- Wirus rozprzestrzenił się w regionie Ituri przy granicy z Ugandą, a ryzyko dalszej transmisji dotyczy łącznie 11 państw Afryki Wschodniej.
- Co o wirusie mówią eksperci? Jakie są przeszkody w opanowaniu epidemii?
- W regionach objętych epidemią dochodzi do protestów i ataków na placówki medyczne. Dlaczego?
- Światowa Organizacja Zdrowia ocenia ryzyko globalne jako niskie, ale polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzega przed podróżami. Dokąd?
Epidemia eboli w Demokratycznej Republice Konga (DRK) i w Ugandzie wciąż się rozwija. Amerykańskie Centra Kontroli i Prewencji Chorób (CDC) podają, że w DRK potwierdzono 321 zakażeń wirusem bundibugyo i 48 zgonów. We wtorek ministerstwo zdrowia Ugandy potwierdziło sześć kolejnych przypadków eboli - informuje Reuters. Podejrzeń zakażenia jest w regionie ponad 900, a ponad 220 zgonów nadal jest weryfikowanych pod kątem możliwego związku z wirusem. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ocenia ryzyko w samej Demokratycznej Republice Konga jako bardzo wysokie, regionalne jako wysokie, a globalne jako niskie - więcej pisaliśmy o tym tutaj.
Epicentrum przy granicy z Ugandą
Epicentrum epidemii znajduje się w prowincji Ituri we wschodniej części DRK, przy granicy z Ugandą. To region od lat dotknięty konfliktami zbrojnymi, przesiedleniami i niestabilną sytuacją bezpieczeństwa, co utrudnia pracę służb medycznych: opóźnia wykrywanie chorych i ustalanie, z kim zakażeni mieli bezpośredni kontakt.
Wirus rozprzestrzenił się już w 15 z 36 stref zdrowia w Ituri, a pojedyncze przypadki odnotowano także w prowincjach Kiwu Północne i Kiwu Południowe oraz w sąsiedniej Ugandzie. Afrykańskie Centra ds. Kontroli i Prewencji Chorób (Africa CDC) wskazują, że ryzyko dalszej transmisji dotyczy łącznie 11 państw regionu, w tym Sudanu Południowego, Rwandy, Kenii, Tanzanii, Somalii i Burundi. Informowaliśmy o tym w tvn24.pl.
Mimo trwającego zagrożenia władze DRK ponownie otworzyły lotnisko w Bunii, mieście położonym w centrum obecnego ogniska. Ruch lotniczy ma być przywracany przy zaostrzonych procedurach sanitarnych, między innymi pomiarach temperatury pasażerów i obowiązkowym myciu rąk.
Z Bunii przyszła także pierwsza dobra informacja: WHO podała, że ze szpitala wypisano czterech pracowników medycznych leczonych z powodu eboli - więcej o tym piszemy tutaj.
Szczepionki są, ale nie na ten gatunek wirusa
Epidemię wywołał bundibugyo, rzadszy gatunek ebolawirusa niż ebola Zaire, znany z największych epidemii w Afryce Zachodniej. To ważne, bo szczepionki i leki opracowane przeciwko jednemu gatunkowi wirusa nie muszą działać przeciwko innemu.
Wirusolog prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie (UMCS) przypomniała w mediach społecznościowych, że "mamy dwie zarejestrowane szczepionki przeciw Eboli - Ervebo i drugą, używaną w mniejszej skali. Obie zostały opracowane przeciwko wirusowi Zaire. Wobec bundibugyo nie działają, a przynajmniej nikt tego nie potwierdził w warunkach klinicznych. To samo dotyczy leków - dwa przeciwciała monoklonalne, które ratują życie pacjentom z ebolą Zaire, w przypadku bundibugyo nic nie dają" - czytamy.
W praktyce oznacza to poważne ograniczenie możliwości leczenia. "Mamy w ręku epidemię, na którą zasadniczo nie mamy ani szczepionki, ani leku" - podkreśla prof. Szuster-Ciesielska. WHO prowadzi rozmowy z producentami i ośrodkami badawczymi o przyspieszeniu badań klinicznych nad nowymi kandydatami na szczepionki, ale - jak zaznacza ekspertka - "to wszystko trwa".
Dlatego wciąż kluczowe są podstawowe działania stosowane przy epidemiach eboli: szybkie wykrywanie chorych, izolacja pacjentów, leczenie objawowe i wspomagające, ochrona personelu medycznego, ustalanie kontaktów zakażonych oraz bezpieczne pochówki.
Protesty przeciw kwarantannie
Skuteczność tych działań zależy jednak od tego, czy służby mogą dotrzeć do chorych i czy lokalne społeczności im ufają. W obecnym ognisku jest to jeden z największych problemów. W prowincji Ituri doszło do ataku na szpital, po którym z placówki uciekło 25 pacjentów. Wśród nich była co najmniej jedna osoba z potwierdzonym zakażeniem ebolą, co utrudniło dalsze działania służb i zwiększyło ryzyko kolejnych zakażeń – więcej na ten temat pisaliśmy tutaj.
Protesty wokół eboli nie są nowe. Podczas wcześniejszych epidemii zdarzało się, że mieszkańcy atakowali punkty leczenia, blokowali transport chorych albo odmawiali przekazywania ciał do bezpiecznego pochówku. Dla epidemiologów są to procedury ratujące życie. Dla rodzin i lokalnych społeczności mogą jednak wyglądać jak odebranie kontroli nad chorym, naruszenie tradycji albo narzucona z zewnątrz przemoc. W przypadku eboli ma to szczególne znaczenie, bo wirus przenosi się przez bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami i innymi płynami ustrojowymi osoby chorej albo zmarłej.
Dwie ofiary śmiertelne
Napięcie wokół epidemii widać także w Kenii, choć w tym kraju nie odnotowano dotąd ani jednego przypadku zachorowania. W poniedziałek w mieście Nanyuki, około 200 kilometrów od Nairobi, setki osób protestowały przeciwko planom uruchomienia ośrodka kwarantanny na terenie bazy wojskowej Laikipia. Jak informuje Reuters, placówka, wspierana przez Stany Zjednoczone, miała mieć 50 łóżek i służyć obywatelom USA, którzy byli narażeni na kontakt z wirusem w DRK lub Ugandzie, ale nie mają objawów choroby.
Mieszkańcy Nanyuki obawiali się, że ośrodek kwarantanny, zamiast ograniczyć ryzyko, sprowadzi wirusa do miasta, w którym dotąd go nie stwierdzono. Na nagraniach z protestu widać barykady, pojazdy wojskowe i transparenty pokazujące nieufność wobec decyzji władz oraz zagranicznych partnerów.
Organizator protestu Patrick Wahome poinformował, że dwóch demonstrantów zginęło od ran postrzałowych po tym, jak policja otworzyła ogień do tłumu - podał Reuters. Według agencji informację o dwóch ofiarach potwierdziły także źródła bezpieczeństwa, nie wskazując przyczyny śmierci.
Po skargach organizacji pozarządowych kenijski Sąd Najwyższy przedłużył o trzy tygodnie tymczasową blokadę uruchomienia ośrodka. Organizacje argumentowały, że Kenia nie powinna brać na siebie ryzyka związanego z ebolą, skoro na jej terytorium nie potwierdzono przypadków zakażenia.
Ryzyko dla Polski jest bardzo niskie
Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) ocenia ryzyko dla Europy jako bardzo niskie. Ebola nie przenosi się drogą powietrzną jak grypa czy COVID-19, tylko, jak już wspomnieliśmy przez bezpośredni kontakt z krwią, wydzielinami lub innymi płynami ustrojowymi osoby chorej albo zmarłej.
Polskie służby sanitarne monitorują sytuację we współpracy z WHO i ECDC. Główny inspektor sanitarny dr Paweł Grzesiowski w rozmowie z TVN24 podkreślał, że w Europie nie ma zachorowań, które miałyby źródło na miejscu. - Chciałbym być bardzo precyzyjny: nie mamy w Europie zachorowań, które pochodzą z Europy. Mamy pacjentów - i prawdopodobnie będzie ich w Europie więcej - którzy pochodzą z tego ogniska - mówił szef GIS.
Dr Grzesiowski zaznaczał jednocześnie, że ryzyko dla Polski pozostaje bardzo niskie. Podobnie sytuację ocenia prof. Agnieszka Szuster-Ciesielska. "Dla zwykłego czytelnika w Polsce ryzyko zachorowania pozostaje znikome i nie ma powodu, żeby się tym osobiście niepokoić" - napisała wirusolog.
Ministerstwo Spraw Zagranicznych odradza podróże do regionu na pograniczu Demokratycznej Republiki Konga, Ugandy i Sudanu Południowego.
Dlaczego warto śledzić tę epidemię
Prof. Szuster-Ciesielska zaznacza, że niskie ryzyko dla Polski nie oznacza, że obecna epidemia jest problemem lokalnym bez szerszego znaczenia. Jej zdaniem pokazuje ona kilka słabości, które mogą wracać przy kolejnych kryzysach zdrowotnych.
Pierwsza dotyczy samego wirusa. Bundibugyo należy do dobrze znanej rodziny ebolawirusów, a mimo to nadal nie ma przeciwko niemu zatwierdzonej szczepionki ani leku. To przypomina, że opracowywanie narzędzi medycznych dopiero wtedy, gdy są pilnie potrzebne, ma poważne ograniczenia czasowe.
Druga sprawa to zaufanie społeczne. Epidemia rozwija się w warunkach, w których dezinformacja i teorie spiskowe bezpośrednio utrudniają izolowanie chorych, śledzenie kontaktów i ratowanie życia. Ma to szczególne znaczenie w przypadku eboli, której okres wylęgania wynosi od 2 do 21 dni. Osoba po kontakcie z wirusem może więc wymagać obserwacji przez trzy tygodnie, a jeśli ucieknie z izolacji albo nie zostanie odnaleziona przez służby, trudniej przerwać możliwy łańcuch zakażeń.
Ekspertka zwraca też uwagę na znaczenie międzynarodowej współpracy w ochronie zdrowia. Jak podsumowała: "Wirusy z tej decyzji nie biorą sobie wolnego".