Zaproszenie do udziału w prowadzonej przez Joannę Kryńską debacie przyjęły Sylwia Barczak, mama 18-letniej Hani, która zmarła zanim doczekała się wizyty komisji oceniającej potrzebę wsparcia; mec. Katarzyna Łodygowska, prawniczka, właścicielka bloga i kancelarii matkaprawnik.pl oraz Anna Wilczyńska z redakcji Polska i Świat TVN24. Z zaproszenia nie skorzystali natomiast przedstawiciele Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej - swoją aktywność w dyskusji ograniczyli do wysłania pisma na kilkanaście minut przed rozpoczęciem dyskusji.
"Rzeczywistość jest zupełnie inna niż wydaje się to urzędnikom"
O tym, jak bardzo system orzekania o niepełnosprawności i przyznawania świadczeń wspierających jest w Polsce niewydolny, zrobiło się szczególnie głośno w ostatnich tygodniach - po tym, jak media opisały historię Hani Barczak, 18-latki, która zmarła w wyniku agresywnie postępującej choroby nowotworowej. Choroba była szybsza od przeciągającej się ścieżki administracyjnej prowadzącej do tego, by wraz z rodzicami mogła otrzymać świadczenie wspierające.
- Liczyliśmy na to, że będziemy mogli spokojnie zająć się córką, zabezpieczyć finansowo. Choroba, na którą zachorowała Hania, jest zupełnie nieprzewidywalna. Było coraz trudniej. Jako mama nie mogłam pracować, musiałam się zająć dzieckiem w szpitalu i jeszcze trójką synów, organizować dla nich opiekę. Rzeczywistość jest zupełnie inna niż wydaje się to urzędnikom - mówiła podczas debaty Sylwia Barczak.
Tą rzeczywistością były na przykład piętrzące się formalności i konieczność wypełniania kolejnych dokumentów oraz uzupełniania tych już złożonych. Procedura przeciągała się miesiącami. O tym, że sytuacja Hani i jej bliskich nie jest odosobniona, mogła się przekonać reporterka magazynu Polska i Świat, Anna Wilczyńska-Ciupa, która z kamerą odwiedziła panią Adelajdę i jej syna.
- Ten mężczyzna musiał zrezygnować z pracy, z własnego mieszkania, bo matka wymaga opieki całodobowej. Syn pani Adelajdy mówi, że to praca na dwa i pół etatu. Rodzina złożyła w wojewódzkim zespole orzekania o niepełnosprawności wniosek (WZON) i czeka już 14 miesięcy, bez jakiegokolwiek wsparcia - mówiła Anna Wilczyńska-Ciupa.
"Ma wrażenie, że jest tam statystą"
Mecenas Katarzyna Łodygowska przyznała podczas rozmowy, że obecnie funkcjonujący system jest bardzo nieprzyjazny dla tych, którzy mają trudniej, zwłaszcza dla tych, którzy nie poradzą sobie sami na przykład z wypełnieniem wielostronicowego, bardzo szczegółowego formularza lub obsługą systemu informatycznego Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.
- Żeby starać się o świadczenie wspierające, trzeba mieć orzeczenie o niepełnosprawności. To otwiera furtkę do złożenia do Wojewódzkiego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności wniosku o ocenę potrzeby wsparcia. To tu pojawia się problem. Formularz nie jest zbyt przyjazny, a jeśli ktoś doczeka komisji, to ma wrażenie że jest tam statystą. Ktoś potem może napotkać jeszcze barierę w ZUS-ie przy składaniu wniosku o świadczenie wspierające. Można to zrobić tylko elektroniczne - przez portal Empatia - wyjaśniła mecenas.
Dlaczego osoba stająca przed komisją może się poczuć jak statysta? W ocenie Sylwii Barczak między innymi przez to, jakie usłyszy pytania.
- Pytania kompletnie nie pasowały ani do choroby, do sytuacji ani do tego, czego było potrzeba. Specyfika jej choroby była zupełnie inna niż to, co zawierał formularz. Podam przykład dziewczyny, która leczyła się z Hanią - uzyskała 85 punktów, czyli może liczyć na około 1400 zł. Pytanie, które zadała jej komisja, było o to, czy potrafi się sama podetrzeć. Te pytania są dla osoby chorej uwłaczające - oceniła Sylwia Barczak.
"Nie da się nawet dodzwonić"
Świadczenie wspierające działa od 2024 roku, a projektowane było jeszcze przez poprzednią ekipę rządzącą. Wydawać by się mogło, że dwa lata to czas, w którym uda się opanować problemy, jakie pojawiły się na początku. WZON-y zalała fala wniosków, z których obsługą sobie nie radziły. Z informacji, jakie dostaliśmy z Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej wynika, że kolejki już się skróciły - teraz czeka się od trzech do 10 miesięcy. To wciąż za długo, zwłaszcza gdy choroba szybko postępuje. W przesłanym do TVN24+ piśmie resort podkreśla, że system orzeczniczy nigdy wcześniej nie mierzył się z tak dużym napływem wniosków.
- Plan był taki, by to były pieniądze, które trafią do osób z niepełnosprawnościami. Tak naprawdę wpadają w otchłań. Wniosków od stycznia 2024 roku było aż 847 tysięcy. Myślę, że ten system jest częściowo niewydolny, nie był w stanie obsłużyć takiej masy wniosków - oceniała Anna Wilczyńska-Ciupa.
Zdaniem Sylwii Barczak od strony wnioskodawcy wygląda to tak, że po złożeniu wniosku zapada głucha cisza.
- Nie da się nawet dodzwonić. Czekamy, aż odezwie się urząd, który zwykle odzywa się po to, żeby powiedzieć, że czegoś brakuje. W kwestii ściągania podatków nasze państwo jest bardzo sprawne, jeśli mają coś wypłacić, to jest to wtaczanie kamienia pod górę - gorzko konkludowała.
- WZON-y są przeciążone, to prawda, ale przepisy zostały wprowadzone bez szacowania tego, ile takich wniosków może wpłynąć. Ja nie mogłam się dodzwonić do WZON-u w Katowicach. Problemy dotyczą jednak w ogóle spraw w ZUS-ie. Mierzymy się ze sztucznym przedłużaniem terminów. Tak sobie radzą urzędnicy, mając taką rzeczywistość w pracy. To nie ich wina, tylko systemu, w jakim pracują - zauważyła z kolei mec. Katarzyna Łodygowska.
Czego więc brakuje i co można zmienić? Te pytania zadawały kolejno wszystkie nasze redakcje zajmujące się tym problemem: tvn24.pl. Fakty TVN, Polska i Świat, TVN24+. Resort odpowiada, że prace nad poprawą systemu są w toku i potrwają… do połowy 2028 roku. Oraz że do WZON-ów trafi więcej pieniędzy i zatrudnionych zostanie więcej urzędników.
- Połowa 2028 roku - to nie wróży niczego dobrego - skwitowała Katarzyna Łodygowska. - Nie tędy droga. Nie można czekać do połowy 2028 roku - powiedziała z kolei Sylwia Barczak.
Autorka/Autor: Piotr Wójcik/ap
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Archiwum prywatne/Fakty TVN