Kościół w Polsce, ale i polski system edukacyjny - jeśli lekcje religii mają w nim pozostać (a to wynika zarówno z konstytucji, jak i z konkordatu) - potrzebują zmiany modelu nauczania. Systematycznie spadająca liczba praktykujących (najlepiej widać to w młodszych pokoleniach już w całości objętych lekcjami katechezy w szkołach), a także statystyki (też lecące na łeb na szyję) chrztów, bierzmowań i ślubów uświadamiają, że nadszedł czas na zmiany.
Model, jaki został wprowadzony po upadku komunizmu, okazał się niewydolny w starciu z nowymi trendami kulturowymi, ale też w starciu ze zmieniającą się sytuacją społeczną. Laicyzacja wkroczyła do Polski z pewnym opóźnieniem, ale z ogromnym impetem, a odpowiedzią na nią nie może być jeszcze więcej Jana Pawła II, jeszcze więcej przeszłości, jeszcze więcej moralizmu, bo to zwyczajnie się nie sprawdza.
Zmiana opakowania to za mało
I wydawało się, że Episkopat to zrozumiał, bo przygotował nową podstawę programową, która miała być sygnałem wyraźnej zmiany. Biskup Wojciech Osial, odpowiedzialny za nauczanie religii w Konferencji Episkopatu Polski (KEP), podkreślał, że nowy dokument powstał, by "wychowanie religijne było jak najowocniejsze i odpowiadające współczesnym wyzwaniom". - Ta podstawa odpowiada wyzwaniom współczesnych czasów: religijnym, kulturowym, społecznym - mówił hierarcha, prezentując dokument na początku grudnia. Kłopot z tą deklaracją jest tylko taki, że nie odpowiada ona treści zaprezentowanego dokumentu. To, co w nim znajdziemy, jest nieco inaczej opakowaną, ale niezmienioną treścią nauczania religii.
Istotna zmiana jest jedna, a jest nią zmiana nazwy przedmiotu. Zanim wybuchła afera związana z redukcją liczby godzin nauczania tego przedmiotu, niezmiennie używano określenia "katecheza", ale potem sami biskupi zaczęli mówić o "religii". I choć można by powiedzieć, że różnica jest żadna, to jeśli zna się język teologii katolickiej, wie się, że jest inaczej.