Tekst pochodzi z newslettera TVN24, które codziennie wysyłamy do naszych czytelników i subskrybentów. Jeśli chcesz jako pierwszy/pierwsza otrzymywać komentarze do ważnych tematów, które podejmujemy, wybierz interesującą Cię tematykę i zapisz się podając swój adres e-mail.
Środa, 10 czerwca. Wieczór, krótko po godz. 19. W Sejmie sprawozdanie ze swojej działalności w 2025 roku prezentuje rzeczniczka praw dziecka Monika Horna-Cieślak. Sala plenarna niemal pusta. Garstka parlamentarzystów, większość w telefonach. Nie wiadomo, ile osób ogląda on-line. Na pewno kilka. Ze ściskiem żołądka, ze wspomnieniem przemęczenia. Towarzyszą im te same emocje, które odczuwali, pracując w Biurze Rzecznika Praw Dziecka. Poczucie osamotnienia, lęk.
Oni doskonale wiedzą, co stoi za tymi liczbami, które prezentuje z sejmowej mównicy rzeczniczka: niemal 80 tys. listów, maili z prośbą o pomoc i wsparcie; 51 tys. korespondencji wysłanych do obywateli, instytucji, urzędów; 150 wystąpień generalnych; blisko 21 tys. spraw, w których istniało zagrożenie dla dobra dziecka, kiedy prawa dziecka były łamane, kiedy dzieci potrzebowały wsparcia i pomocy.
Granice wytrzymałości
Część z nich - tych dorosłych, tych urzędników - pracowała jeszcze nad sprawami, o których mówi teraz Monika Horna-Cieślak. Często po godzinach, kosztem swojego zdrowia.
Wiemy, że oglądają, i wiemy, jak się czują, bo od ponad dwóch miesięcy odbywamy z nimi rozmowy, analizujemy ich dokumentację medyczną, czytamy korespondencję.
O kulisach pracy w BRPD opowiedziało nam niemal 20 osób. Byli i obecni pracownicy - w tym prawnicy, psycholodzy, nauczyciele szkolni i akademiccy, byli pracownicy domów dziecka, kuratoriów oświaty. Niektórzy z bardzo dużym doświadczeniem pracy z dziećmi. Byli lub są w biurze na różnych stanowiskach - od szeregowych po te wyższe, także kierownicze.
Część z nich odważyła się na rozmowę, gdy z pozwem przeciwko Skarbowi Państwa wystąpił Łukasz Korzeniowski, młody prawnik, który przez kilkanaście miesięcy pracował w BRPD.
On opowiedział nam o cenie, którą zapłacił za pracę na rzecz dzieci. Oni potwierdzali jego historię i dokładali własne. Mówili o strachu, przemęczeniu, rozstroju zdrowia i katastrofalnym wpływie pracy na życie rodzinne.
Od jednego z mężczyzn usłyszałyśmy: - Mnie się do tej pory wydawało, że najcięższym doświadczeniem w moim życiu była śmierć bliskiej osoby. Ale to mnie tak nie trzepnęło jak praca w BRPD.
Zdecydowałyśmy się w pełni zanonimizować naszych rozmówców i opisać ich historie ze względu na interes społeczny. BRPD to instytucja, która ma działać na rzecz najsłabszych - chodzi o dobro dzieci i ich systemowe wsparcie. Czy można to robić, gdy instytucja pełna jest przestraszonych i wycieńczonych dorosłych? Czy osoby, które doszły do swojej granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej, są w stanie skutecznie pomagać innym? Jak wyglądały minione dwa lata w BRPD? O czym nie przeczytacie w oficjalnych sprawozdaniach?
Nie rozstrzygamy, kto ma rację - to oceni sąd. Opisujemy sytuację w BRPD tak, jak widzą ją nasi rozmówcy. A o realia pracy i stawiane zarzuty pytamy też rzeczniczkę.
Wymagająca praca
W czasie swojego środowego wystąpienia w Sejmie Monika Horna-Cieślak nie zapomina o podziękowaniach dla pracowników: "za ich wytrwałość, za ich oddanie, za to, z jaką pasją pomagają dzieciom" - zaczyna swoje wystąpienie i kończy słowami: "dziękuję z całego serca (…) za to, że jesteśmy zespołem, który zawsze może na sobie polegać".
Wierzymy, że zespół, który może na sobie polegać, to też taki, w którym ludzie mają prawo głośno i bez strachu powiedzieć, gdy czują się źle. Ten strach jednak w części zespołu występował i nadal występuje. Tymczasem, by dbać o dobro dzieci, potrzeba dużo siły.
Nie sposób nie zgodzić się z rzeczniczką, która TVN24+ mówiła: - To jest odpowiedzialna i wymagająca praca (...) Praca na rzecz dzieci w trudnej sytuacji to nie jest praca dla każdego.
Wymagająca praca nie może jednak oznaczać pracy ponad ludzkie siły, bo na przemęczeniu, wypaleniu i stresie tracą nie tylko dorośli, ale - ostatecznie - i dzieci, na których straży ci dorośli mają stać.
Redagowała Aleksandra Przybylska