Rada Pokoju Trumpa. Dziesięć kluczowych kwestii

Donald Trump prezentuje podpisany akt założycielski Rady Pokoju
Trump podpisał Kartę Rady Pokoju
Źródło: Reuters
Donald Trump powołał do życia Radę Pokoju, która ma pomóc zakończyć wojnę w Strefie Gazy. Ale aspiracje prezydenta USA wykraczają daleko poza palestyńską enklawę. Oto dziesięć najważniejszych rzeczy o jednej z najgłośniejszych inicjatyw międzynarodowych Trumpa.

W czwartek w szwajcarskim Davos, niemal trzy tysiące kilometrów od Strefy Gazy, otoczony światowymi przywódcami Donald Trump przeprowadził formalną ceremonię podpisania dokumentów powołujących Radę Pokoju. 

Powiedział, że czuje się zaszczycony, mogąc pełnić funkcję przewodniczącego "jednego z najważniejszych organów, jakie kiedykolwiek powstały".

W Davos powołano do życia Radę Pokoju
W Davos powołano do życia Radę Pokoju
Źródło: PAP/EPA/GIAN EHRENZELLER

Kto podpisał dokument założycielski? 

Już tu pojawiły się pewne nieścisłości. 

Biały Dom informował o przywódcach ponad 20 państw: Bahrajnu, Maroka, Argentyny, Armenii, Azerbejdżanu, Belgii, Bułgarii, Egiptu, Węgier, Indonezji, Jordanii, Kazachstanu, Kosowa, Mongolii, Pakistanu, Paragwaju, Kataru, Arabii Saudyjskiej, Turcji, Zjednoczonych Emiratów Arabskich oraz Uzbekistanu.

Jednak władze w Brukseli szybko zdementowały doniesienia o swoim udziale w tym przedsięwzięciu. "Belgia NIE podpisała Karty Rady Pokoju. To oświadczenie jest nieprawdziwe" - napisał Maxime Prévot, wicepremier i minister spraw zagranicznych Belgii. 

Wśród sygnatariuszy nie ma przywódców Rosji, Chin ani większości państw europejskich (w tym Polski).

Statut Rady Pokoju pozostaje jednak otwarty do podpisu dla tych, którzy zdecydują się dołączyć do inicjatywy Donalda Trumpa. 

Zaproszenia rozesłano do około 60 światowych przywódców. Jak donosi Reuters, powołując się na źródło w Białym Domu, do tej pory chęć udziału w Radzie zadeklarowało 35 liderów. 

Jaką misję ma Rada Pokoju?

Początkowo miało tu chodzić o niewielką grupę światowych przywódców nadzorującą plan zawieszenia broni w Strefie Gazy. Idea ta szybko jednak rozrosła się do rangi - jak określił to sam Donald Trump - "Najwspanialszej i Najbardziej Prestiżowej Rady, jaka kiedykolwiek została powołana do życia".

Choć pierwotnie Rada Pokoju Trumpa miała służyć zakończeniu wojny między Izraelem a Hamasem i nadzorować odbudowę zrujnowanej Strefy Gazy, to w projekcie jej statutu, który kilka dni temu wyciekł do mediów, nie ma słowa o tym palestyńskim terytorium. Treść sugeruje za to, że ambicje Trumpa wykraczają daleko poza granice Strefy Gazy.

Amerykańskie media spekulowały, że Rada miałaby posiadać znacznie szerszy mandat, który obejmowałby także inne konflikty na świecie, co swoimi wypowiedziami potwierdził de facto sam Donald Trump. W czwartek w Davos, w przemówieniu inaugurującym powstanie Rady, stwierdził nawet, że porozumienie w sprawie wojny w Ukrainie zostanie zawarte "wkrótce".

Donald Trump prezentuje podpisany akt założycielski Rady Pokoju
Donald Trump prezentuje podpisany akt założycielski Rady Pokoju
Źródło: PAP/EPA/GIAN EHRENZELLER

Czy to ONZ-bis?

Mandat Rady Pokoju, zatwierdzony w listopadzie przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, ogranicza się wyłącznie do Strefy Gazy i - w świetle rezolucji nr 2803 - obowiązuje do końca 2027 roku. 

Jak wspominaliśmy, wszystko wskazuje jednak na to, że plany Trumpa o "niesieniu pokoju" wykraczają poza palestyńską enklawę. "New York Times" pisał nawet o próbie stworzenia "zdominowanej przez USA alternatywy dla Rady Bezpieczeństwa ONZ". 

Zapytany na początku tygodnia przez dziennikarzy, czy Rada Pokoju zastąpi Organizację Narodów Zjednoczonych, Trump odparł: - Możliwe.

