- Sebastian M. jest oskarżony o spowodowanie śmierci trzyosobowej rodziny, która zginęła w wypadku na autostradzie A1 we wrześniu 2023 roku.
- Oskarżony - jak wskazali śledczy w akcie oskarżenia - przed wypadkiem pędził jak pocisk po autostradzie i momentami rozpędzał stuningowane BMW do nawet 329 km/h. Niedługo po wypadku uciekł do Dubaju, z którego do Polski trafił po ekstradycji.
- Zdaniem prokuratury, to M. jest jedyną osobą odpowiedzialną za tragedię. Obrona oskarżonego jednak przekonuje, że przedstawiona przez śledczych sekwencja zdarzeń "jest po prostu niemożliwa” i na dowód przedstawia prywatną ekspertyzę, w świetle której oskarżony syn łódzkiego biznesmena jest niewinny.
- Bliscy zmarłych twierdzą, że "butna i konfrontacyjna" postawa oskarżonego potęguje tylko ból po stracie dzieci i wnuka.
W czwartek przed piotrkowskim sądem zeznawało trzech strażaków ochotników i jeden przypadkowy świadek, który z gaśnicą w ręku pobiegł w kierunku płonącej Kii. Świadkowie przedstawiali zgodny obraz - wokół płonącego pojazdu było dużo oderwanych elementów uderzonego auta i rzeczy rodziny, która była w środku. Mówili między innymi o ubraniach i dziecięcych zabawkach.
- Po ugaszeniu pożaru było widać ofiary tej tragedii. Bardzo chciałem, żebyśmy mogli im pomóc, ale po prostu nie byliśmy w stanie - opowiadał jeden ze świadków.
Cztery relacje
Każdy z przesłuchanych w czwartek świadków usłyszał ten sam zestaw pytań od mecenas Katarzyny Hebdy, która broni Sebastiana M. Mecenaska pytała o to, na jakim obszarze rozrzucone były części i czy jadące na ratunek wozy strażackie mogły najeżdżać na zalegające na pasie elementy. Interesowało ją też to, kiedy wstrzymany został ruch na autostradzie A1 i w jakiej odległości od płonącego auta zatrzymywały się pojazdy służb.
- Nie wiem, czy najeżdżaliśmy. Nie wiem, czy był korek. Skupiony byłem na tym, że płonie samochód z ludźmi w środku - odpowiedział jeden ze strażaków.
Drugi odpowiadał, że "prawdopodobnie na coś najechaliśmy". Podkreślał, że do miejsca tragedii dojechał dzięki temu, iż inni kierowcy na A1 ułożyli sprawnie korytarz życia.
Trzeci zapamiętał, że z tyłu, po lewej stronie Kii były widoczne ślady po uderzeniu.
Świadek, który na miejscu wypadku znalazł się przypadkiem (akurat jechał A1 w kierunku Łodzi i zatrzymał się niedługo po wypadku), opowiadał, jak jego żona zatrzymała pojazd na wysokości płonącej Kii.
- Żar był tak wielki, że żona odjechała trochę dalej, po prostu się baliśmy. Ja próbowałem podbiec z gaśnicą. Słyszałem klakson z tego palącego się samochodu, wiedziałem, że ktoś jest w środku - relacjonował.
Z miejsca wypadku odjechał, kiedy gaszeniem pożaru zajęli się już strażacy.
"Chcemy pokazać, że to niemożliwe"
W przerwie czwartkowej rozprawy zapytaliśmy obrończynię Sebastiana M. o to, do czego mają doprowadzić jej pytania zadawane świadkom.
- Staramy się pokazać, że wersja przyjęta przez prokuraturę jest niemożliwa. Dlatego zawnioskowaliśmy do sądu o dopuszczenie opinii, która wyjaśni wątpliwości wynikające z prywatnej ekspertyzy. Wynika z niej, że na A1 musiało stać się coś innego, niż twierdzi prokuratura - przekazała prawniczka.
Dodała, że właśnie po to zadaje pytania o części rozrzucone wokół miejsca tragedii, żeby lepiej można było zrozumieć, jak zmieniał się układ dowodów na autostradzie.
Decyzja o tym, czy sąd przychyli się do wątpliwości zgłaszanych przez obronę, ma zapaść 12 marca, niedługo po tym, jak wyjaśnienia ma składać oskarżony Sebastian M.
Uśmiech i tajemniczy SMS
Oskarżony przez całą rozprawę zachowywał spokój. Kilkukrotnie uśmiechnął się do rodziców i siostry, którzy usiedli w pierwszym rzędzie ławek na sali rozpraw - tuż obok najbliższej rodziny tych, którzy stracili życie.
Rodzina Martyny, Patryka i małego Oliwiera nie chciała rozmawiać przed kamerą. Wskazali jedynie, że trwający proces jest niewyobrażalnie bolesny - między innymi przez postawę oskarżonego i jego bliskich. Zaznaczyli, że okazują oni wyższość i "nie ma w nich cienia skruchy".
Pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych mecenas Łukasz Kowalski zaznacza z kolei, że obrona stara się "znaleźć jakąkolwiek dziurę w spójnym i niebudzącym wątpliwości materiale dowodowym".
- Wnioski podnoszone przez obronę mają jeden cel: zasiać niepewność. Znam materiał dowodowy na tyle dobrze, że wiem, że to po prostu niemożliwe, a działania obrony mogą co najwyżej przedłużyć proces - zaznaczył prawnik.
W czasie czwartkowego procesu prawniczka oskarżonego poinformowała sąd, że w zeszłą sobotę otrzymała wiadomość w języku słowackim, która została wysłana z polskiego numeru telefonu komórkowego. Mecenas Hebda przekazała, że treść przetłumaczyła za pomocą programu komputerowego.
- Treść brzmiała tak: Sebastian M. został powieszony za zbrodnię, którą popełnił - mówiła prawniczka, które twierdziła, że wcześniej nie informowała o treści wiadomości swojego klienta (który jednak nie wydawał się zaskoczony, podobnie jak jego rodzice i siostra). Dodała też, że nie informowała o tym wcześniej policji, ale chce treść wiadomości złożyć w aktach.
Sędzia Renata Folkman wyraziła swoje zdziwienie, że dopiero teraz prawniczka zdecydowała się podjąć jakiekolwiek działania. Jednocześnie poleciła w trybie pilnym poinformować o tajemniczej wiadomości areszt śledczy, w którym przebywa Sebastian M. i poinformować o sprawie piotrkowską prokuraturę.
Autorka/Autor: Bartosz Żurawicz
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: tvn24.pl