"Jesteśmy w pogotowiu". Polska reaguje na epidemię eboli

laboratorium ochrona maska przylbica shutterstock_1911024658
Stan zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym w związku z epidemią wirusa Ebola
Źródło zdj. gł.: Shutterstock
Alert służb sanitarnych i gotowość na lotniskach. Polska reaguje na epidemię rzadkiego podtypu wirusa Ebola. - Jesteśmy w pogotowiu. Mamy wyznaczone oddziały i miejsca w szpitalach, do których mógłby trafić ewentualny pacjent - zapewnił na antenie TVN24 dr Paweł Grzesiowski, główny inspektor sanitarny. Jak podkreślił, ryzyko szerzenia się choroby na inne kontynenty jest dziś bardzo małe, ale służby muszą być przygotowane na przypadki ujawnione już po przylocie z regionu epidemii.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła stan zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym (PHEIC) w związku z epidemią wirusa Ebola w Demokratycznej Republice Konga (DRK) i Ugandzie. Według danych WHO, w DRK odnotowano dotąd 516 podejrzanych przypadków zakażenia, w tym 131 zgonów. Badania laboratoryjne nadal trwają; na ten moment zakażenie potwierdzono u 33 osób. W Ugandzie zgłoszono 12 podejrzeń zakażenia, jedna osoba zmarła.

Obecną epidemię wywołuje rzadki podtyp wirusa Ebola - Bundibugyo. Jak wyjaśniał w TVN24 dr Grzesiowski, sama nazwa pochodzi od prowincji, w której po raz pierwszy go stwierdzono. - Bundibugyo to podtyp wirusa Ebola, który dotychczas rzadko wywoływał zakażenia. Znamy go od niespełna 20 lat i tylko trzykrotnie powodował ogniska epidemiczne - mówił GIS.

Klatka kluczowa-446700
Dr Paweł Grzesiowski o epidemii eboli

Jego zdaniem właśnie to może tłumaczyć opóźnienie w rozpoznaniu obecnej epidemii. - Powszechnie stosowane w Afryce testy nie wykrywają tego typu wirusa, tylko podtypy charakterystyczne dla Zairu czy Sudanu. Mamy więc być może problem diagnostyczny, który sprawił, że tak późno doszło do ujawnienia tego ogniska - w momencie, kiedy zakażonych było już ponad 200 osób, a liczba zgonów sięgała 80 - wyjaśnił.

Grzesiowski zwrócił uwagę, że obecne statystyki nadal w dużej mierze dotyczą przypadków podejrzanych, a nie potwierdzonych laboratoryjnie. - Dane, którymi dysponujemy, czyli około 500 osób podejrzanych o zakażenie, nadal dotyczą przypadków podejrzanych. Przeprowadzenie badań potwierdzających jest dość skomplikowane i być może pozostaniemy przy tej liczbie podejrzeń, a nie potwierdzonych zakażeń - zaznaczył.

"Nikt w Europie nie zachorował na ebolę"

W ostatnich dniach osoby, które miały kontakt z wirusem, były transportowane z Afryki do Europy. W środę tuż przed północą, w Pradze wylądował samolot z amerykańskim lekarzem, który w Afryce miał kontakt z osobą zakażoną wirusem Ebola. Z lotniska do specjalistycznej kliniki przewiozła go specjalna karetka. Mężczyzna ma spędzić trzy tygodnie w izolacji - informowaliśmy o tym w tvn24.pl.

Czeskie ministerstwo zdrowia zapewnia, że pacjent nie będzie miał żadnego kontaktu z mieszkańcami kraju, dlatego nie stanowi zagrożenia dla społeczeństwa. Resort podkreśla jednocześnie, że na razie nie wiadomo, czy doszło u niego do zakażenia. Według dostępnych informacji Amerykanin nie ma żadnych objawów. Do czasu ich ewentualnego wystąpienia będzie jedynie obserwowany w szpitalu. Nie będzie leczony ani poddawany badaniom diagnostycznym.

