Czy Polacy podróżujący w rejony niebezpieczne wbrew ostrzeżeniom MSZ powinni być wyłączeni z bezpłatnej opieki konsularnej i ratunkowej? Kto powinien finansować akcje ratunkowe? O tym dyskutowali goście Anny Seremak podczas debaty w TVN24+. - To jest logiczne, że przed podróżą patrzy się na ostrzeżenia MSZ. Komunikat na temat tego, że gdzieś jest niebezpiecznie, powoduje, że wolałbym nie ryzykować - mówił Kuba Porada (podróżnik, dziennikarz TTV). Dodał też, że w sytuacji, w której jest całkowity zakaz podróżowania do któregoś kraju, wszystko jest jasne, ale są też kraje, do których tylko "zaleca się", żeby nie lecieć. - Wtedy na dwoje babka wróżyła. Ludzie mogą być zmanipulowani tym, że ktoś był w tym kraju i nic mu się nie stało - wyjaśnił Porada. Przemysław Bogdan (Polak, który ewakuował się z Dubaju) opowiedział o swoich doświadczeniach. - Planowaliśmy z żoną podróż na dwa dni, typowo służbowo na konferencję. Nie spodziewaliśmy się, że dzień później zaczną się ataki. Ostatecznie wróciliśmy tydzień później, kupując bilety zupełnie sami - relacjonował Bogdan. Wyjaśnił, że podczas przedłużonego pobytu w Dubaju musiał z żoną na własną rękę znaleźć miejsce, gdzie spędzą czas. Paweł Radoliński (Polska Izba Turystyki) zaznaczył, że biura podróży są mocno nastawione na bezpieczeństwo turystów. - Ponad osiem tysięcy polskich turystów wróciło właśnie z biurami podróży. Branża podróżnicza zdała egzamin celująco. Oczywiście to był ich obowiązek, ale decydując się na wypoczynek z biurem podróży jesteśmy w stu procentach pewni, że będziemy mieli zapewnioną opiekę - powiedział Radoliński. Eliza Kuna (Kancelaria Adwokacka Eliza Kuna) dodała, że "żadne biuro podróży nie ryzykowałoby utraty reputacji, a w konsekwencji utraty klientów". - Klienci biur podróży są lepiej chronieni niż tacy podróżnicy z plecakiem, podróżujący na własną rękę, bo wtedy linie lotnicze umywają ręce - tłumaczyła Kuna.