Donald Trump w Davos
Donald Trump w Davos
Źródło: PAP/EPA/LAURENT GILLIERON

Rafał Tarnogórski z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych zwraca uwagę, że w preambule statutu Rady Pokoju, który wyciekł do mediów, pojawia się sugestia, że dotychczasowe organizacje wielokrotnie zawodziły społeczność międzynarodową. 

"Zbyt wiele podejść do budowania pokoju sprzyja ciągłej zależności i instytucjonalizuje kryzysy zamiast prowadzić ludzi do ich przezwyciężenia"
Fragment projektu statutu Rady Pokoju, opublikowany przez Times of Israel

- Pewna konfuzja wynikła z treści tego dokumentu oraz z wypowiedzi prezydenta Trumpa, który dopuścił taką możliwość, że Rada Pokoju mogłaby w jakimś zakresie zastąpić ONZ. To otworzyło szereg domysłów, co do rzeczywistych planów względem tej organizacji - mówi Tarnogórski. 

Ostatecznie jednak sam Donald Trump nieco wycofał się z retoryki o budowaniu alternatywy dla Organizacji Narodów Zjednoczonych. Podczas przemówienia w Davos oświadczył nawet, że jego Rada będzie współpracować z wieloma podmiotami, "w tym z ONZ".

Ile to kosztuje? Czy pieniądze trafią do Gazy?

Kontrowersje i emocje wzbudził także zapis statutu Rady mówiący o płatnym członkostwie.

"Każde państwo członkowskie pełni mandat przez okres nie dłuższy niż trzy lata od wejścia niniejszej Karty w życie, z możliwością jego odnowienia przez Przewodniczącego. Trzyletni okres członkostwa nie ma zastosowania do państw członkowskich, które w ciągu pierwszego roku od wejścia Karty w życie wniosą do Rady Pokoju wkład finansowy w wysokości ponad miliarda dolarów amerykańskich w gotówce."
Projekt statutu, opublikowany przez portal Times of Israel

Nie wiadomo jednak, kto zdecyduje się na uiszczenie wspomnianej opłaty, ani na co dokładnie zostaną wydane zgromadzone w ten sposób środki. 

Anonimowy przedstawiciel USA w rozmowie z agencją Bloomberg powiedział, że fundusze zostaną przeznaczone bezpośrednio na realizację misji Rady Pokoju, polegającej na odbudowie Strefy Gazy. Dodał, że Rada dopilnuje, aby "niemal każdy zebrany dolar" został wydany na realizację jej mandatu. 

Rafał Tarnogórski z PISM zwraca uwagę, że kwestia płatności pojawia się także w rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ zatwierdzającej powstanie Rady Pokoju. W dokumencie zaznaczono, że Rada może ustanowić mechanizm, w ramach którego będzie zbierać fundusze od prywatnych darczyńców i państw chcących wesprzeć odbudowę Strefy Gazy.

- Nie jest jednak napisane, na co dokładnie one będą przeznaczone - zauważa. 

Kto znalazł się w Radzie Pokoju?
Źródło: TVN24

Cała władza w rękach Trumpa?

Jak wynika z projektu statutu Rady Pokoju, znaczna część władzy spocznie w rękach Donalda Trumpa, który ma pełnić funkcję jej przewodniczącego. Dożywotnio. Z ostatecznym głosem w każdej kwestii. 

Jak zauważa Tarnogórski, mamy więc do czynienia z organizacją zdominowaną nie tyle przez jedno państwo, co jedną osobę. 

- To jest podejście niespotykane przynajmniej w nowożytnej historii, żeby organizacja międzynarodowa była tak personalnie podporządkowana jednej osobie wymienionej z imienia i nazwiska - ocenia. 

Donald Trump w Davos
Donald Trump w Davos
Źródło: PAP/EPA/LAURENT GILLIERON

Analityk PISM zwraca uwagę na jeszcze jeden element, który "jest czymś niespotykanym, a przynajmniej rzadko spotykanym w stosunkach międzynarodowych".

Tempo. 

- Generalnie gdy podpisuje się umowy międzynarodowe, to ten proces rozłożony jest na znacznie dłuższy okres. To nie jest tak, że dostajemy w zalakowanej kopercie umowę, ktoś ją otwiera i decyduje po jednym przejrzeniu: aha, to wstępujemy bądź nie wstępujemy do danej organizacji. Z reguły jest to proces rozpisany przynajmniej na miesiące - zauważa. 

Wywieranie presji, chociażby przez szantażowanie cłami, może podważać ważność takiej umowy. - Uczestnictwo w organizacji międzynarodowej musi być oparte na wolnej woli - podkreśla analityk PISM. 

Jakie są podstawy prawne funkcjonowania Rady Pokoju? 

Tarnogórski mówi, że rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ w sprawie Rady Pokoju "można porównać do wieszaka, na którym pierwotnie planowano powiesić marynarkę, a zawieszono cały garnitur".

- Oczywiście można się spierać, czy działalność Rady Pokoju będzie wykraczać poza przyznany jej mandat - i zapewne tak będzie - jednak państwa, które zdecydują się podpisać tę umowę międzynarodową, wyrażą na to zgodę - zaznacza. 

Prawo międzynarodowe funkcjonuje bowiem według zasady, że to, co nie jest zakazane, jest dozwolone. - Innymi słowy, jeśli państwa zgodzą się na określone rozwiązania i podpiszą statut Rady Pokoju, same kreują między sobą nowe zobowiązania prawne - wyjaśnia Tarnogórski.

Państwa nie przystępują przecież do międzynarodowych porozumień "w ciemno". Treść statutu została rozesłana wraz z zaproszeniami, a decyzja o przystąpieniu do Rady Pokoju oznacza w praktyce akceptację szerszego zakresu kompetencji tej instytucji - podkreśla analityk.

Pytanie, kto ostatecznie zdecyduje się na taki krok. 

Co na to wszystko Europa?

Rada Pokoju może stać się kolejną - po Grenlandii - kością niezgody i źródłem napięć w i tak mocno nadwyrężonych relacjach transatlantyckich.

Europejscy przywódcy głowią się, jak odpowiedzieć na propozycję prezydenta USA. Kwestia ta ma być przedmiotem dyskusji unijnych liderów w czwartek podczas nadzwyczajnego szczytu w Brukseli. Jeden z europejskich dyplomatów w rozmowie z agencją Reuters stwierdził jednak, że chociaż państwa członkowskie Unii Europejskiej będą się konsultować w tej kwestii, "ostateczna decyzja będzie podejmowana indywidualnie, w oparciu o interesy narodowe każdego kraju".

Obcowanie z obecnym gospodarzem Białego Domu to stąpanie po kruchym lodzie, a każdy przejaw "niesubordynacji" - czyli jakikolwiek sygnał sprzeciwu, krytyki czy nawet sceptycyzmu wobec planów Trumpa - ze strony partnerów Waszyngtonu może skończyć się dla nich zimną kąpielą. 

Francja wprost zadeklarowała, że nie zamierza dołączyć do Rady Trumpa w obawie, że jej statut, w którym ani razu nie pada wzmianka o Strefie Gazy, podważa "zasady i strukturę Organizacji Narodów Zjednoczonych" oraz przyznaje niepokojąco szerokie uprawnienia jednej osobie - Donaldowi Trumpowi. Jak na ten komunikat zareagował prezydent USA? Zagroził 200-procentowymi cłami na francuskie wina i szampany. 

Donald Trump
Donald Trump grozi nałożeniem 200-procentowych ceł na Francję, jeśli ta nie przystąpi do Rady Pokoju
Źródło: TVN24

Jest mało prawdopodobne, aby większość europejskich przywódców podpisała statut Rady w obecnej formie - powiedział dziennikowi "The Washington Post" wysoki rangą europejski urzędnik. Jednocześnie - jak zauważa gazeta - "ci sami przywódcy nie chcą wywoływać kolejnej kłótni z Trumpem". 

Spór o Grenlandię i tak jest już sporym dyplomatycznym wyzwaniem dla Europy, która jednocześnie potrzebuje amerykańskiego wsparcia dla Ukrainy, mierzącej się obecnie z mroźną zimą i nasilonymi atakami ze strony armii Putina. 

Kto zapłaci Radzie Trumpa?

Waszyngtoński dziennik pisze, że wśród europejskich przywódców "nie ma także chęci do przekazywania dużych sum pieniędzy na rzecz nowej organizacji, w której dominowałaby wizja nowego porządku świata według Trumpa". 

Jak donosi Bloomberg, powołując się na anonimowe źródła, dla większości państw, które miałyby wejść w skład Rady, "nie do przyjęcia" jest fakt, że Trump - jako przewodniczący gremium - miałby mieć pełną kontrolę nad jej funduszami. 

Brytyjscy ministrowie - podaje dziennik "Times of London" -  obawiają się, dokąd trafią środki zgromadzone ze składek stałych członków Rady oraz w jakich ramach prawnych miałaby ona funkcjonować. 

Co z zawieszeniem broni w Strefie Gazy?

W dyskusji na temat Rady Pokoju umyka to, co najważniejsze: dramat mieszkańców Strefy Gazy.

Donald Trump mówił w Davos o "nowym świcie dla Gazy" i zapewniał, że wojna między Izraelem a Hamasem "naprawdę dobiega końca". Jak sytuacja wygląda w praktyce?

