Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła stan zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym (PHEIC) w związku z epidemią wirusa Ebola w Demokratycznej Republice Konga (DRK) i Ugandzie. Według danych WHO, w DRK odnotowano dotąd 516 podejrzanych przypadków zakażenia, w tym 131 zgonów. Badania laboratoryjne nadal trwają; na ten moment zakażenie potwierdzono u 33 osób. W Ugandzie zgłoszono 12 podejrzeń zakażenia, jedna osoba zmarła.
Obecną epidemię wywołuje rzadki podtyp wirusa Ebola - Bundibugyo. Jak wyjaśniał w TVN24 dr Grzesiowski, sama nazwa pochodzi od prowincji, w której po raz pierwszy go stwierdzono. - Bundibugyo to podtyp wirusa Ebola, który dotychczas rzadko wywoływał zakażenia. Znamy go od niespełna 20 lat i tylko trzykrotnie powodował ogniska epidemiczne - mówił GIS.
Jego zdaniem właśnie to może tłumaczyć opóźnienie w rozpoznaniu obecnej epidemii. - Powszechnie stosowane w Afryce testy nie wykrywają tego typu wirusa, tylko podtypy charakterystyczne dla Zairu czy Sudanu. Mamy więc być może problem diagnostyczny, który sprawił, że tak późno doszło do ujawnienia tego ogniska - w momencie, kiedy zakażonych było już ponad 200 osób, a liczba zgonów sięgała 80 - wyjaśnił.
Grzesiowski zwrócił uwagę, że obecne statystyki nadal w dużej mierze dotyczą przypadków podejrzanych, a nie potwierdzonych laboratoryjnie. - Dane, którymi dysponujemy, czyli około 500 osób podejrzanych o zakażenie, nadal dotyczą przypadków podejrzanych. Przeprowadzenie badań potwierdzających jest dość skomplikowane i być może pozostaniemy przy tej liczbie podejrzeń, a nie potwierdzonych zakażeń - zaznaczył.
"Nikt w Europie nie zachorował na ebolę"
W ostatnich dniach osoby, które miały kontakt z wirusem, były transportowane z Afryki do Europy. W środę tuż przed północą, w Pradze wylądował samolot z amerykańskim lekarzem, który w Afryce miał kontakt z osobą zakażoną wirusem Ebola. Z lotniska do specjalistycznej kliniki przewiozła go specjalna karetka. Mężczyzna ma spędzić trzy tygodnie w izolacji - informowaliśmy o tym w tvn24.pl.
Czeskie ministerstwo zdrowia zapewnia, że pacjent nie będzie miał żadnego kontaktu z mieszkańcami kraju, dlatego nie stanowi zagrożenia dla społeczeństwa. Resort podkreśla jednocześnie, że na razie nie wiadomo, czy doszło u niego do zakażenia. Według dostępnych informacji Amerykanin nie ma żadnych objawów. Do czasu ich ewentualnego wystąpienia będzie jedynie obserwowany w szpitalu. Nie będzie leczony ani poddawany badaniom diagnostycznym.
Jeśli pojawią się symptomy zakażenia, szpital wyśle próbki do specjalistycznego laboratorium w Berlinie, które może potwierdzić diagnozę w ciągu kilku godzin. W szpitalu pacjent ma przebywać w specjalnym namiocie izolacyjnym, ustawionym w jednym z pomieszczeń kliniki. Do dyspozycji będzie miał jedynie telefon komórkowy.
W środę z lotniska Entebbe w Ugandzie, niedaleko Kampali, odleciały jednak dwa samoloty z obywatelami USA, którzy mieli kontakt z wirusem Ebola. Drugi pacjent, z potwierdzonym zakażeniem, trafił do Berlina, do szpitala Charité.
Grzesiowski podkreślił jednak, że nie oznacza to, iż w Europie pojawiły się lokalne zachorowania. - Chciałbym tu być bardzo precyzyjny: nie mamy w Europie zachorowań, które pochodzą z Europy. Mamy pacjentów - i prawdopodobnie będzie ich w Europie więcej - którzy pochodzą z tego ogniska - mówił na antenie TVN24.
Jak dodał, planowanych jest kolejnych kilka transportów osób z Afryki do Europy, ponieważ akcja ma charakter skoordynowany, a obywatele wielu krajów przebywają obecnie na terenie Konga czy Ugandy. Jednym z najważniejszych powodów takich przemieszczeń jest ograniczony dostęp do zaawansowanego leczenia w regionach objętych epidemią. - W Afryce nie można liczyć na to, że osoby chore będą objęte pełną opieką z wykorzystaniem wszystkich możliwych urządzeń, takich jak ECMO czy nowoczesne respiratory - tłumaczył Grzesiowski.
Ciężki przebieg i wysoka śmiertelność
Jak wyjaśniał szef GIS, wirus Bundibugyo może powodować bardzo ciężki przebieg gorączki krwotocznej. - W niektórych ogniskach opisywano śmiertelność sięgającą 50 procent, czyli połowa pacjentów umierała z tego powodu. Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to zagrożenie wysokiego stopnia dla zdrowia publicznego - powiedział.
Na problem zwraca też uwagę prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska, wirusolog z UMCS. Zaznacza, że na Bundibugyo nie ma zatwierdzonych leków ani szczepionek. Szczepionka Ervebo, stosowana przeciwko odmianie Zair, wykazuje pewną skuteczność w badaniach na zwierzętach, ale brakuje badań klinicznych potwierdzających jej działanie u ludzi w przypadku podtypu Bundibugyo.
Wyzwaniem pozostaje także diagnostyka. Nowoczesne testy typu GeneXpert nie obejmują tego podtypu wirusa, co zmusza lekarzy do korzystania ze starszych i wolniejszych metod PCR.
Jak można się zarazić?
Ebola nie rozprzestrzenia się tak jak grypa czy COVID-19. Wirus nie przenosi się drogą powietrzną. Do zakażenia dochodzi przez bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami lub wydalinami osoby chorej. Prof. Szuster-Ciesielska podkreśla, że patogen może być obecny między innymi we krwi, wydzielinach, a także w nasieniu, co umożliwia transmisję drogą seksualną. Badania wskazują natomiast, że wirusa nie ma w ludzkim pocie.
W regionach dotkniętych epidemią szczególnie ryzykowne bywają tradycyjne ceremonie pogrzebowe. Ekspertka zwracała uwagę, że do wielu zakażeń dochodziło podczas mycia ciał bliskich zmarłych przed pogrzebem albo całowania ich w czoło w geście pożegnania, gdy skóra mogła być pokryta osoczem lub wydzielinami.
Polskie służby w gotowości
Grzesiowski ocenił, że szerzenie się choroby na inne kontynenty jest obecnie bardzo mało prawdopodobne. Jak tłumaczył, region objęty epidemią został już poddany kwarantannie i nadzorowi. - Nie można się teraz wydostać z Konga czy Ugandy bez kontroli sanitarnej, co oznacza, że ryzyko, iż ktoś chory wsiądzie do samolotu i poleci do innego kraju, jest niskie - mówił.
Zastrzegł jednak, że wirus może wylęgać się do trzech tygodni. W tym czasie osoba zakażona może nie mieć żadnych objawów. - Zawsze istnieje pewne ryzyko, że w którymś z krajów poza Afryką pojawi się osoba, u której symptomy wystąpią dopiero po wylądowaniu - po kilku dniach od podróży. I na to musimy być przygotowani - podkreślił.
Jak zapewnił, ogłoszenie przez WHO zagrożenia zdrowia publicznego oznacza w Polsce uruchomienie procedur. - To dla nas alert wszystkich służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo. Nasze graniczne stacje sanitarno-epidemiologiczne, szczególnie na lotniskach, są już w tym momencie w stanie gotowości - powiedział Grzesiowski.
Informacja o zagrożeniu jest przekazywana automatycznie przez system IHR, czyli międzynarodowy system Światowej Organizacji Zdrowia. Polska ma również przygotowane zabezpieczenie szpitalne. - Mamy wyznaczone oddziały i miejsca w szpitalach, do których mógłby trafić ewentualny pacjent z objawami budzącymi podejrzenie zakażenia. W tym sensie jesteśmy już, można powiedzieć, w pogotowiu - mówił Główny Inspektor Sanitarny.
Na razie, jak dodał, nie ma informacji, by któryś z obywateli Polski wracał z regionu objętego epidemią. - Zniechęcamy też Polaków do podróżowania obecnie do Konga czy Ugandy, dopóki sytuacja nie zostanie opanowana - zaznaczył.
Ostrzeżenia na lotniskach w Szwecji
Na rozwój sytuacji reagują również inne europejskie państwa. Minister spraw społecznych Szwecji Jakob Forssmed poinformował w środę, że na szwedzkich lotniskach rozpoczął się montaż tablic informacyjnych dotyczących zagrożenia wirusem Ebola. To odpowiedź na ryzyko, że patogen może zostać przywieziony do kraju przez osoby wracające z regionów objętych epidemią.
- Nie można całkowicie wykluczyć przypadków zachorowań u osób powracających z krajów, gdzie trwa epidemia - podkreślił Forssmed. Zaapelował, by osoby, które po powrocie zauważą u siebie nawet niewielkie objawy chorobowe, kontaktowały się ze służbami medycznymi.
Według szwedzkiego resortu spraw zagranicznych w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie przebywa obecnie około 200 obywateli Szwecji. Forssmed zapewnił, że kraj jest przygotowany na ewentualne pojawienie się wirusa. W gotowości mają być między innymi laboratoria diagnostyczne pełniące całodobowe dyżury oraz izolatki dla pacjentów wymagających odseparowania.
Przygotowanie tablic z ostrzeżeniami i zaleceniami zlecono Urzędowi Zdrowia Publicznego. To ta sama instytucja, która odpowiadała w Szwecji za działania podczas pandemii COVID-19. Wówczas kraj nie zdecydował się na lockdown, ograniczając się głównie do zaleceń. Montaż tablic informacyjnych o koronawirusie w portach lotniczych był jednym z pierwszych kroków, jakie wtedy podjęto.
Konflikt utrudnia walkę z epidemią
Sytuację w Afryce dodatkowo komplikuje trwający konflikt zbrojny. Organizacja Lekarze bez Granic alarmuje, że opanowanie epidemii we wschodnich prowincjach Demokratycznej Republiki Konga, w tym w Ituri i Kiwu Północnym, jest wyjątkowo trudne. Na tych terenach przebywa ponad 5 milionów osób wewnętrznie przesiedlonych, a infrastruktura medyczna działa pod ogromną presją.
W związku z zagrożeniem polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza wszelkie podróże w region pogranicza Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy i Sudanu Południowego.