale niekiedy też ze skutkami dezinformacji i fałszywej nadziei. Często prowadzi to do utraty czasu, a w onkologii dziecięcej czas jest kluczowy. Dzieci chorują i umierają szybko, więc dezinformacja zabiera czas, który powinniśmy mieć na włączenie adekwatnej terapii - mówiła w środę prof. Anna Raciborska, kierownik Kliniki Onkologii Klinicznej i Chirurgii Onkologicznej w Instytucie Matki i Dziecka, podczas konferencji prasowej poświęconej projektowi ustawy "lex szarlatan".
Rzecznik często ma związane ręce
Projekt nowelizacji ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta (RPP) oraz ustawy o systemie powiadamiania ratunkowego, znany szerzej jako "lex szarlatan", który wczoraj, niemal rok po przekazaniu do konsultacji społecznych, został przyjęty przez rząd, ma dać rzecznikowi narzędzia do skutecznej walki z pseudomedycyną. Teraz ma on związane ręce, nawet jeśli identyfikuje jakąś praktykę jako szkodliwą i oszukańczą.
- Obecne uregulowania prawne nie pozwalają instytucji rzecznika zajmować się oszustami i szarlatanami, bo może podejmować działania tylko wobec podmiotów leczniczych. Stąd potrzeba zmian. To, co teraz możemy robić i co robimy, to zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa. Niestety, nie do końca jest to skuteczne - tłumaczył rzecznik praw pacjenta Bartłomiej Chmielowiec.
Jak dodał, oszukani pacjenci rzadko zgłaszają się do organów ścigania czy rzecznika, bo wstydzą się lub boją, a prokuratura czy policja potrzebują zeznań ofiar, czyli namacalnych dowodów na to, że konkretnemu pacjentowi stała się krzywda. Na ten problem zwracał też uwagę prof. Jacek Jassem, onkolog z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
- Kilka lat temu poprosiliśmy Prokuraturę Generalną, by podała, ile śledztw zostało wszczętych przeciwko ludziom trudniącym się takimi praktykami. Musieliśmy udowodnić, że jest interes społeczny takiego zapytania. Podaliśmy go, ale informacji nie udzielono nam nigdy. Prawdopodobnie dlatego, że tych śledztw z oskarżenia publicznego prawie nie było - powiedział.
Czy to pseudomedycyna? Ocenią eksperci
Sytuacja zmieni się diametralnie, jeśli ustawa "lex szarlatan" wejdzie w życie. Rzecznik Praw Pacjenta, w drodze postępowania administracyjnego, będzie mógł nałożyć karę, nawet do miliona złotych, jeśli stwierdzi, że ktoś bez uprawnień próbuje diagnozować i leczyć, i proponowane przez niego metody nie znajdują potwierdzenia w wiedzy medycznej oraz że chce w ten sposób uzyskać korzyść materialną lub osobistą. Co ważne, nie będzie to decyzja pojedynczego urzędnika.
- Za każdym razem w ramach naszych działań będziemy współpracować z ekspertami i instytucjami związanymi z ochroną zdrowia. Za każdym razem będzie to oparte o aktualną wiedzę merytoryczną - zapewniał Bartłomiej Chmielowiec. Wyjaśnił, że nie sposób z góry określić katalog usług pseudomedycznych, będących obiektem działań.
Jako jeden z przykładów podał diety - skuteczne przecież we wspomaganiu leczenia chorób takich jak nadciśnienie tętnicze. Jeśli jednak ktoś będzie przekonywał, że cudowna dieta wyleczy chorego z choroby nowotworowej, to już będzie to przesłanka do wszczęcia postępowania.
"Widziałam pacjentów, którzy mieli opóźnione leczenie"
Zdaniem lekarzy, największym zagrożeniem, związanym z szerzeniem się praktyk pseudomedycznych, jest odciąganie chorych od leczenia o ugruntowanej skuteczności na rzecz metod niemających żadnego potwierdzenia w dowodach naukowych. Ceną jest czas. I zdrowie, a nawet życie, bo stracony czas to często zabrana szansa na wyleczenie.
- Szczególnie trudne jest patrzenie na rodziców, którzy znaleźli się w ciężkiej sytuacji i są bardzo podatni na to, co mówią osoby oferujące im fałszywe terapie. Niestety, w swojej praktyce widziałam pacjentów, którzy mieli opóźnione leczenie. Dzieci ze zlokalizowaną początkowo chorobą, które przez porzucenie standardowych metod terapeutycznych wracały już z chorobą rozsianą. Czasami nie można było im już pomóc - mówiła prof. Anna Raciborska.
Jak oceniają eksperci, zarówno rodzice dzieci chorych onkologicznie, jak i dorośli pacjenci są łatwym łupem dla oszustów, którzy nie mają problemu z obietnicą skutecznego "leczenia". Na taką obietnicę lekarze często nie mogą sobie pozwolić.
- Ludzi działających na tym polu dzielę na dwie grupy. Jedni to nawiedzeni, a drudzy to oszuści, robiący to z chęci zysku. Motywacje są różne, efekt taki sam - utracone szanse na wyzdrowienie. Próbuję temu przeciwdziałać, walczę z tym procederem, narażając się na różne nieprzyjemności - pogróżki, anonimy, oskarżenia o nieuctwo czy korupcję - wymieniał prof. Jacek Jassem.
"Tego się nie da policzyć"
Niestety, w gronie propagatorów pseudomedycyny nie brakuje również osób mających lekarskie prawo wykonywania zawodu. Do walki z nimi, jak przyznał rzecznik praw pacjenta, potrzebna jest współpraca z samorządem lekarskim. Również świat nauki nie jest wolny od problemu, o czym może świadczyć przytaczany przez prof. Jassema przykład uczelni medycznej, której władze nosiły się z zamiarem uruchomienia kierunku homeopatia.
Koszty, jakie w wyniku działalności szarlatanów ponoszą pacjenci, to przede wszystkim utracone zdrowie i życie. Problem dotyka jednak również finansów publicznych - leczenie chorych wracających do szpitali w zaawansowanym stadium choroby jest droższe, trudniejsze i obarczone dużo większym ryzykiem powikłań lub niepowodzenia. Jaka jest skala?
- Tego się nie da policzyć, bo nikt nie prowadzi rejestru pacjentów, którzy padli ofiarą oszustwa. Nasze doświadczenia pokazują jednak, że ta skala jest bardzo duża i rośnie - powiedział Bartłomiej Chmielowiec.
Z raportu opracowanego przez Fundację DigitalPoland wynika, że 80 procent Polaków spotkało się z dezinformacją. 44 procent ankietowanych zgodziło się z przynajmniej jedną badaną przez autorów raportu fałszywą informacją z zakresu zdrowia.
Najwięcej badanych wierzy, że producenci ukrywają informacje o szkodliwych składnikach/dodatkach (63 proc.). Z kolei 57 proc. respondentów wierzy, że genetycznie modyfikowane rośliny są niezdrowe dla człowieka. W obszarze zdrowia nie zabrakło również fałszywych teorii dotyczących szczepionek i pandemii (aż jedna trzecia Polaków jest przekonana, że pandemia została wcześniej zaplanowana) - czytamy w raporcie.