Karol Nawrocki mówi dość. Czas skończyć z podziałami w życiu politycznym, a za nim w miejscach pracy, domach i rodzinach. Trudno się z prezydentem nie zgodzić, choć trzeba mieć w pamięci fakt, że polskie podziały są ugruntowane historycznie jeszcze w czasach mickiewiczowskiej Polski kontuszowej i frakowej. Są też prostą konsekwencją upadku etycznego i merytorycznego postpolityki, która z prędkością światła przekracza normy.
Nadzieja zatem - formułowana z wielu stron po wyborach prezydenckich - że oto POPiS przechodzi do kolejnej niechlubnej tradycji polskiej, były dla mnie wyłącznie świadectwem chciejstwa i to chciejstwa prymitywnego. Likwidacja POPiS-u bowiem dla wielu oznaczała i wciąż oznacza zwycięstwo jednej ze stron i wyniszczenie, odebranie prawa do głosu i istnienia - co najmniej politycznego - drugiej.
Symboliczne są tu powyborcze słowa prof. Andrzeja Zybertowicza o "wypisaniu się z polskości", ale przecież podobnej frazeologii jest dużo więcej. Popis rozumiany już nie jak konkretny spór PO vs PiS, ale jako symbol podziału w Polsce nie ginie, lecz się umacnia. Co najwyżej generacyjnie się przepoczwarza, niestety, w coraz obrzydliwszego stwora.
Moment (nie)konstytucyjny
Jeśli więc się zgodzimy, że podziały, którym Karol Nawrocki tak chwalebnie mówi "dość", mają swe podstawy w dwóch wielkich i przeciwstawnych mitologiach (które w różnych okresach nieistnienia i istnienia państwa polskiego dawały o sobie znać pod postacią aktualnych sporów), to pomysł unieważnienia tego podziału za pomocą zmiany Konstytucji wydaje się dalece naiwny lub czysto propagandowy. Konstytucja sama z siebie nie tworzy harmonii i zgody, ale z nich wyrasta.