W związku z działalnością stowarzyszenia o nazwie Dolnośląski Inspektorat Ochrony Zwierząt (DIOZ) toczy się szereg postępowań. Największym z nich zajmuje się Prokuratura Okręgowa w Świdnicy, która sprawdza między innymi liczne zbiórki internetowe publikowane przez organizację. Do tego śledztwa włączono 14 spraw, przejętych od jednostek policji i prokuratury w całym kraju.
Jak powiedział w środę tvn24.pl prokurator Mariusz Pindera, rzecznik świdnickiej prokuratury, w tej sprawie cały czas trwa analiza zebranej dokumentacji dotyczącej zbiórek, a także ustalanie, co stało się z niektórymi odbieranymi przez aktywistów zwierzętami. Pindera dodał, że troje aktywistów DIOZ ma zarzuty postawione jeszcze przed połączeniem spraw z całego kraju, jednak nie chciał ujawniać szczegółów na temat charakteru tych zarzutów.
Kolejne kłopoty działaczy DIOZ dotyczą sierpniowych działań aktywistów w Tatrach - a konkretnie na drodze do Morskiego Oka. Aktywiści zorganizowali tam kilka protestów, w trakcie których interweniowała policja. Działacze domagają się likwidacji transportu konnego.
16 zarzutów. "Mogę się poczuć jak gangsterzyca"
Jak poinformował tvn24.pl starszy aspirant Maciej Kasprzycki z zakopiańskiej policji, w związku z protestem, który odbywał się 8 sierpnia, "osoby biorące udział w zgromadzeniu otrzymały bądź otrzymają jeszcze zarzuty". - Dotyczą one popełnienia wykroczeń między innymi za niewykonywanie poleceń funkcjonariuszy oraz utrudnianie ruchu pojazdom zaprzęgowym. Każda z tych osób może usłyszeć od kilku do nawet kilkunastu zarzutów - powiedział Kasprzycki. Część zarzutów dotyczy też naruszenia przepisów o zgromadzeniach.
Policja postawiła lub postawi w najbliższym czasie łącznie 45 zarzutów wobec 10 osób. Funkcjonariusze będą wnioskować do sądu o ukaranie aktywistów.
Sara Tonder, aktywistka DIOZ, sama przekazała we wtorek informację o tym, że policja przedstawiła jej 16 zarzutów. - Strach się bać, ile zarzutów nam przyśle zakopiańska policja za ostatni protest sprzed kilku dni. Szkoda tylko, że tych zarzutów nie dostali policjanci, którzy utrudniali nam cały protest, ale na to, mamy nadzieję, też przyjdzie czas [...]. Dzisiaj się mogę poczuć w końcu jak prawdziwa gangsterzyca - skomentowała Tonder w nagraniu opublikowanym na Facebooku.
Podczas ostatniego protestu - 22 sierpnia - policjanci siłą usuwali z drogi do Morskiego Oka aktywistów, którzy usiedli na asfalcie i blokowali drogę. Nie wykonywali poleceń policjantów, którzy kazali im zejść z trasy. Szef DIOZ Konrad Kuźmiński został wtedy zakuty w kajdanki.
Maciej Kasprzycki poinformował nas, że aktywiści usłyszą także zarzuty dotyczące tego protestu. Według policji około 12 osób miało wtedy złamać prawo - w większości chodzi o te same wykroczenia, o które obwiniona będzie Sara Tonder.
DIOZ porównuje zakopiańską policję do peerelowskiej milicji. Aktywiści mówią o "brutalnej bandyterce" w wykonaniu funkcjonariuszy, zapowiadając "pozwy zbiorowe opiewające łącznie na kilka milionów zł zadośćuczynienia". Działacze twierdzą, że policja "knebluje każdy legalny protest w sprawie gehenny koni na trasie do Morskiego Oka".
Starosta zawiadomił prokuraturę
Ale to nie wszystko. W poniedziałek starosta tatrzański Andrzej Skupień złożył do Prokuratury Rejonowej w Zakopanem zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa "w wielu aspektach działalności DIOZ w ostatnich dniach".
- To przede wszystkim czyny ścigane, polegające na znieważeniu funkcjonariuszy publicznych, to przestępstwo polegające na wymuszeniu wydania korzystnej decyzji organu administracji publicznej, która może skutkować czyimiś korzyściami, to propagowanie mowy nienawiści w stosunku do całej naszej grupy etnicznej, czyli do górali - wymieniał starosta.
Przez "ostatnie dni" Andrzej Skupień miał na myśli nie tylko protest na drodze do Morskiego Oka, ale także przebieg spotkania z 19 sierpnia, które odbyło się na terenie starostwa. Oprócz starosty i aktywistów wzięli w nim udział dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego, wójt Bukowiny Tatrzańskiej i przedstawiciele policji.
