- Samorząd lekarski zgadza się, że polski system ochrony zdrowia potrzebuje gruntownej reformy. Zmiany zaproponowane przez resort zdrowia ocenia jednak negatywnie.
- Część szpitali upada przez obciążenia finansowe. Dyrektorzy boją się, że po wprowadzeniu zmian będą musieli zamykać oddziały.
- Przedstawiciele samorządu lekarskiego odnoszą się też do doniesień o strajku lekarzy.
- Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w tvn24.pl.
Limit zarobków w wysokości 240 złotych brutto za godzinę, konieczność pracy w jednej publicznej placówce minimum w wymiarze pół etatu oraz możliwość zatrudnienia w dodatkowym miejscu jedynie za zgodą pracodawcy - to niektóre ze zmian zaproponowanych przez resort zdrowia w odpowiedzi na aferę w Szpitalu Południowym, która podgrzała publiczną dyskusję o patologiach w systemie ochrony zdrowia. Naczelna Izba Lekarska (NIL) również zauważa te nieprawidłowości i zgadza się z wnioskiem, że zmiany są potrzebne. Sposób ich wprowadzenia oraz propozycje nowych regulacji budzą jednak obawy samorządu lekarskiego i dyrektorów szpitali. Ich zdaniem, zaproponowana ustawa w praktyce nie wiele poprawi, a wręcz przeciwnie - może istotnie ograniczyć dostępność do świadczeń. Kto zatem będzie najbardziej poszkodowany? Jak wskazują - pacjenci.
- Reformy w tym kształcie nie nazywamy reformą, ale raczej regresem. (...) Dzisiaj chcemy przestrzec ministerstwo, że te pomysły, które się pojawiają, osiągną efekt odwrotny do zamierzonego - podkreśla dr Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Izby Lekarskiej.
Lekarzy nie brakuje, ale są źle rozmieszczeni
- Uważamy, że największym problemem w dzisiejszym systemie ochrony zdrowia jest dostępność do świadczeń, a projekt zmian może ją pogorszyć - mówi Jankowski. Samorząd lekarski obawia się, że część specjalistów zostanie wypchnięta z publicznego systemu ochrony zdrowia. Jak twierdzi prezes NIL, wbrew temu, co niedawno powiedziała w mediach wiceministra zdrowia Katarzyna Kęcka, nie da się ich zastąpić innymi pracownikami medycznymi.
We wtorek w programie "Jeden na jeden" ministra zdrowia Jolanta Sobierańska-Grenda stwierdziła, że już nie mamy w Polsce problemu ze zbyt małą liczbą lekarzy, tylko ze źle rozlokowaną i źle wykorzystaną kadrą. Także prezes NIL podkreśla, że obecnie zmagamy się z nierównomiernym rozmieszczeniem medyków i brakiem lekarzy chętnych do pracy w szpitalnictwie. Szczególnie brakuje ich na Warmii i Mazurach oraz na wschodniej ścianie kraju, co wykazał też najnowszy raport Think tanku dla ochrony zdrowia SGH.
- Martwimy się, że część lekarzy przy proponowanych zmianach może odpłynąć do systemu prywatnego i zrezygnować z tych prac, w których pracowali na mniej niż pół etatu - mówi Łukasz Jankowski.
"Nie ma żadnych dowodów na to, że praca lekarza w przyszpitalnym AOS w wymiarze mniejszym niż pół etatu przynosi uszczerbek pacjentom" - czytamy w stanowisku NIL.
Marcin Karolewski, prezes Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menedżerów i kierownik oddziału internistycznego, przedstawia wyniki ankiety przeprowadzonej przez NIL wśród dyrektorów medycznych szpitali. Część z nich obawia się, że limit wynagrodzeń zaszkodzi ich placówce. Inni z kolei twierdzą, że na nim zyskają, bo w końcu staną się bardziej konkurencyjni. To ważne, bo obecnie szpitale rywalizują ze sobą o lekarzy.
- 66 procent naszych respondentów odpowiedziało, że przewiduje w najbliższym czasie pogorszenie sytuacji w szpitalnictwie - podkreśla Karolewski. Jak wylicza, ankietowani dyrektorzy ds. medycznych najbardziej obawiają się problemów z anestezjologami, specjalistami medycyny ratunkowej i radiologami. To specjalizacje, bez których szpital nie może funkcjonować. Resort zdrowia zdaje się o tym wiedzieć, bo - jak wskazuje samorząd lekarski - już sam projekt ustawy proponuje możliwości na obejście ograniczeń, które mają zostać wprowadzone, w tym także limitu wynagrodzeń. Problem może być też z innymi specjalistami. Jankowski jako przykład podaje patomorfologów, których obecnie mamy w Polsce mniej niż szpitali.
15 procent dyrektorów boi się, że ich szpital zostanie zamknięty.Marcin Karolewski, prezes Polskiego Towarzystwa Lekarzy Menedżerów
Zmiany proponowane przez Ministerstwo Zdrowia mają ograniczyć działalność lekarzy walizkowych, czyli takich, którzy przyjeżdżają do szpitala raz w miesiącu czy w tygodniu i wykonują w nim serię zabiegów w jeden dzień. Przykład? Ortopedzi operujący w ramach kontraktu oddziału chirurgii. To już niebawem nie będzie możliwe. Od 1 października br. niektóre procedury z zakresu ortopedii, chirurgii kręgosłupa, urologii oraz pulmonologii mają być wykonywane wyłącznie w szpitalach specjalistycznych. - Dzisiaj to, że lekarze są mobilni, to nie jest największy problem systemu - mówi stanowczo Marcin Karolewski, podkreślając, że wielu specjalistów dojeżdża do małych poradni przy szpitalach powiatowych, umożliwiając ich funkcjonowanie. I pyta: co pacjent ma zyskać na ograniczeniu dostępności?