Jeśli pojawią się symptomy zakażenia, szpital wyśle próbki do specjalistycznego laboratorium w Berlinie, które może potwierdzić diagnozę w ciągu kilku godzin. W szpitalu pacjent ma przebywać w specjalnym namiocie izolacyjnym, ustawionym w jednym z pomieszczeń kliniki. Do dyspozycji będzie miał jedynie telefon komórkowy.

W środę z lotniska Entebbe w Ugandzie, niedaleko Kampali, odleciały jednak dwa samoloty z obywatelami USA, którzy mieli kontakt z wirusem Ebola. Drugi pacjent, z potwierdzonym zakażeniem, trafił do Berlina, do szpitala Charité.

Grzesiowski podkreślił jednak, że nie oznacza to, iż w Europie pojawiły się lokalne zachorowania. - Chciałbym tu być bardzo precyzyjny: nie mamy w Europie zachorowań, które pochodzą z Europy. Mamy pacjentów - i prawdopodobnie będzie ich w Europie więcej - którzy pochodzą z tego ogniska - mówił na antenie TVN24.

Jak dodał, planowanych jest kolejnych kilka transportów osób z Afryki do Europy, ponieważ akcja ma charakter skoordynowany, a obywatele wielu krajów przebywają obecnie na terenie Konga czy Ugandy. Jednym z najważniejszych powodów takich przemieszczeń jest ograniczony dostęp do zaawansowanego leczenia w regionach objętych epidemią. - W Afryce nie można liczyć na to, że osoby chore będą objęte pełną opieką z wykorzystaniem wszystkich możliwych urządzeń, takich jak ECMO czy nowoczesne respiratory - tłumaczył Grzesiowski.

Ciężki przebieg i wysoka śmiertelność

Jak wyjaśniał szef GIS, wirus Bundibugyo może powodować bardzo ciężki przebieg gorączki krwotocznej. - W niektórych ogniskach opisywano śmiertelność sięgającą 50 procent, czyli połowa pacjentów umierała z tego powodu. Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to zagrożenie wysokiego stopnia dla zdrowia publicznego - powiedział.

Na problem zwraca też uwagę prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska, wirusolog z UMCS. Zaznacza, że na Bundibugyo nie ma zatwierdzonych leków ani szczepionek. Szczepionka Ervebo, stosowana przeciwko odmianie Zair, wykazuje pewną skuteczność w badaniach na zwierzętach, ale brakuje badań klinicznych potwierdzających jej działanie u ludzi w przypadku podtypu Bundibugyo.

Wyzwaniem pozostaje także diagnostyka. Nowoczesne testy typu GeneXpert nie obejmują tego podtypu wirusa, co zmusza lekarzy do korzystania ze starszych i wolniejszych metod PCR.

Jak można się zarazić?

Ebola nie rozprzestrzenia się tak jak grypa czy COVID-19. Wirus nie przenosi się drogą powietrzną. Do zakażenia dochodzi przez bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami lub wydalinami osoby chorej. Prof. Szuster-Ciesielska podkreśla, że patogen może być obecny między innymi we krwi, wydzielinach, a także w nasieniu, co umożliwia transmisję drogą seksualną. Badania wskazują natomiast, że wirusa nie ma w ludzkim pocie.

W regionach dotkniętych epidemią szczególnie ryzykowne bywają tradycyjne ceremonie pogrzebowe. Ekspertka zwracała uwagę, że do wielu zakażeń dochodziło podczas mycia ciał bliskich zmarłych przed pogrzebem albo całowania ich w czoło w geście pożegnania, gdy skóra mogła być pokryta osoczem lub wydzielinami.

Polskie służby w gotowości

Grzesiowski ocenił, że szerzenie się choroby na inne kontynenty jest obecnie bardzo mało prawdopodobne. Jak tłumaczył, region objęty epidemią został już poddany kwarantannie i nadzorowi. - Nie można się teraz wydostać z Konga czy Ugandy bez kontroli sanitarnej, co oznacza, że ryzyko, iż ktoś chory wsiądzie do samolotu i poleci do innego kraju, jest niskie - mówił.