Spotkanie działaczy DIOZ, starosty i dyrektora TPN odbyło się za zamkniętymi drzwiami. Po rozmowach rozpoczęła się konferencja prasowa, która zamieniła się w regularną pyskówkę. - Jest pan kłamcą i oszustem bezczelnym - krzyczał do starosty szef organizacji Konrad Kuźmiński, wymachując palcem. - Góry nie są wasze - wtórowała mu inna działaczka Krystyna Pietruszka. Ze strony DIOZ padały też oskarżenia o łapówkarstwo.
Działacze DIOZ starali się uzyskać odpowiedź na pytanie, dlaczego po drodze zarządzanej przez starostę, którą odbywa się transport do Morskiego Oka, przewoźnicy nie mogą wykorzystywać elektrycznych fasiągów. Starosta niechętnie przyznał, że organizacja ruchu w tym miejscu zależy od jego decyzji.
"Ile dostajecie do łapy?". Pyskówka w starostwie
Dotarliśmy do nagrania, które pokazuje całość rozmów między aktywistami a urzędnikami. Spotkanie trwało godzinę i 15 minut. Początkowo miało spokojny przebieg. Aktywiści zapowiedzieli między innymi, że sami będą starać się o licencję na przewóz turystów "e-fasiągami". Chodzi o konkretny pojazd, stylizowany na tradycyjny fasiąg, produkowany przez jedną z polskich firm, której przedstawiciel również pojawił się na spotkaniu.
Z czasem działacze DIOZ zaczęli krzyczeć na dyrektora TPN i starostę. - Koń jeździć nie może. Ale zgadzam się z tym, żeby pan ciągnął fasiąg - wykrzykiwała Krystyna Pietruszka, wskazując palcem na starostę.
- Ile panowie dostajecie z tego, co idzie, do łapy? - pytał Konrad Kuźmiński.
Szef DIOZ dopowiadał, że organizacja zawiadomiła prokuraturę w sprawie przekroczenia przez starostę uprawnień, bo ten nie pozwolił im na blokadę drogi w trakcie protestu.
W poniedziałek Skupień poinformował, że do zawiadomienia do prokuratury w sprawie działań DIOZ załączył "obszerny materiał z tych wydarzeń, które działy się zarówno w starostwie powiatowym, jak i [...] na drodze do Morskiego Oka".
- Można protestować, w Polsce mamy zapewnione swobody obywatelskie, ale nie można przy tym łamać prawa. Nie można lżyć, nie można znieważać osoby publiczne, na stanowiskach [...]. Zarzuca się nam korupcję, jakiś układ mafijny. Stanowczo temu zaprzeczamy - podkreślił Andrzej Skupień. I mówił, że działacze DIOZ przywołują "historię Goralenvolku" i obrażają górali "jako katolików". - Musimy dać temu stanowczy opór. To jest mowa nienawiści, to jest szereg manipulacji - podkreślał.
Spalony samochód DIOZ. Aktywiści porównali to do Wołynia
Kilkanaście godzin po ostatnim proteście - w nocy z soboty na niedzielę - spłonął samochód ratunkowy dla zwierząt, który użytkują działacze DIOZ. Pojazd był zaparkowany przed pensjonatem, w którym zatrzymali się członkowie stowarzyszenia. Aktywiści z miejsca oskarżyli górali o podpalenie pojazdu. Twierdzą, że ich straty wyniosły pół miliona złotych. Bardzo szybko po pożarze w internecie pojawiła się zbiórka - ale na milion złotych.
W jednym z wpisów na Facebooku DIOZ opublikował nagranie z pożaru, podpisując je "Wołyń 2.0".
Według naszych nieoficjalnych informacji pojazd nie był własnością DIOZ. Był to samochód leasingowany od zewnętrznej firmy. Policja mówi o pożarze pojazdu, który był "użytkowany" przez aktywistów.
Służby ustalają, jaka była przyczyna pożaru. Próbowaliśmy w tej sprawie porozmawiać z prokurator rejonową Anetą Hładki, jednak do czasu publikacji artykułu była ona niedostępna.
Jak powiedział nam st. asp. Maciej Kasprzycki z zakopiańskiej policji, śledczy nie wykluczają, że pożar był wynikiem podpalenia. DIOZ w swoich mediach społecznościowych twierdzi, że policja dysponuje nagraniem, które pokazuje moment podłożenia ognia. Aktywiści domagają się jego opublikowania.
"Policja nie może samodzielnie zdecydować o publikacji nagrania stanowiącego dowód w prowadzonym postępowaniu. Jego udostępnienie może nastąpić wyłącznie za zgodą właściwej prokuratury oraz z zachowaniem obowiązujących przepisów prawa" - tak w oświadczeniu odniósł się do tego żądania Kasprzycki.
W rozmowie z tvn24.pl policjant przekazał, że postępowanie prowadzone jest pod kątem artykułu 288 Kodeksu karnego, który mówi o zniszczeniu rzeczy. Może za to grozić od trzech miesięcy do pięciu lat więzienia.
W odpowiedzi na nasze pytania Kasprzycki poinformował, że policja dysponuje "zapisem monitoringu z rejonu miejsca zdarzenia". Nie odniósł się jednak do pytania o to, czy na zabezpieczonych nagraniach widać moment ewentualnego podpalenia.