Jeszcze niedawno wielu Polaków marzyło, by "rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady". Dziś jednak część z nich rezygnuje z wakacyjnych planów.
- Miałem dwie rezerwacje odwołane. Zadzwoniłem do tych ludzi, pytając się, jaka jest przyczyna tego odwołania. No i odpowiedź jest jasna - żona boi się niedźwiedzi. Mamy do czynienia ze spadkiem rzędu 30 procent - mówi przedsiębiorca Antoni Kostka.
W jego gospodarstwie agroturystycznym na Pogórzu Przemyskim pokoje stoją puste, a w ogrodzie czereśnie podjada jedynie sąsiadka. Z podobnymi problemami borykają się inni gospodarze w regionie.
Mniejszy ruch w Bieszczadach
Niepokojące sygnały płyną z samych Bieszczadów.
- Jest faktycznie mniejszy ruch i to może spowodować, że będzie troszeczkę mniej gości - mówi Dariusz Wethacz, wójt gminy Cisna.
Jak dodaje, po wiosennym okresie, kiedy niedźwiedzie szukały łatwego pożywienia, sytuacja się uspokoiła. Zwierzęta, które pojawiały się w pobliżu gospodarstw, nie zrobiły nikomu krzywdy.
Panika po tragedii w Iwoniczu
Część przedsiębiorców uważa, że spadek liczby turystów to efekt niepotrzebnej paniki.
- Komuś na tym zależało. Nakręciliśmy taką panikę, jeżeli chodzi o sytuację z niedźwiedziami - ocenia Daniel Wojtas, przedsiębiorca i właściciel hotelu.
Jego zdaniem do rozkręcenia atmosfery lęku przyczynili się niektórzy lokalni politycy, którzy po tragedii w Iwoniczu – śmierci kobiety w lesie - publikowali w mediach społecznościowych filmy z niedźwiedziami, opatrując je dramatycznymi komentarzami.
- Politycy nakręcają tę sytuację i pewne osoby chcą na tym wypłynąć, bo łatwiej sprzedaje się negatywny wizerunek, jakiś lęk - dodał Wojtas.
Edukacja i nowe rozwiązania
Sytuację realnie ma naprawić projekt, który właśnie ruszył na Podkarpaciu.
- Edukacja jest kluczem - chodzi o odpowiednie zabezpieczanie odpadów i umiejętność reagowania - mówi Mikołaj Dorożała, wiceminister klimatu i środowiska.
Celem programu jest uniknięcie sytuacji znanych z Rumunii, gdzie częste spotkania ludzi z niedźwiedziami prowadzą do licznych incydentów.
Jak radzą sobie w Tatrach?
W Tatrach podobny model działa skutecznie.
- Nie ma miejsca w Tatrach, z którego niedźwiedź by nas nie słyszał lub nie czuł. Gdyby chciały zrobić krzywdę człowiekowi, mielibyśmy codziennie przypadki bliskich spotkań. A ich nie ma - podkreśla Filip Zięba z Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Specjalista założył obroże stu niedźwiedziom, a ostatnio ośmiu w Bieszczadach. Dzięki temu można namierzać osobniki, które przyzwyczajone do ludzkiej obecności szukają jedzenia w pobliżu domów.
Gumowe kulki i drony w akcji
Przed kilkoma dniami w Bieszczadach przepłoszono dwa takie niedźwiedzie przy użyciu gumowych kul - bolesnych, ale nie raniących.
- To były konkretne osobniki, które naprawdę dokuczały, między innymi zabijały zwierzęta. Zareagowały tak, jak powinny, czyli ucieczką - mówi Hubert Fedyń z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie.
- Używamy też dronów z termowizją i po prostu czekamy - dodaje Sławomir Serafin z tej samej instytucji.
Kluczowa zmiana nawyków
Eksperci podkreślają, że kluczowa jest zmiana ludzkich zachowań. Skoro śmieci przyciągają niedźwiedzie, trzeba zrezygnować z wyrzucania ich byle gdzie.
Fundacja WWF rozdaje gospodarzom niedźwiedzioodporne kosze i ogrodzenia pod napięciem. Rozwiązanie przynosi efekty - zniechęcony zwierz odchodzi do lasu, gdzie znajduje naturalne pożywienie.
Przyrodnicy uspokajają: w Bieszczadach jest bezpiecznie.
- Można iść na szlak bez obaw. Mówię to z pełną odpowiedzialnością praktyka - zapewnia Bartosz Pirga z Bieszczadzkiego Parku Narodowego.