7 kwietnia 99. urodziny obchodzi bohaterka Powstania Warszawskiego Wanda Traczyk-Stawska. - Przesadna odwaga kończy się źle. Ale reagować na zło może i powinien każdy na miarę swoich sił - tak określiła swoje credo w jednym z wywiadów.
"Składamy najserdeczniejsze życzenia zdrowia i wszelkiej pomyślności!" - przekazało Muzeum Powstania Warszawskiego we wtorek. We wpisie z życzeniami muzeum przytoczyło wspomnienie Wandy Traczyk-Stawskiej z Powstania Warszawskiego.
"To był też bardzo piękny moment w moim powstańczym życiu, bo miałam już opaskę powstańczą, miałam beret z orzełkiem legionowym mego ojca. I jak wybiegłam z tymi ulotkami, to ludzie, którzy... tu się toczyły walki, ale już na Szpitalnej, ale przede wszystkim na Chmielnej, gdzie był spokój, na Widok, na Zgoda, ludzie wywiesili flagi, stali w bramach... I jak mnie widzieli, to po prostu całowali, ściskali, wtykali mi czereśnie, jakieś słodycze... Nigdy w życiu później nikt mnie tyle razy nie pocałował, nie miałam tyle dowodów serdeczności..." - wspominała uczestniczka powstania.
"To wtedy zapadła decyzja o powstaniu"
Wanda Traczyk (drugi człon nazwiska przybrała po ślubie z Wacławem Tadeuszem Stawskim) urodziła się 7 kwietnia 1927 r. w Warszawie. W dzieciństwie z rodzicami (ojciec - były legionista był robotnikiem) kilka razy przenosiła się z miejsca na miejsce. Rodzina mieszkała kolejno na Czerniakowie, Bródnie i we Włochach, a tuż przed wybuchem wojny przeniosła się na Mokotów. Tam, we wrześniu 1939 r. była świadkiem, jak od kuli wystrzelonej przez niemieckiego żołnierza zginęło niemowlę, a trzymająca je w rękach matka - została ciężko ranna.
Opowiadała o tym zdarzeniu - jako przełomowym w jej życiu - w rozmowie z Michałem Wójcikiem (książka "Błyskawica. Historia Wandy Traczyk Stawskiej" ukazała się nakładem wydawnictwa WAB w 2022 r.)."Wie pan, co ja sobie wtedy pomyślałam? Że już muszę być dorosła. Teraz, natychmiast. Nie mogę być dalej, nie wolno mi. Muszę być żołnierzem. Nie pozwolę, żeby ktoś strzelał do niemowlaka". Wyznała, że to w tamtym momencie znienawidziła Niemców.
"Gdyby Niemcy nie zachowywali się tak okrutnie już od pierwszego dnia okupacji, to być może wszyscy nie weszlibyśmy do konspiracji. Ale w sytuacji, gdy stali się bezwzględni, zaczęli mordować bez żadnych hamulców - nie było innego wyjścia. […] To jest właśnie tajemnica polskiego podziemia, a potem Powstania Warszawskiego. O tym się nie mówi. Ale to wtedy, we wrześniu, zapadła decyzja o powstaniu" - wyjaśniła.
W 1942 r. włączyła się w działania Szarych Szeregów - malowała na murach i skrzynkach pocztowych symbole Polski Walczącej. Kolportowała też podziemne ulotki - czasami ukrywając je pod "gadzinowym" "Nowym Kurierem Warszawskim".
Na przyspieszone dorastanie wpłynęły tragedie osobiste: od początku 1942 r. po śmierci matki musiała się zacząć opiekować rodzeństwem. 16 września 1944 r. w powstaniu zginął jej brat. Do jej konspiracyjnych zadań należało również doręczanie wydanych w imieniu Polskiego Państwa Podziemnego wyroków śmierci - szmalcownikom i konfidentom. Ryzyko było olbrzymie, bo musiała je wręczyć bezpośrednio adresatowi. Nigdy jednak w trakcie takich akcji nie została zatrzymana.
Wspominała, że Niemców zapewne w błąd wprowadzał jej wygląd: dziecięcy uśmiech i warkocze. "Do dziś się zastanawiam, dlaczego okupanci mieli do nich taką słabość. Dzięki warkoczykom czułam się na ulicy pewniej. Żandarmi mnie nie zatrzymywali, żołnierze pomagali znaleźć drogę, oficerowie byli mili. Jakby miękli na ich widok, a ja - przyznaję - kokietowałam. Uśmiech i warkocze, to na nich działało" - opowiadała w książce Michała Wójcika.
