Dwusilnikowy Beechcraft Super King Air 300 leciał z Marsh Harbour na wyspie Wielkie Abaco do Freeport na wyspie Wielka Bahama. Jak podała amerykańska straż przybrzeżna, samolot wysłał sygnał SOS ok. godz. 11. we wtorek. Maszyna rozbiła się ok. 80 mil (ok. 130 km) od Melbourne na Florydzie, a wszystkie osoby obecne na pokładzie przeżyły - poinformowały amerykańskie władze.
Pasażerom, którzy utknęli w wodzie daleko od wybrzeża USA, z pomocą przybył zespół rezerwistów sił powietrznych, który prowadził szkolenie w pobliżu. Ratownicy ewakuowali 11 osób z szalupy i przebywających w jej pobliżu wprost na pokład śmigłowca.
- Fakt, że wszyscy ci ludzie przeżyli, jest prawdziwym cudem - powiedziała mediom major Sił Powietrznych USA Elizabeth Piowaty, która brała udział w akcji ratunkowej. Kapitan Rory Whipple zwrócił uwagę, że pasażerowie samolotu już od blisko pięciu godzin przebywali w wodzie, gdy nadlecieli ratownicy. - Wystarczyło na nich spojrzeć, żeby stwierdzić, że są w niebezpieczeństwie: fizycznie, psychicznie i emocjonalnie - ocenił wojskowy.
Znaleźli ich dzięki nadajnikowi
Ocaleni nie byli w stanie skontaktować się z nikim na lądzie. Wojsko namierzyło ich dzięki awaryjnemu nadajnikowi, który był w samolocie - podkreśliła Piowaty. Whipple zauważył natomiast: - Nie mieli pojęcia, że nadlatujemy, dopóki nie znaleźliśmy się tuż nad nimi. Można więc sobie wyobrazić, ile wycierpieli, nie wiedząc, czy ktoś ich uratuje.
Wszyscy ocaleni pasażerowie zostali przewiezieni do szpitala na badania. Amerykańska Federalna Administracja Lotnictwa Cywilnego (FAA) zapowiedziała dochodzenie w sprawie ustalenia przyczyn wypadku.