Zastrzegł jednak, że wirus może wylęgać się do trzech tygodni. W tym czasie osoba zakażona może nie mieć żadnych objawów. - Zawsze istnieje pewne ryzyko, że w którymś z krajów poza Afryką pojawi się osoba, u której symptomy wystąpią dopiero po wylądowaniu - po kilku dniach od podróży. I na to musimy być przygotowani - podkreślił.

Jak zapewnił, ogłoszenie przez WHO zagrożenia zdrowia publicznego oznacza w Polsce uruchomienie procedur. - To dla nas alert wszystkich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Nasze graniczne stacje sanitarno-epidemiologiczne, szczególnie na lotniskach, są już w tym momencie w stanie gotowości - powiedział Grzesiowski.

Informacja o zagrożeniu jest przekazywana automatycznie przez system IHR, czyli międzynarodowy system Światowej Organizacji Zdrowia. Polska ma również przygotowane zabezpieczenie szpitalne. - Mamy wyznaczone oddziały i miejsca w szpitalach, do których mógłby trafić ewentualny pacjent z objawami budzącymi podejrzenie zakażenia. W tym sensie jesteśmy już, można powiedzieć, w pogotowiu - mówił Główny Inspektor Sanitarny.

Na razie, jak dodał, nie ma informacji, by któryś z obywateli Polski wracał z regionu objętego epidemią. - Zniechęcamy też Polaków do podróżowania obecnie do Konga czy Ugandy, dopóki sytuacja nie zostanie opanowana - zaznaczył.

Ostrzeżenia na lotniskach w Szwecji

Na rozwój sytuacji reagują również inne europejskie państwa. Minister spraw społecznych Szwecji Jakob Forssmed poinformował w środę, że na szwedzkich lotniskach rozpoczął się montaż tablic informacyjnych dotyczących zagrożenia wirusem Ebola. To odpowiedź na ryzyko, że patogen może zostać przywieziony do kraju przez osoby wracające z regionów objętych epidemią.

- Nie można całkowicie wykluczyć przypadków zachorowań u osób powracających z krajów, gdzie trwa epidemia - podkreślił Forssmed. Zaapelował, by osoby, które po powrocie zauważą u siebie nawet niewielkie objawy chorobowe, kontaktowały się ze służbami medycznymi.

Według szwedzkiego resortu spraw zagranicznych w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie przebywa obecnie około 200 obywateli Szwecji. Forssmed zapewnił, że kraj jest przygotowany na ewentualne pojawienie się wirusa. W gotowości mają być między innymi laboratoria diagnostyczne pełniące całodobowe dyżury oraz izolatki dla pacjentów wymagających odseparowania.

Przygotowanie tablic z ostrzeżeniami i zaleceniami zlecono Urzędowi Zdrowia Publicznego. To ta sama instytucja, która odpowiadała w Szwecji za działania podczas pandemii COVID-19. Wówczas kraj nie zdecydował się na lockdown, ograniczając się głównie do zaleceń. Montaż tablic informacyjnych o koronawirusie w portach lotniczych był jednym z pierwszych kroków, jakie wtedy podjęto.

Konflikt utrudnia walkę z epidemią

Sytuację w Afryce dodatkowo komplikuje trwający konflikt zbrojny. Organizacja Lekarze bez Granic alarmuje, że opanowanie epidemii we wschodnich prowincjach Demokratycznej Republiki Konga, w tym w Ituri i Kiwu Północnym, jest wyjątkowo trudne. Na tych terenach przebywa ponad 5 milionów osób wewnętrznie przesiedlonych, a infrastruktura medyczna działa pod ogromną presją.

W związku z zagrożeniem polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza wszelkie podróże w region pogranicza Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy i Sudanu Południowego.

Źródło: PAP, tvn24.pl, TVN24
Czytaj także: