"To trzecia co do wielkości epidemia eboli w historii; w ciągu ostatnich kilku miesięcy rozprzestrzeniała się szybciej niż jakakolwiek poprzednia" - potwierdził dyrektor generalny WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus, który właśnie odbywa wizytę w Demokratycznej Republice Konga. O zatrważającym tempie epidemii donosi organizacja Lekarze bez Granic. We wschodniej części kraju pomoc niesie ponad 1400 pracowników i pracowniczek tej organizacji.
Nowe przypadki wymykają się nadzorowi
Obecną epidemię ogłoszono 15 maja. Według danych WHO do 1 sierpnia zgłoszono 3605 potwierdzonych przypadków. W ciągu zaledwie 11 tygodni od jej ogłoszenia zmarło prawie 1,5 tys. osób. Jest to znacznie wyższa liczba ofiar śmiertelnych niż w porównywalnych okresach poprzednich epidemii. W 2014 roku w Afryce odnotowano 279 zgonów w ciągu dwóch i pół miesiąca. W 2018 r. z powodu zakażenia zmarło prawie 2,3 tys. osób, a łączna liczba potwierdzonych zakażeń wyniosła 3,5 tys. Obecnie monitorowanych jest około 17 tys. osób, które miały kontakt z zakażonymi. Ponad 80 proc. z nich jest objętych codzienną obserwacją.
"Epidemia nie wykazuje żadnych oznak spowolnienia. Niemal codziennie zgłaszane są nowe podejrzane przypadki w nowych lokalizacjach, poza już zidentyfikowanymi łańcuchami zakażeń. Aby zapobiec dalszym ofiarom śmiertelnym, działania muszą wyprzedzać obecne tempo rozprzestrzeniania się wirusa" - alarmują Lekarze bez Granic.
Tedros Adhanom Ghebreyesus zaznaczył, że obecnie WHO w największym stopniu niepokoi tempo rozprzestrzeniania się choroby w prowincji Ituri, w północno-wschodniej część DRK, która jest ogniskiem epidemii. Szef WHO potwierdza, że "łańcuchy przenoszenia wirusa cały czas wymykają się nadzorowi". Ghebreyesus dodał, że około dwóch trzecich zgonów odnotowano w społecznościach lokalnych, pozostających poza systemem opieki zdrowotnej. Obok prowincji Ituri ogniska zakażeń stwierdzono też w sąsiadującej z nią od południa prowincji Kiwu Północne, a także w Kiwu Południowym i Górnym Uele. To 17. epidemia eboli w DRK od wykrycia tej choroby w 1976 roku.
Protesty i ataki na służby medyczne
Walkę z epidemią utrudniają obecnie protesty we wschodniej części kraju. Organizują je pracownicy ochrony zdrowia, którzy domagają się od rządu wypłaty wynagrodzeń i dodatków zaległych za prawie trzy miesiące pracy. Dziesiątki osób zgromadziły się przed ośrodkami leczenia eboli w Bunia, Rwampara i Mongbwalu w prowincji Ituri. W Mongbwalu interweniowała policja. "Stoimy w obliczu niesprawiedliwej sytuacji, która poważnie zagraża kontynuacji działań ratunkowych" - napisali pracownicy służby zdrowia w liście skierowanym do prezydenta Felixa Tshisekediego.
Działania zakłócają również grupy osób nieufnie odnoszących się do służb medycznych. We wtorek, jak donosi agencja Reuters, młodzi mężczyzni z Nianii (również w prowincji Ituri) próbowali zablokować lądowanie śmigłowca ONZ, co skłoniło policję do oddania strzałów ostrzegawczych. W sąsiedniej prowincji Kiwu Północne w mediach społecznościowych pojawiły się plotki o planowaniu wprowadzenia godziny policyjnej, co w poniedziałek wywołało protesty w Butembo. Dwa dni wcześniej zaatakowano karetkę wysłaną do ewakuacji osoby z podejrzeniem zakażenia ebolą w miejscowości Beni, o czym poinformował lokalny urzędnik ds. zdrowia.
Już wcześniej odnotowywano opór lokalnych społeczności wobec zespołów ratunkowych eboli, zwłaszcza tych przeprowadzających bezpieczne pochówki. Robert Ndjalonga, szef obrony cywilnej w prowincji Ituri, informował w lipcu, że niektóre społeczności odmawiają zgody na działalność zespołów pogrzebowych, ponieważ preferują tradycyjne pochówki, co zwiększa ryzyko dalszej transmisji choroby.
- Największym wyzwaniem pozostaje opór lub wręcz odmowa przyjęcia zespołów ratunkowych przez niektóre społeczności - powiedział Ndjalonga. - W kilku przypadkach ekipy pogrzebowe musiały być eskortowane przez siły bezpieczeństwa, aby zapewnić bezpieczne i godne pochówki bez żadnych incydentów - dodał.
Jak rozprzestrzenia się wirus?
Szacuje się, że w ciągu ostatnich 50 lat z powodu eboli w Afryce zmarło w sumie ponad 15 tys. osób. Choroba rozprzestrzenia się poprzez bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami i wydalinami zakażonej osoby.
Źródłem obecnej epidemii jest wirus bundibugyo, który może powodować bardzo ciężki przebieg gorączki krwotocznej. - W niektórych ogniskach opisywano śmiertelność sięgającą 50 procent, czyli połowa pacjentów umierała z tego powodu. Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to zagrożenie wysokiego stopnia dla zdrowia publicznego - mówił pod koniec maja w TVN24 dr Paweł Grzesiowski, Główny Inspektor Sanitarny.
Na wspomniany patogen na razie nie ma szczepionki ani terapii. Szef WHO poinformował w czwartek, że w tym tygodniu Uniwersytet Oksfordzki w Wielkiej Brytanii rozpoczął pierwszy test bezpieczeństwa szczepionki ChAdOx1. Przypomniał, że w pierwszych dniach lipca rozpoczęły się natomiast badania kliniczne dwóch sposobów leczenia przeciwko szczepowi odpowiedzialnemu za obecną epidemię. Również w czwartek sąsiadująca z DRK Uganda, w której odnotowano dwa zgony na 20 przypadków zakażeń, ogłosiła, że obecnie nie ma żadnych aktywnych przypadków infekcji.