Wypadek, do którego doszło w 2023 roku pod Piotrkowem Trybunalskim, to jedna z najbardziej przerażających tragedii drogowych w Polsce. Pędzące BMW z Sebastianem M. za kierownicą - jak wynika z filmów zarejestrowanych przez świadków oraz ustaleń prokuratury - wbiło się w tył prawidłowo jadącej Kii.
Uderzony samochód od razu stanął w płomieniach, w aucie spłonęli: Patryk, jego żona Martyna i 4-letni syn Oliwier. Sebastianowi M. nic się nie stało. Bezpośrednio po wypadku nie został zatrzymany, bo ani policja, ani prokuratura nie poznały od razu szczegółów wypadku. Kiedy po kilku dniach wyszły na jaw, M. był już za granicą. Najpierw w Niemczech, potem w Dubaju. Udało się go sprowadzić do Polski dopiero w maju 2025.
Teraz okazuje się, że zabiegi mające sprawić, że M. wyjdzie z aresztu i znowu stanie się wolnym człowiekiem, wciąż trwają. "Uwaga!" dotarła do szokującego dokumentu w tej sprawie.
Nowy wątek w sprawie Sebastiana M.
Pod koniec zeszłotygodniowej rozprawy, na której Sebastian M. złożył długie oświadczenie, jego obrońca złożyła wniosek, żeby jej klient został zwolniony z aresztu i odpowiadał z wolnej stopy. Ten wniosek obrończyni otworzył sensacyjny, dotąd nieznany wątek sprawy.
- Wysoki sądzie, nawet przyznana zgoda na telefon została wykorzystana w sposób, który wskazuje na to, co się może z oskarżonym stać, kiedy wyjdzie na wolność. Opuści terytorium kraju i nie będzie możliwości prowadzenia dalszego postępowania z nim na miejscu – mówił na sali rozpraw prokurator Aleksander Duda.
Poznaliśmy szczegóły tej sprawy. Pod koniec września matka Sebastiana M. dzwoniła do aresztu i rozmawiała przez telefon z synem. Nagle słuchawkę przejął od niej nieustalony mężczyzna i poinformował Sebastiana M., że już za chwilę "wyciągnie" go z aresztu na wolność.
- W piśmie, które naczelnik wystosował z więzienia, wyraźnie jest napisane: "Będziesz wolny" - przytacza pani Elżbieta, matka zmarłego Patryka.
Rozmowa Sebastiana M. z matką była nagrywana, zaś areszt powiadomił o jej przebiegu sąd. Dotarliśmy do kluczowego dokumentu w tej sprawie. Mężczyzna mówił do Sebastiana M.: "Wszystkie dokumenty zostały podpisane przez ministerstwo i dlatego w piątek był dyplomata w więzieniu i siedział z naczelnikiem i miałeś z tym dyplomatą wyjść na wolność. Na dzień dzisiejszy podpisał minister sprawiedliwości, że jesteś wolnym człowiekiem. W sobotę było jakieś spotkanie dyplomatyczne i chcieli cię uwalić. Rozmawialiśmy z Senegalem i Senegal powiedział, że jesteś wolnym człowiekiem. A. pojechał do Hamburga załatwiać te sprawy. Pani sędzia wie o tym, że wychodzisz na wolność, koniec, kropka. Specjalnie z Warszawy leciał do ciebie dyplomata, żeby cię zwolnić. Myślę, że maksymalnie wtorek, środa wyjdziesz na wolność. Jest zezwolenie oficjalne, że jesteś czysty, wychodzisz na wolność, koniec, kropka. Kwestia jest teraz tego, w co gra minister Żurek".
Rodzina Sebastiana M. nie chciała odpowiadać na pytania reportera "Uwagi!".
Notatkę z nagranej rozmowy telefonicznej szef aresztu przesłał do sądu w Piotrkowie Trybunalskim, gdzie toczy się proces Sebastiana M. Nie mamy wiedzy na temat tego, czy sąd zawiadomił prokuraturę o tej rozmowie.
Z akt sprawy wynika, że piotrkowski sąd przesłał notatkę do departamentu współpracy międzynarodowej Ministerstwa Sprawiedliwości.
Minister nie chciał rozmawiać przed kamerą o sprawie, argumentując, że nigdy nie podejmował żadnej decyzji dotyczącej Sebastiana M. Zapowiedział, że sam rozważy, czy złożyć doniesienie do prokuratury, bo w nagranej rozmowie pada jego nazwisko.
ZOBACZ CAŁY REPORTAŻ "UWAGI!" TVN >>>
Zeznania Sebastiana M.
Do niedawna 34-letni Sebastian M., oskarżony o spowodowanie koszmarnego wypadku na autostradzie A1, podczas swojego procesu konsekwentnie milczał. Na jednej z ostatnich rozpraw przedstawił swoją wersję zdarzeń.
- Zacznę od tego, że ja dokładnie nie wiem, co się stało tego tragicznego dnia. Jechałem skrajnie lewym pasem trójpasmowej jezdni, gdy nagle zobaczyłem samochód wjeżdżający z prawego pasa na lewy. Prosto na mnie. Nie mogłem już nic zrobić, wykonać żadnego manewru. Nie mam pojęcia, co się stało, że ten samochód na mnie zjechał. Nie wiem, czy doszło do jakiejś awarii - mówił Sebastian M. na sali sądowej.
ZOBACZ RÓWNIEŻ: Szokujące ustalenia w sprawie Sebastiana M. "Wychodzisz na wolność"
- Gdy wysiadłem z auta zobaczyłem słup ognia. Przy drugim samochodzie widziałem dwa pojazdy. Ludzie szybko się zatrzymywali, próbowali ugasić pożar, ale ogień był zbyt silny - mówił Sebastian M. w sądzie.
Według danych z komputera pokładowego sportowe BMW Sebastiana M. pędziło tuż przed zderzeniem z niewyobrażalną prędkością nawet ponad 300 km/h. Jak ustalił portal brd24.pl, na "czarnej skrzynce" BMW zapisała się prędkość 253 km/h - tylko dlatego, że to maksymalna prędkość, jaką w ogóle to urządzenie jest w stanie zapisać. Analiza innych danych - parametrów jazdy, nagrań świadków - wskazuje, że mogła być jeszcze wyższa.
Sportowy samochód niedługo przed wypadkiem został przez Sebastiana M. dodatkowo wzmocniony tuningiem. Zdaniem biegłych zwiększenie osiągów spowodowało, że auto straciło tzw. homologację i nie mogło jeździć po publicznych drogach.
Sebastian M. twierdzi, że jechał wolniej
Teraz Sebastian M., wbrew danym zebranym z czarnych skrzynek obu aut, twierdzi, że to zmarły kierowca Kii zajechał mu drogę i doprowadził do wypadku.
- Jestem absolutnie pewny, że nie straciłem panowania na swoim pojazdem. Nie zjechałem na środkowy pas, nie uderzyłem w pojazd Kia, nie doprowadziłem do tej strasznej tragedii - mówił w sądzie.
- To, co wygaduje oskarżony pan M., nie mieści się w głowie, jak próbuje całą winę zrzucić swoimi manipulacjami, swoimi wyimaginowanymi argumentami. Chce za wszelką cenę winę przełożyć na nasze dzieci – oburza się pani Małgorzata, matka zmarłej Martyny.
Sebastian M. twierdzi także, że jechał o wiele wolniej, niż ustalili biegli.
- Wydawało mi się, że prędkość mogła oscylować w granicach 170 km/h. Jednak po analizie akt sprawy myślę, że mogłem jechać z prędkością maksymalnie 200 km/h. Mój samochód był ciężki, masywny, więc prędkość była słabo odczuwana. Jednak na pewno nie jechałem z prędkością nawet zbliżoną do 300 km/h - mówił M. w sądzie.
- Należy wskazać, że uszkodzenia mechaniczne pojazdów również wykluczają zarzucaną prędkość oraz przebieg zdarzenia, jakobym uderzył w tył pojazdu Kia. BMW ma uszkodzoną prawą część przodu, z wyrwanym prawym przednim kołem, a nie cały przód, jak wskazują wizualizacje rekonstrukcji zdarzeń biegłych - dodał M.
- Zabijając trzy niewinne osoby, które spokojnie wracały znad morza, teraz próbuje odwrócić to i zrobić z nich winnych wypadku – mówi pani Elżbieta, matka zmarłego Patryka.
Sebastian M. o kole dojazdowym
Kierowca BMW przedstawił też swoją teorię na temat przyczyny wypadku.
- Przez ostatnie dwa lata niemal codziennie zastanawiałem się, co się stało w Kii, że zjechała prosto na mnie. Dopiero w materiale dowodowym, a w szczególności w zdjęciach z miejsca zderzenia, znalazłem możliwą odpowiedź. Na miejscu znaleziono koło dojazdowe. Brak piątego koła na miejscu zdarzenia. Jest to jedyne czwarte koło pasujące do samochodu Kia znalezione na miejscu. Znalezione koło mogło poruszać się z maksymalną prędkością 50 km/h. Nigdy nie powinno się znaleźć zamontowane na pojeździe poruszającym się po autostradzie - mówił M. w sądzie.
CZYTAJ RÓWNIEŻ: Sebastian M. przekonywał sąd, że do Dubaju wyjechał w celach biznesowych
Zdaniem oskarżenia, nie ma żadnych dowodów, że w Kii zamontowane było koło zapasowe. Koło dojazdowe, w wyniku olbrzymiej siły zderzenia razem z osobistymi rzeczami ofiar wypadło z bagażnika. Czwartego koła we wraku Kii brakuje, bo stopiło się podczas pożaru, najsilniejszego z tej właśnie strony auta.
- Oskarżony złożył takiej treści wyjaśnienia, które sąd będzie musiał ocenić. Z mojej perspektywy są one niewiarygodne. Nie mają oparcia w materiale dowodowym. Stanowią obraną linię obrony, która kształtuje alternatywną wersję zdarzeń, na którą nie ma dowodów – podkreśla prokurator Aleksander Duda, oskarżyciel Sebastiana M.
Autorka/Autor: Tomasz Patora/wg/PKoz
Źródło: Uwaga! TVN
Źródło zdjęcia głównego: Uwaga! TVN