W akcję gaszenia dużego pożaru Puszczy Solskiej na Lubelszczyźnie od wtorku zaangażowano kilkuset strażaków z kilku regionów kraju. Do pomocy ratownikom skierowano też wielu policjantów, pracowników Lasów Państwowych, terytorialsów i przedstawicieli innych służb. Kluczowe znaczenie ma wsparcie z powietrza. W gaszeniu pożaru biorą udział dwa policyjne śmigłowce Black Hawk, a także cztery śmigłowce Lasów Państwowych i cztery samoloty gaśnicze Dromader.
Jeden z Dromaderów, który brał udział w akcji gaśniczej we wtorek, spadł w terenach leśnych. W katastrofie zginął pilot. To 65-letni Andrzej Gawron, doświadczony instruktor i były wieloletni kapitan PLL LOT, który jako pilot samolot samolotu M18 Dromader latał od zakończenia służby liniowej.
Przyczyny katastrofy maszyny o znakach SP-ZUT badają przedstawiciele Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych. Jak poinformowała nas w czwartek wczesnym popołudniem PKBWL, zespół badawczy wciąż pracuje na miejscu zdarzenia. Wstępny raport z ustaleń komisji ma być opublikowany w ciągu 30 dni od wypadku.
Śledztwo w sprawie sprowadzenia katastrofy w ruchu lotniczym prowadzi z kolei Prokuratura Okręgowa w Zamościu. Śledczy zamierzają zabezpieczyć wrak maszyny i poddać go specjalistycznym badaniom, a także zgromadzić potrzebną dokumentację i przesłuchać świadków. Zaplanowano również sekcję zwłok pokrzywdzonego.
- To wszystko ma na celu ustalenie przebiegu zdarzenia i jego przyczyn oraz ewentualne rozważenie, czy ktoś powinien z tego tytułu ponieść odpowiedzialność karną - wyjaśnił rzecznik Prokuratury Okręgowej w Zamościu Rafał Kawalec.
Ostatni lot Dromadera
Gdy doszło do tragicznego incydentu, było już niemal całkiem ciemno. Według serwisu FlightRadar24, który zbiera dane m.in. o trasach lotów, Dromader wyleciał z bazy lotniczej Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Warszawie o godzinie 19.10. Maszyna skierowała się na Lubelszczyznę. Samolot odbił na wysokości Biłgoraju i zbliżył się do pożaru, utrzymując się na wysokości około 600 metrów nad ziemią.
Dromader zniknął z radaru o godzinie 20.41 w pobliżu miejscowości Osuchy. Tego dnia zachód słońca w okolicy miał miejsce kilka minut przed godziną 20.
W czwartek rano, podczas briefingu prasowego, pracownik Telewizji Republika pytał ministra spraw wewnętrznych i administracji Marcina Kierwińskiego oraz ministrę klimatu i środowiska Paulinę Hennig-Kloskę o to, czy to prawda, że rozbity samolot nie miał uprawnień do lotów nocnych. Ministrowie odpowiedzieli, że nie mają na ten temat żadnych informacji.
Prawicowy portal niezalezna.pl twierdzi w swoim czwartkowym artykule, że samolot o znakach SP-ZUT leciał o późnej godzinie "wbrew jego możliwościom". Serwis podał, że z powodu "wyraźnych ograniczeń technicznych" Dromader "nie powinien być już nad zagrożonym obszarem", bo "nie jest certyfikowany do lotów w nocy, a nawet po zmierzchu".
O sprawę spytaliśmy w Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, jednak jej przedstawiciele przekazali nam, że badania okoliczności katastrofy jeszcze trwają i na ten moment nie można podać bardziej szczegółowych informacji.
Samolot "posiadał aktualny certyfikat"
Właścicielem samolotu były Zakłady Lotnicze Mielec, jednak zgodnie z podpisaną umową Dromaderem dysponowała Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Warszawie. Regina Klimaszewska z biura prasowego Lasów Państwowych poinformowała w przesłanym naszej redakcji oświadczeniu, że samolot "posiadał aktualny certyfikat wydany przez Prezesa Urzędu Lotnictwa Cywilnego na wykonywanie tego typu lotu oraz zezwolenie na wykonywanie zarobkowych operacji lotniczych wysokiego ryzyka".
W komunikacie przekazano, że na miejscu akcji gaśniczej "sprzęt lotniczy pozostaje do dyspozycji sztabu kierującego działaniami ratowniczymi".
Remiszewska podkreśliła, że "zgodnie z obowiązującymi umowami, loty są wykonywane od godziny 10 do jednej godziny przed zachodem słońca, z wyjątkiem przypadków, gdy prowadzona jest akcja gaśnicza".
Samoloty rolniczo-gaśnicze Dromader od lat wspierają strażaków w akcjach gaśniczych. Na stronie Mieleckich Zakładów Lotniczych czytamy, że pełnią one "kluczową rolę w ochronie przeciwpożarowej oraz wykonywaniu zabiegów agrolotniczych w lasach na terenie naszego kraju".
Mieleckie Zakłady Lotnicze pokazały certyfikat
Grzegorz Walczak, dyrektor operacyjny MZL, w rozmowie z tvn24.pl podkreślił, że "Dromader był dopuszczony do lotów wykonywanych w porze nocnej".
W lotnictwie przyjęło się, że noc rozpoczyna się pół godziny po zachodzie słońca. W feralny wtorek zachód słońca miał miejsce o godzinie 19.58, co oznacza, że dla lotników noc rozpoczęła się o 20.28. Do katastrofy doszło co najmniej 13 minut później.
Dyrektor Walczak pokazał nam fragment certyfikatu wydanego w 2020 roku dla wszystkich modeli z rodziny PZL M18 Dromader. Wskazano w nim między innymi maksymalną dopuszczalną masę samolotu z obciążeniem i jego maksymalną prędkość. Co istotne, wskazano też, że jest on dopuszczony do "dziennych i nocnych operacji w warunkach VFR".
Co to oznacza? VFR to angielski akronim od słów "Visual Flight Rules", czyli zasady wykonywania lotu z widocznością.
- Loty nocne VFR można wykonywać z widocznością ziemi, Dromader jest dopuszczony do tego typu lotów. Piloci mają uprawnienia do lotów nocnych VFR, bo tak szkolimy w naszym ośrodku. Każdy z naszych pilotów ma takie przeszkolenie i uprawnienia - podkreślił dyrektor Walczak. Zaznaczył, że również zmarły pilot był uprawniony do wykonywania lotów nocnych. - Był instruktorem z pełnymi uprawnieniami. Pilota o bogatszym doświadczeniu ze świecą szukać - powiedział przedstawiciel Mieleckich Zakładów Lotniczych.
Grzegorz Walczak poinformował, że w przypadku lotu VFR piloci muszą latać z dala od chmur i widzieć ziemię, mają też trzymać się wysokości poniżej trzech tysięcy stóp (nieco ponad 900 metrów) "w przestrzeni niekontrolowanej" (tam, gdzie kontrola ruchu lotniczego nie zapewnia separacji statków powietrznych") albo tysiąca stóp (około 300 metrów), licząc od poziomu gruntu.
W warunkach VFR widzialność powinna wynosić z reguły minimum pięć kilometrów, choć w przypadku samolotów dopuszczalna jest widzialność na poziomie 1500 metrów, jeśli prędkość nie przekracza 140 węzłów i możliwe jest uniknięcie ewentualnych kolizji.
Zdaniem Walczaka, wszystkie powyższe warunki były spełnione. - Widać to na filmiku, na którym widać katastrofę. To był jeszcze zmierzch, nie noc. Widzialność przekraczała pięć kilometrów - powiedział w rozmowie z tvn24.pl.
Jak wyjaśnił dyrektor operacyjny MZL, zgodnie z umową z Lasami Państwowymi dyżury pełnione są od godziny 10 rano do godziny przed zachodem słońca. - Ale powtarzam, to są dyżury. Jeśli jest duża akcja gaśnicza i pożar przechodzi przez noc na następny dzień, wówczas latamy od wschodu słońca do końca zmierzchu. Powrót na lotnisko, gdzie są światła, może odbyć się po ciemku, w ramach lotu VFR. Staramy się to robić wcześniej, natomiast czasem jest sytuacja, w której odległość do lotniska jest duża, dlatego na dolocie do lotniska przekraczamy barierę zmierzchu i nocy - podkreślił dyrektor.
Grzegorz Walczak dodał, że na godzinę przed zachodem słońca każdy pilot "ma pełne prawo odmówić wykonania lotu". Według nieoficjalnych informacji prawicowych mediów, zanim na Lubelszczyznę skierowano Dromadera z Warszawy, z kilku baz lotniczych nadeszły negatywne odpowiedzi na prośbę o wsparcie podobnych samolotów.
Dyrektor operacyjny MZL powiedział, że w dniu tragedii pilot Dromadera był w stałym kontakcie z wieżą w Mielcu. Kontrolerzy wydłużyli wówczas swój dyżur, by uruchomić światła. - Wiedzieliśmy doskonale, że skoro wyleciał z Warszawy, to nie ma szans, żeby doleciał, zrzucił wodę i wrócił do Warszawy. Miał polecenie lądowania w Mielcu. Był wywoływany po to, by wrócił i wylądował już po ciemku - poinformował.
Regina Klimaszewska przekazała nam, że "Lasy Państwowe dysponują 28 Dromaderami zlokalizowanymi w 22 na 30 leśnych bazach lotniczych".
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Internauta