Z bieszczadzkich połonin pod Sejm. "Skrzynia z podpisami dla premiera"

Szpital Powiatowy w Lesku ma 160 milionów długu
"Chyba nadchodzi kres". Szpital w Lesku zamyka kolejne oddziały
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: Martyna Sokołowska/tvn24.pl
Prawie 5,7 tysiąca osób podpisało apel do premiera Donalda Tuska o ratowanie Szpitala Specjalistycznego w Lesku. Placówka tonie w długach i w każdej chwili może zostać zamknięta. W czwartek podpisy mają trafić do kancelarii premiera. - Mamy nadzieję, że premier spotka się z nami i podejmie decyzję o zabezpieczeniu środków na utrzymanie szpitala - mówi Duszan Augustyn, lider społecznego ruchu w obronie placówki.

W dwa tygodnie pod apelem o ratowanie Szpitala Specjalistycznego w Lesku podpisało się 5677 osób - to blisko jedna piąta mieszkańców powiatu leskiego. Społecznicy chcą zwrócić uwagę rządu na problemy finansowe placówki, której grozi zamknięcie.

- Domagamy się podjęcia specjalnych środków, tak jak w przypadku klęski żywiołowej, które pozwolą na utrzymanie szpitalnego oddziału ratunkowego i które zabezpieczą bezpieczeństwo zdrowotne mieszkańców i odwiedzających Bieszczady, Beskid Niski, Sanocczyznę i Pogórze Przemyskie - mówi Duszan Augustyn, lider ruchu w obronie szpitala.

Duszan Augustyn, inicjator akcji społecznej w obronie szpitala w Lesku
Duszan Augustyn, inicjator akcji społecznej w obronie szpitala w Lesku
Źródło zdjęcia: Duszan Augustyn/YouTube

Dla wielu mieszkańców sprawa ma wymiar osobisty. Chcą mieć szpital i dostęp do leczenia i fachowej pomocy na miejscu. - Jestem osobą starszą, a zdrowie mam coraz słabsze. Tutaj mogę dostać pomoc na miejscu, bez konieczności dojazdów - powiedziała nam jedna z pacjentek leskiego szpitala.

Duszan Augustyn podkreśla, że zamknięcie placówki odbije się na całym regionie. - Bez szpitala Bieszczady zaczną wymierać. Już dziś ograniczony dostęp do usług publicznych zniechęca młodych do powrotu. Jeśli stracimy szpital, stracimy także seniorów i osoby przewlekle chore, które potrzebują stałego dostępu do opieki medycznej. Ucierpi również turystyka, bo wyjazd w góry czy wypoczynek nad jeziorem będzie wiązał się z realnym ryzykiem, że pomoc medyczna nie dotrze na czas - mówi Augustyn.

Szpital Powiatowy w Lesku ma 130 milionów długu
Szpital Powiatowy w Lesku ma 130 milionów długu
Źródło zdjęcia: Martyna Sokołowska/tvn24.pl

Z połoniny pod Sejm

Społecznicy walczący o utrzymanie Szpitala Specjalistycznego w Lesku w czwartek, 28 maja, planują przekazać premierowi Donaldowi Tuskowi apel wraz z podpisami mieszkańców. - Zrobimy to po bieszczadzku - zapowiada Duszan Augustyn. Kartki z podpisami zostały złożone w specjalnej drewnianej skrzyni, która ma zostać wręczona premierowi podczas wizyty w Warszawie.

Augustyn przypomina też, że premier był w Lesku w 2023 roku, jeszcze podczas kampanii wyborczej. Wtedy mówił, że w takich regionach jak Bieszczady państwo powinno zagwarantować choćby minimalny dostęp do opieki medycznej.

- Jeszcze w tym roku przekonywał również, że porodówka w Lesku, mimo zamknięcia z początkiem roku nadal funkcjonuje. Dlatego jedziemy do Warszawy, przypomnieć złożone nam podczas kampanii obietnice, zakładamy dobrą wolę i jesteśmy otwarci na propozycje - mówi lider ruchu społecznego w obronie leskiego szpitala.

"Nadzieja umiera ostatnia"

Pod Sejmem będą też pracownicy leskiego szpitala. Jadą z nadzieją - bo - jak mówi mi Zofia Bosak, wiceprzewodnicząca Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych przy leskim szpitalu "to przecież ona umiera ostatnia". Liczą, że rząd potraktuje ich placówkę priorytetowo. - Region, w którym działamy, jest wyjątkowy, rozległy, a mieszkańcy Leska mają takie same prawa do opieki medycznej, jak ludzie w Warszawie. Przed wyborami premier obiecał nam pomoc, utrzymanie porodówki i specjalne warunki finansowania, dlatego pokładamy w spotkaniu z nim ogromną nadzieję - powiedziała nam wiceprzewodnicząca związku.