NIL: ministerstwo ignoruje kluczowy problem
Samorząd lekarski wskazuje przede wszystkim na to, że zmiany proponowane przez resort Sobierańskiej-Grendy w ogóle nie obejmują urealniania wyceny procedur medycznych. Dziś - zdaniem NIL - to ona stanowi istotę kryzysu polskiej ochrony zdrowia. Częściową zmianę wyceny świadczeń, która miała miejsce w lipcu br., przedstawiciele NIL oceniają jako zdecydowanie niewystarczającą. Marcin Karolewski podkreśla, że ogromnym problemem jest zbyt niska wycena hospitalizacji i leczenia w oddziałach chorób wewnętrznych.
- Tak naprawdę zostały nieznacznie zmienione wyceny procedur pulmonologicznych, które przez wiele, wiele lat były dramatycznie nieopłacalne - mówi o nowej wycenie Karolewski. - To nie zmieni sytuacji oddziałów internistycznych. Pacjent internistyczny bardzo mocno się zmienił w przeciągu ostatnich 10 lat. Jest dużo starszy i obarczony wieloma innymi chorobami.
"Brak właściwej wyceny świadczeń w największym stopniu odpowiada z jednej strony za zadłużenie placówek ochrony zdrowia, a z drugiej za tzw. kominy płacowe, na które nie powinno być miejsca w systemie finansowanym ze środków publicznych" - czytamy w stanowisku Naczelnej Izby Lekarskiej.
- Ministerstwo dzisiaj całkowicie ignoruje problem z wyceną procedur - zaznacza Jankowski, dodając, że niezaopiekowany pozostaje również problem dostępności doświadczeń.
- Część szpitali powiatowych padnie i nastąpi prywatyzacja - mówi prezes NIL. - Niepokoi nas to, że pani minister mówi o tym wprost, że szpital się zamyka, bo był źle zarządzany.
- Upadają szpitale, które mają historycznie jakieś obciążenia. Nie ma rzeczywistych map potrzeb zdrowotnych. Kto przeżyje, to przeżyje i chciałoby się krzyczeć, czy leci z nami pilot - oburza się Joanna Harbuzińska-Turek, reprezentująca szpitale powiatowe.
Z perspektywy dyrektorów szpitali, mam wrażenie, że dwa główne problemy - brak stabilności finansowej i niedobór kadrowy - nie zostaną rozwiązane, tylko się nasilą. Pogorszy się bezpieczeństwo pacjentów, będą mieli większe odległości do pokonania w celu uzyskania świadczenia zdrowotnego.Joanna Harbuzińska-Turek, dyrektorka ds. medycznych w SPZOZ w Wolsztynie
Nie będzie strajku lekarzy?
Samorząd lekarski twierdzi, że okoliczności i tryb wprowadzania zmian odbierają propozycjom resortu zdrowia wiarygodności. - To próba odwrócenia ostrza przeciwko lekarzom - mówi Joanna Harbuzińska-Turek, dyrektorka ds. medycznych w SPZOZ w Wolsztynie. Jak dodaje, ani poprzednie rządy, ani obecny wcześniej nie podejmowały prób wprowadzenia zmian, które realnie polepszyłyby sytuację w ochronie zdrowia.
Harbuzińska-Turek przypomina, że to rządzący wypchnęli kiedyś medyków na kontrakty, zmuszając ich do stania się przedsiębiorcami za sprawą ustawy o działalności leczniczej. Zarówno wysokie stawki lekarzy, jak i kominy płacowe, są jej zdaniem skutkiem nieracjonalnej wyceny świadczeń i regionalnych niedoborów kadrowych. NIL przypomina też, że to, że lekarze pracują po kilka dób z rzędu, jest zgodne z prawem, które specjalnie utworzono tak, aby ograniczenia czasu pracy ich nie dotyczyły.
Samorząd lekarski przyznaje, że sposób, w jaki część medyków w ostatnim czasie wypowiada się o planowanych zmianach, szkodzi całemu środowisku. - Nasz dział medialny więcej czasu obecnie poświęca prostowaniu niefortunnych wypowiedzi kolegów po fachu niż merytorycznej pracy nad reformą systemu ochrony zdrowia - przyznaje Łukasz Jankowski i zaznacza, że dla NIL szokujący są lekarze, którzy zarabiają np. 800 złotych za godzinę.
Przedstawiciele samorządu lekarskiego podkreślali, że emocji jest obecnie sporo. Wiceministra zdrowia Katarzyna Kęcka wspomniała niedawno w jednym z wywiadów o możliwym strajku włoskim lekarzy. - Pierwszy raz w historii to ministerstwo ogłosiło strajk lekarzy - śmieje się prezes NIL. I dodaje: Nie mamy takich informacji, raczej jesteśmy merytoryczną podporą tego procesu. Powiedzieć, że ta wypowiedź jest niefortunna, to jak nic nie powiedzieć.