Przyznała, że się bała, a po latach ma żal do rozkazodawców, że ją i inne dzieci wysyłane do takich akcji narażały na ryzyko. "Ten strach, paniczny strach potwierdzą też inni. Bałam się, bo nie wiedziałam, ile bólu mogę wytrzymać w razie złapania przez Gestapo. […] Z drugiej strony wiem, że ta robota miała sens. Bo może ten szmalcownik, po przeczytaniu wyroku oprzytomniał? Zrezygnował i wycofał się z branży?" - opowiadała.
Wanda Traczyk-Stawska w powstaniu
W powstaniu została łączniczką i strzelcem. Przed godziną "W" ojciec, który - jak się okazało - też był zaangażowany w działalność konspiracyjną, dał jej swojego legionowego orzełka i obciął warkocze. Wyjaśnił, że będą jej tylko przeszkadzały.
Została żołnierzem Oddziału Osłonowego Wojskowych Zakładów Wydawniczych. Walczyła w Śródmieściu (m.in. w rejonie Marszałkowskiej, Brackiej i Chmielnej) oraz na Powiślu. Brała również w ciężkich walkach o kościół Świętego Krzyża i komendę policji. Zapamiętała zarówno takich dowódców, którzy doprowadzili do niepotrzebnych strat w swoich szeregach, jak i takich, którzy szanowali życie żołnierzy. Wspominała też Ślązaka - żołnierza Wehrmachtu - który przyłączył się do powstańców. Dzięki jego doświadczeniu (przed przymusowym wcieleniem do niemieckiego wojska dosłużył się stopnia plutonowego w polskim), oddział Traczyk-Stawskiej wiele razy wychodził z opresji.
Ranna walczyła dalej
O powstańczych przeżyciach mówiła też w dwóch rozmowach nagranych przez Muzeum Powstania Warszawskiego. Podkreślała bohaterstwo sanitariuszek, które często ginęły próbując ratować innych. "I one biegły, żeby tych swoich chłopców ratować, żeby ich opatrzyć, żeby się czołgać do nich. Ubrane w białe fartuchy, w opaski, biegły jedna po drugiej i dostawały. (…) I byłam wściekła na te sanitariuszki później, bo one, jak byli ranni i Niemcy, i Polacy, to opatrywały nie według tego, kto Polak, a kto Niemiec, tylko kto ciężej ranny".
W tej samej rozmowie wspominała dramatyczne chwile z 6 września 1944. Powstańcy przedzierali się wówczas z ulicy Foksal na Chmielną, ale ponieważ Niemcy rozbili już stojącą w poprzek Nowego Światu barykadę, musieli się czołgać. Czołgała się, ze swoim małym dzieckiem, także żona jednego z powstańców. "To dziecko miało chyba cztery miesiące i ona czołgając się, musiała to dziecko przywiązać na pielusze. Były miejsca, gdzie było bardzo dużo gruzu, to dziecko by uderzało o ten gruz, to ona, jak wilczyca, trzymała to dziecko w zębach i czołgała się" - opowiadała Traczyk-Stawska.
W połowie września została ranna, ale aż do kapitulacji brała udział w walkach. Ostatnie miesiące wojny spędziła w niemieckiej niewoli - początkowo w Stalagu Lamsdorf (dzisiaj Łambinowice), a potem m.in. w Zeithain (w Saksonii), a następnie Oberlangen. Tam doczekała wolności - 12 kwietnia 1945 r. obóz został wyzwolony przez żołnierzy 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka.
Wanda Traczyk-Stawska po wojnie
Po zakończeniu wojny została wysłana do szkoły, najpierw do Włoch, a potem w Palestynie. Tam zrobiła małą maturę i podjęła naukę w liceum pedagogicznym. W 1947 r. zdecydowała się jednak wrócić do Polski. Studiowała psychologię na Uniwersytecie Warszawskim i dostała pracę w szkole dla upośledzonych umysłowo. To tam poznała swojego przyszłego męża, który był jednym z nauczycieli w tej placówce. Córka i syn Wandy Traczyk-Stawskiej zostali muzykami, oboje jeszcze w czasach PRL-u wyemigrowali.