W styczniu zamknięta została leska porodówka, ostatni taki oddział w Bieszczadach
W styczniu zamknięta została leska porodówka, ostatni taki oddział w Bieszczadach
Źródło zdjęcia: tvn24.pl

Zofia Bosak codziennie spotyka się z dziesiątkami pacjentów. - Ludzie są zasmuceni i bardzo zrezygnowani, martwią się, co będzie dalej - opowiada. Jedna z pacjentek, ponad dziewięćdziesięcioletnia mieszkanka regionu, wspominała jej, jak przed laty nosiła kamienie z Sanu pod fundamenty szpitala. - Teraz, kiedy tej kobiecie coś się stanie, trzeba ją będzie wieźć kilkadziesiąt kilometrów dalej. To niepoważne i niebezpieczne. Serce się ściska. Naprawdę trudno przebić się do rządzących, żeby zrozumieli, że ten szpital musi tu zostać - mówi Bosak w rozmowie z tvn24.pl.

Jednym z pomysłów na "ratowanie" placówki jest zamknięcie Szpitalnego Oddziału Ratunkowego. To właśnie jego funkcjonowanie generuje największe koszty - na dyżurach musi być obsada dwóch lekarzy. Jednak, zdaniem Zofii Bosak, to rozwiązanie byłoby krokiem w złą stronę. - SOR, chirurgia i oddział wewnętrzny to absolutne minimum, które powinno działać w każdym szpitalu. Jeśli zlikwidujemy SOR, z czasem zamykane będą kolejne oddziały i zostaną tylko poradnie. Po korytarzach będzie hulał wiatr, a my się tego bardzo obawiamy - podkreśla.

Dodaje też, że dla mieszkańców to coś więcej niż miejsce pracy. To gwarancja bezpieczeństwa. - Chcemy, żeby chociaż namiastka ratowania życia u nas została. Nie można zabierać nam konstytucyjnego prawa dostępu do ochrony zdrowia - mówi.

Niespełnione zapowiedzi i rosnący dług

Kłopoty finansowe Szpitala Specjalistycznego w Lesku rozpoczęły się w 2022 roku po zmianie zasad finansowania placówek medycznych. Wcześniej pieniądze na ustawowe podwyżki wynagrodzeń przekazywano bezpośrednio, na podstawie listy płac z uwzględnieniem numerów PESEL i kwalifikacji pracowników.

Po zmianie przepisów fundusze zaczęto przekazywać ryczałtowo, poprzez zwiększenie punktu rozliczeniowego w kontraktach z NFZ. W praktyce oznaczało to, że szpital nie otrzymał dodatkowych pieniędzy, mimo obowiązku wypłacania podwyżek. Ówczesny dyrektor, by pokryć pensje, zaciągnął kredyt w parabanku.

Szpital w Lesku
Szpital w Lesku
Źródło zdjęcia: TVN24

W 2023 roku pracownicy wyszli na ulice, protestując przeciwko likwidacji oddziałów - m.in. położniczego i intensywnej terapii. Decyzja miała poprawić sytuację finansową placówki, jednak nie przyniosła oczekiwanych efektów. Od czterech lat zadłużenie szpitala systematycznie rośnie, a zobowiązania z tytułu wynagrodzeń stale się zwiększają. Podwyżki były wypłacane, mimo że placówka coraz bardziej się zadłużała.

W ubiegłym roku pracownicy szpitala, wspierani przez samorządowców, pojechali do Warszawy, by zaapelować do rządu o pomoc. Przed budynkiem Ministerstwa Zdrowia zorganizowali pikietę, po której doszło do spotkania z ówczesną minister zdrowia Izabelą Leszczyną. Zapowiedziała projekt, który miał uchronić oddziały położniczy i noworodkowy. Do jego realizacji jednak nie doszło - kilka tygodni później Leszczyna straciła stanowisko.

W regionie pojawił się również pomysł połączenia szpitala w Lesku ze szpitalami w Sanoku i Ustrzykach Dolnych, ale i ten projekt nie został zrealizowany.

Obecnie dług leskiego szpitala sięga niemal 130 milionów złotych i co miesiąc zwiększa się o kolejny milion. Placówka ma zaległości wobec pracowników, kontrahentów i dostawców. Od dwóch miesięcy personel otrzymuje jedynie 75 procent wynagrodzenia.

Jeśli wierzyciele upomną się o należności lub wstrzymają dostawy, działalność placówki może zostać wstrzymana. Dodatkowym obciążeniem będą też zapowiedziane od 1 lipca podwyżki płac minimalnych w ochronie zdrowia, na które szpital będzie musiał znaleźć dodatkowe pieniądze.

hcesz podzielić się ważnym tematem z Podkarpacia? Skontaktuj się z autorką tekstu: martyna.sokolowska@wbd.com.

TVN24
Dowiedz się więcej:

TVN24

Źródło: tvn24.pl
Czytaj także: