Tragedia, w związku z którą Prokuratura Rejonowa Bielsko-Biała Północ postawiła zarzuty dwóm lekarzom, rozegrała się w prywatnym centrum medycznym Eskulap w Bielsku-Białej pod koniec maja zeszłego roku.
Okazuje się jednak, że do zaniedbań dochodziło tam już wcześniej. Dziennikarze dotarli do innych pacjentek, które – jak ustalili – wygrały z Eskulapem na drodze sądowej.
"Mój ból to ich wina"
Pani Izabela do dziś zmaga się z poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi. Zastrzyk ze znieczuleniem miał zostać jej podany nieprawidłowo. Kobieta poczuła wówczas ogromny ból. Trwale zostały uszkodzone nerwy, przez co pani Izabela straciła władzę w lewej nodze.
- Ból, który towarzyszy mi nieustannie od 17 lat, to jest ich wina. To jest wina tego anestezjologa i całej tej kliniki. Poszłam tam zdrowa, a wyszłam chora – podkreśla kobieta w rozmowie z Uwagą!.
Jak mówi, po wszystkim zawieziono ją do pokoju i zabroniono go opuszczać. - Wybrałam tę klinikę, bo chciałam być bezpieczna – mówi pani Izabela. Lekarze ostrzegają ją, że mimo leczenia może całkowicie przestać chodzić.
Kobieta ma złe zdanie o właścicielu kliniki. - Doktor jest złym człowiekiem. Samolubnym, egoistycznym, zapatrzonym w siebie. To nie jest człowiek, który powinien być lekarzem, nie ma żadnego współczucia do drugiego człowieka. Nigdy nie przeprosił – mówi.
"Córka urodziła się martwa"
Córeczka pani Marty nie oddychała po urodzeniu. - Córka urodziła się martwa. Bo tego inaczej się nie da określić – ocenia kobieta. Noworodek miał poddusić się podczas porodu, bo lekarz zbagatelizował wyniki badań.
- Położyli mi sine dziecko na piersi, nie było oznak życia. Trwało to być może pół minuty, minutę i dopiero wtedy się zorientowali. Wzięli córkę na stół i po prostu zaczęli ją reanimować – opowiada nasza rozmówczyni.
Funkcje życiowe dziewczynki udało się przywrócić, ale dziecko było niepełnosprawne. - Była dzieckiem leżącym, nie porozumiewała się z nami, nie jadła samodzielnie, nie połykała. Wymagała opieki 24 godziny na dobę – opowiada pani Marta. Dziewczynka zmarła kilka lat temu. Jak mówi mama: jej serce nie wytrzymało.
Śmierć pani Anny
Kulisy operacji, po której w prywatnym szpitalu w Bielsku-Białej zmarła 41-letnia Anna opisała w reportażu tvn24.pl Małgorzata Goślińska. Podczas postępowania wszczętego po śmierci pani Anny prokuratura ustaliła, że błędy, które przyczyniły się do śmierci kobiety, nie były jednorazową sytuacją. W efekcie Szpital Esculap został przez wojewodę wykreślony z listy placówek medycznych. Nałożono też na niego karę: 363 tys. złotych.
"Z ustaleń kontroli wynika, że pacjentki pooperacyjne były pozostawione wyłącznie pod opieką położnych, zaś stwierdzone nieprawidłowości miały charakter systemowy, a nie incydentalny" - przekazał NFZ.
Wyniki kontroli potwierdziły, że pacjentka została bez opieki ginekologa po cesarskim cięciu, a sprzęt medyczny nie miał aktualnych przeglądów technicznych.
- To była norma, że nie było ginekologa. Przychodził ginekolog, wykonywał cięcie cesarskie i szedł do domu - mówi dziennikarka tvn24.pl Małgorzata Goślińska. Tak też było w przypadku pani Anny. 41-letnia kobieta zmarła kilka godzin po zabiegu.
- Po dwóch godzinach już były obiektywne wyniki, które wskazywały, że mogła mieć na przykład krwotok wewnętrzny, że mogła mieć atonię macicy, czyli że macica się nieprawidłowo obkurcza po porodzie. Było wysokie tętno i jednocześnie niskie ciśnienie. Miała takie objawy, że ona czuła gorąco i miała zimne nogi - wylicza Małgorzata Goślińska.
- Dochodziło do momentu, gdzie widziałem, że ona odpływa. Dotykałem jej nóg, one były zimne, a skarżyła się, że jest jej bardzo ciepło w te nogi - mówi partner zmarłej, Krzysztof Wnętrzak.
Śmierć 41-latki w klinice Esculap
Ale w szpitalu nie było już ginekologa. Na oddziale było aż sześć pacjentek po cesarskim cięciu. - Nie powinno tak absolutnie być. Zgodnie ze wszelkimi uregulowaniami ten ginekolog jest tam obowiązkowo obecny - podkreśla prof. Piotr Socha, ordynator oddziału położniczo-ginekologicznego Szpitala św. Wojciecha w Gdańsku.
Pacjentka nie została też przewieziona do szpitala o wyższej referencyjności. Zamiast tego po kilku godzinach została poddana kolejnej operacji, a ginekolog pojawił się w jej trakcie. - I wtedy ginekolog znowu wyszedł ze szpitala - zwraca uwagę Małgorzata Goślińska.
Po źle przeprowadzonej operacji, dopiero o godzinie 1 w nocy pani Anna została przewieziona karetką do innego szpitala. Nie udało się jej jednak uratować.
Pierwsze zarzuty w tej sprawie prokuratura postawiła na początku listopada 2025 roku. - Są to zarzuty dotyczące zarówno narażenia pacjentki na niebezpieczeństwo utraty życia i skutkujące jej zgonem, jak również są to zarzuty związane z fałszowaniem dokumentacji medycznej i poświadczeniem nieprawdy - mówi Łukasz Zachura z Prokuratury Rejonowej Bielsko-Biała Północ.
Szpital odwołał się od kary nałożonej przez NFZ, jednak Fundusz podtrzymał swoją decyzję.
Autorka/Autor: Anna Winiarska
Źródło: TVN24