Ona sama zaangażowała się w ratowanie pamięci o poległych powstańcach, szczególnie tych pochowanych w zbiorowej mogile na wolskim cmentarzu. "Bo to jest sprawa najważniejsza, dlatego, że ja uważam, że każdy z nas, kto przeżył powstanie to już ma swoją nagrodę, przez to, że ma dzieci, ma wnuczęta, ma życie, które poznał, zasmakował. A oni, ci co polegli, to właściwie zazwyczaj byli na początku tego życia, nawet nie znali jego wartości, i że leżą tam bezimiennie to jest krzywda straszliwa wyrządzona im przez Niemców, bo zabili tych chłopców i dziewczęta, i przez PRL, który odebrał im tożsamość i pamięć po nich" - wyjaśniała w rozmowie dla Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego.
Od października 1948 do 1972 roku pracowała w Szkole Specjalnej nr 6 na Pradze-Północ, przez wiele lat pracowała też jako nauczycielka w Szkole Podstawowej Specjalnej nr 3 przy ul. Ząbkowskiej. Była współinicjatorką ustanowienia przez Sejm w 2015 roku Dnia Pamięci o Cywilnej Ludności Powstańczej Warszawy przypadającego na 2 października oraz inicjatorką budowy Izby Pamięci w parku Powstańców Warszawy.
Wsparcie dla protestujących
Na początku stanu wojennego wspierała działaczy "Solidarności". W jej domu ukrywał się Zbigniew Janas, bywali u niej też Helena Łuczywo i Henryk Wujec.
Głośno zrobiło się o niej w maju 2018 r., gdy w kuluarach Sejmu protest urządzili rodzice niepełnosprawnych (także tych już dorosłych) dzieci. Wanda Traczyk-Stawska chciała się z nimi spotkać, ale Kancelaria Sejmu odmówiła jej wydania przepustki.
W 2020 r. wsparła protest kobiet przeciwko wyrokowi Trybunału Konstytucyjnego, który oznaczał de facto zaostrzenie przepisów aborcyjnych. "Być przyzwoitym i nic nie robić to za mało. Bo brak reakcji to przyzwolenie na zło" - mówiła w rozmowie z Michałem Wójcikiem.
Zaangażowała się w obronę demokracji. "Gdy słyszę, jak sympatycy faszyzmu mówią, że coś jest dobre dla kraju czy państwa, to ja już wiem, że to fałsz. Bo za tym nie ma drugiego człowieka. Działanie ma być dobre dla konkretnego człowieka. Nie dla Polski czy Boga czy w imię Boga. Polska to ludzie, a nie plakaty z pięknymi hasłami. Apeluję o działanie, bo zło przyspieszyło. Faszyści jeszcze niedawno żyli w ukryciu. Potem wyszli na ulice, bo pojawiło się przyzwolenie władz. A teraz są już w sejmie. Są w kościołach, nazywają się ich obrońcami. Są nawet w kościele Świętego Krzyża, który zdobyliśmy. My tego kościoła (…) nie zdobyliśmy dla nich! Absolutnie nie! Gdybym mogła, to ja bym o niego dalej walczyła" - podkreślała w tym samym wywiadzie.
"Reagować na zło może każdy"
Podczas uroczystości z okazji 80. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego zaapelowała o polsko-niemieckie pojednanie. Jak zaznaczyła, jest ono szczególnie potrzebne w obliczu zagrożenia ze strony Rosji. - Myślę, że przyszedł czas, żeby sobie nawzajem wybaczyć, jak to między sąsiadami. Bądźmy dobrymi sąsiadami. Razem mamy siłę, żeby powstrzymać Rosję" - mówiła.
Zawsze wspierała też wartości europejskie i obecność Polski w Unii. 10 października 2021 roku na Placu Zamkowym w Warszawie odbył się z udziałem wielu tysięcy osób proeuropejski wiec pod hasłem "My zostajeMY w UE". Tuż obok, korzystając z nagłośnienia, wystąpienia kolejnych mówców zagłuszał Robert Bąkiewicz. Robił tak też w trakcie przemówienia Wandy Traczyk-Stawskiej, aż ta w kategoryczny sposób zaprotestowała: "Milcz, głupi chłopie. Milcz, milcz, milcz, milcz, chamie skończony. Milcz, bo ja jestem żołnierzem, który pamięta, jak krew się lała, jak moi koledzy ginęli, ja tu po to jestem, żeby wołać w ich imieniu".
"Niech pan na mnie popatrzy. Jestem mała, niska, wydawać by się mogło - słaba. Ale to tylko pozory. Każdy jest silny, jeśli tak uzna. Nie można się rzucać z motyką na słońce. Przesadna odwaga kończy się źle. Ale reagować na zło może i powinien każdy na miarę swoich sił" - streściła swoje credo w wywiadzie z Michałem Wójcikiem.
Źródło: PAP
Źródło zdjęcia głównego: Szymon Pulcyn/PAP