Jedno zabite dziecko dziennie. To prawdziwe oblicze "zawieszenia broni", które - przynajmniej formalnie - obowiązuje od października. 

-  Przemoc wobec mieszkańców Strefy Gazy nie ustała - mówi dyrektor generalna polskiego oddziału Lekarzy Bez Granic Draginja Nadaždin. 

W ciągu trzech miesięcy zginęło tam blisko 500 Palestyńczyków, a około 1300 osób zostało rannych. Podobnie jak w ciągu minionych trzech lat wojny, wiele z tych ofiar to cywile. W tym samym okresie trwania kruchego rozejmu życie straciło trzech izraelskich żołnierzy.

Zniszczone budynki w Dżabaliji, w północnej części Strefy Gazy (9 grudnia 2025 r.)
Zniszczone budynki w Dżabaliji, w północnej części Strefy Gazy (9 grudnia 2025 r.)
Źródło: Nur Photo/East News

Amerykański wysłannik Steve Witkoff ogłosił tydzień temu rozpoczęcie drugiej fazy 20-punktowego planu pokojowego Trumpa, którego celem miało być zakończenie wojny w Strefie Gazy. "Przechodzimy od zawieszenia broni do demilitaryzacji, rządów technokratycznych i odbudowy" - oświadczył. 

Problem w tym, że do realnego przerwania działań zbrojnych nigdy nie doszło.

Witkoff stwierdził, że faza pierwsza planu pokojowego Trumpa "utrzymała zawieszenie broni" w Gazie. Ale to nieprawda - niemal każdego dnia dochodziło tam do ostrzałów, nalotów i wymiany ognia. Powiedział też, że "faza pierwsza zapewniła historyczną pomoc humanitarną" dla Strefy Gazy. Nie wspomniał jednak, że ciągłe odrzucanie przez Izrael wniosków o dostarczenie pomocy do enklawy sprawiło, że jej skala jest obecnie znacznie mniejsza, niż uzgodniono w porozumieniu o rozejmie. 

"Faza druga jest zatem ogłaszana bez pełnej realizacji, a nawet bez zbliżenia się do pełnego wdrożenia fazy pierwszej" - pisze w analizie dla think thanku Responsible Statecraft ekspert do spraw bezpieczeństwa i weteran CIA Paul R. Pillar.

Nie ma więc de facto mocnych fundamentów, na których można budować kolejne etapy pokoju. 

Jaka jest sytuacja humanitarna w Strefie Gazy?

Izraelskie naloty i ostrzały artyleryjskie to wciąż codzienność dla mieszkańców Strefy Gazy, niemal doszczętnie zrównanej z ziemią. Według danych ONZ prawie 80 procent miejscowych budynków zostało zniszczonych lub uszkodzonych w wyniku wojny. Mieszkańców enklawy nie oszczędza także natura. Ulewne deszcze i powodzie sprawiły, że tysiące namiotów w obozach dla uchodźców nie nadają się do zamieszkania, a prawie 800 tysięcy ludzi, czyli prawie 40 procent populacji, znalazło się na terenach zagrożonych podtopieniami. 

- Pomoc humanitarna jest wciąż ograniczana, co oznacza, że jest jej zdecydowanie za mało w stosunku do potrzeb. To ogromne zagrożenie dla zdrowia i życia ludzi, zwłaszcza że cała infrastruktura medyczna w Strefie Gazy została zniszczona przez siły izraelskie w trakcie wojny. Dodatkowo panują tam obecnie bardzo trudne warunki pogodowe: niskie temperatury, wiatr i deszcze - mówi dyrektor generalna polskiego oddziału Lekarzy Bez Granic (MSF).

- Wiele osób mieszka dziś w namiotach lub prowizorycznych schronieniach, ponieważ ich domy zostały zniszczone, a oni sami wypędzeni. To wszystko sprawia, że sytuacja jest dla nas niezwykle trudna. Ludzie pilnie potrzebują pomocy, a otrzymują jej zdecydowanie za mało. Nie widzimy też gotowości, by organizacje humanitarne mogły dostarczać pomoc bez przeszkód - dodaje Nadaždin.

Mimo fatalnej sytuacji humanitarnej Izrael wyrzuca Lekarzy bez Granic z Gazy, podobnie jak ponad 30 innych organizacji. "To cyniczne ograniczanie dostępu do pomocy" - czytamy w oświadczeniu MSF. 

OGLĄDAJ: "Odniesiemy sukces w Gazie, będziemy mogli to rozciągnąć na inne rzeczy"
pc

"Odniesiemy sukces w Gazie, będziemy mogli to rozciągnąć na inne rzeczy"

pc
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji
Czytaj także: