Epidemia eboli. Pacjenci uciekli ze szpitala, jeden jest zakażony

Jitra, Malezja osoba w szkole Jitra Kebangsaan, u której stwierdzono pozytywny wynik testu na COVID-19
GIS o zagrożeniu ebolą
Źródło zdj. gł.: Safuan Salahudin/Shutterstock
Ebola rozprzestrzenia się w Demokratycznej Republice Konga, a szpitale stają się celem ataków. W weekend z placówki w prowincji Ituri uciekło 25 pacjentów, w tym jedna osoba z potwierdzonym zakażeniem - podał Reuters. Chory pozostaje poza izolacją i może zarażać innych.
Kluczowe fakty:
  • Szpital w Mongbwalu był celem kilku ataków. Napastnicy domagali się wydania ciał zmarłych na ebolę.
  • Obecna epidemia wywołana jest rzadkim szczepem bundibugyo, na który nie ma zatwierdzonej szczepionki.
  • Według WHO odnotowano ponad 900 podejrzanych przypadków i 220 podejrzanych zgonów, a ryzyko rozprzestrzenienia się epidemii oceniono jako bardzo wysokie.
  • W Europie nie odnotowano lokalnych zachorowań, a polskie służby sanitarne monitorują sytuację.

Do ataków doszło w szpitalu referencyjnym w Mongbwalu, w północno-wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga. W sobotę niezidentyfikowani napastnicy podpalili namioty izolacyjne ustawione przez organizację Lekarze bez Granic. W zamieszaniu uciekło 18 pacjentów. Jak przekazał dyrektor medyczny placówki dr Richard Lokodu, znane są wyniki badań laboratoryjnych czterech z nich. Trzy okazały się negatywne, jedno potwierdziło zakażenie ebolą.

- Oznacza to, że osoba z potwierdzonym zakażeniem ebolą nadal przebywa poza izolacją i poza kontrolą służb - powiedział Lokodu.

W niedzielę ten sam szpital został zaatakowany ponownie. Jak informuje dyrektor, doszło do czterech fal ataków ze strony młodych ludzi zmobilizowanych przez krewnych chrześcijańskiego przywódcy religijnego, który zmarł na ebolę. Uciekło kolejnych siedmiu pacjentów, a do przywrócenia porządku konieczna była interwencja policji i wojska. Jeden z pacjentów z podejrzeniem zakażenia, będący w stanie krytycznym, zmarł podczas próby ucieczki.

Chcieli zabrać ciała do pochówku

Według Lokodu napastnicy domagali się wydania ciał osób zmarłych na ebolę. To jeden z najtrudniejszych elementów walki z epidemią. Ciała ofiar po śmierci pozostają wysoce zakaźne, a niebezpieczne pochówki, podczas których bliscy dotykają zmarłego bez odpowiednich zabezpieczeń, należą do głównych dróg transmisji wirusa.

Podobne napięcia pojawiały się już podczas epidemii eboli w latach 2018-2020 we wschodniej części Demokratycznej Republiki Konga. Ataki na placówki medyczne były wtedy powszechne - zginęło wówczas ponad 25 pracowników ochrony zdrowia. Część ataków przeprowadzali cywile oburzeni tym, że nie mogli pochować swoich bliskich zgodnie z tradycją, albo przekonani, że epidemia jest mistyfikacją. Jak powiedział dr Richard Lokodu, i tym razem wśród części mieszkańców widać zaprzeczanie istnieniu choroby.

Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ogłosiła obecną epidemię rzadkiego szczepu ebola bundibugyo stanem zagrożenia zdrowia publicznego o zasięgu międzynarodowym. Według WHO to trzecie największe odnotowane ognisko wywołane tym szczepem.

Jak informowaliśmy w tvn24.pl, w niedzielę szef WHO Tedros Adhanom Ghebreyesus mówił o ponad 900 podejrzanych przypadkach, w tym 101 potwierdzonych. Dzień później przekazał, że w obecnym ognisku odnotowano już 220 podejrzanych zgonów, a opóźnienie w wykrywaniu przypadków sprawiło, że służby muszą teraz "nadrabiać stracony czas".

WHO już w ubiegły piątek podniosła ocenę ryzyka związanego z ogniskiem eboli bundibugyo w Demokratycznej Republice Konga do "bardzo wysokiego" na poziomie krajowym. Na poziomie regionalnym ryzyko oceniono jako wysokie, a globalnie jako niskie. Tedros Adhanom Ghebreyesus ostrzegał też, że epidemia wyprzedza działania służb i może się pogorszyć. Kraje graniczące z DRK, która jest epicentrum obecnego ogniska, wezwał do natychmiastowego działania.

Rzadki szczep, brak zatwierdzonej szczepionki

Obecną epidemię wywołuje rzadki szczep wirusa ebola - bundibugyo. Walkę z ogniskiem utrudnia nie tylko przemoc w regionie, lecz także brak zatwierdzonych szczepionek przeciwko temu wariantowi.

Epidemia rozpoczęła się w prowincji Ituri, a następnie rozprzestrzeniła na Kiwu Północne i Kiwu Południowe, w tym tereny kontrolowane przez rebeliantów M23 wspieranych przez Rwandę. Wirus przekroczył też granicę z Ugandą. W poniedziałek władze Ugandy poinformowały o dwóch kolejnych potwierdzonych przypadkach eboli. Łączna liczba zakażeń w tym kraju wzrosła do siedmiu.

Wirus ebola nie przenosi się drogą powietrzną. Do zakażenia dochodzi przez bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami lub wydalinami osoby chorej albo zmarłej. Choroba może mieć ciężki przebieg i prowadzić do gorączki krwotocznej.

Europa bez zachorowań

Główny inspektor sanitarny dr Paweł Grzesiowski uspokajał w TVN24, że w Europie nie pojawiły się rodzime zachorowania na ebolę. - Chciałbym tu być bardzo precyzyjny: nie mamy w Europie zachorowań, które pochodzą z Europy. Mamy pacjentów - i prawdopodobnie będzie ich w Europie więcej - którzy pochodzą z tego ogniska - mówił szef GIS. Zapewniał również, że "polskie służby sanitarne monitorują sytuację epidemiologiczną w Polsce i na świecie". - W tej chwili ryzyko dla naszego kraju pozostaje bardzo niskie - mówił podczas briefingu prasowego poświęconego m.in. ogniskom gorączki krwotocznej.

GIS podkreśla, że Państwowa Inspekcja Sanitarna wraz z WHO i Europejskim Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) na bieżąco śledzi sytuację epidemiologiczną i podejmuje odpowiednie działania.

W związku z ogniskiem eboli w Demokratycznej Republice Konga i Ugandzie polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych wydało ostrzeżenie dla podróżnych. Resort odradza loty do regionu na pograniczu DRK, Ugandy i Sudanu Południowego.

Źródło: tvn24.pl, Reuters
Czytaj także: