Ridleya Scotta - wybitnego reżysera i producenta, twórcę "Łowcy Androidów", "Gladiatora" , "Thelmy i Louise" czy "Marsjanina"- przedstawiać nikomu nie trzeba. Podobnie jest w przypadku znakomitej aktorki Glenn Close, której głośne kreacje w "Fatalnym zauroczeniu", "Niebezpiecznych związkach", a niedawno w filmie "Żona" zasłużyły na najważniejsze wyróżnienia w filmowej branży.
Przyznanie im honorowych Oscarów, o których zwykło się mówić, że "naprawiają błędy Akademii", należy więc traktować jako gest symboliczny. Ta prestiżowa statuetka trafi także do Floyda Normana, uznawanego za pierwszego czarnoskórego animatora w historii Disneya.
Nagrody zostaną wręczone zostaną 17 listopada podczas tegorocznej gali Governors Awards w Hollywood. Ponadto na gali wyróżnienia im. Irvinga G. Thalberga odbiorą kojarzone z amerykańskim kinem niezależnym producentki Christine Vachon i Pamela Koffler (ostatnio wyprodukowały "The Brutalist").
Wielki wizjoner kina
Kończący w tym roku 89 lat Ridley Scott, brytyjski reżyser, uważany jest za jednego z największych wizjonerów współczesnego kina. Jego wyjątkowa, bo obejmująca wszystkie gatunki filmowe kariera zaczęła się w latach 80., gdy na ekrany trafił "Łowca androidów" (1982) z Harrisonem Fordem. Dziś trudno uwierzyć, że to mające status arcydzieła, kultowe dzieło science fiction, krytyka przyjęła wtedy chłodno, a film nie otrzymał nawet nominacji do Oscara. Dość szybko poznali się jednak na nim widzowie.
Scott jest absolwentem Royal College of Art w Londynie i rozpoczął karierę w tamtejszej telewizji, następnie zajął się reklamą, reżyserując spoty reklamowe. Jego filmowy debiut "Pojedynek" zwrócił na niego uwagę Hollywood, a nakręcony jeszcze przed "Łowcą androidów", w 1979 rok obraz "Obcy" uświadomił widzom, że mają do czynienia z twórcą wyjątkowym, wnoszącym do kina własny sposób opowiadania historii i brawurę.
W jego niebywale bogatej karierze przełomem było nakręcone w 1991 roku kobiece kino drogi "Thelma i Louise", które przyniosło mu pierwszą nominację do Oscara za reżyserię. Film otrzymał w sumie aż sześć nominacji do Oscara, i jedną tylko statuetkę za najlepszy scenariusz. Sam Scott przegrał z Jonathanem Demme, którego "Milczenie owiec" zgarnęło wtedy niemal wszystko, w tym Oscara za najlepszy film.
Kolejne nominacje do Oscara za reżyserię przyniosły mu tak głośne filmy jak "Helikopter w ogniu", "Gladiator" oraz "Marsjanin". Los, (czy też pech?) sprawił, że gdy najgłośniejszy z nich "Gladiator" zdobył Oscara dla najlepszego filmu i cztery inne statuetki, akurat wyjątkowo Scott nie był jego producentem, a to oni odbierają statuetkę w tej kategorii. Czemu nie nagrodzono go za reżyserię, przyznając filmowi pięć innych statuetek, (w sumie otrzymał aż 12 nominacji!), do dziś nie wiadomo.
Po sukcesie "Gladiatora" kariera Scotta zaczęła przypominać sinusoidę - niezwykle płodny reżyser zafundował nam sporo dobrych filmów, ale obok nich nakręcił tez kompletnie nieudane. Do nich należą, niestety, te ostatnie tytuły :jak "Napoleon" czy "Gladiator 2". Mimo sędziwego wieku reżyser nie powiedział jeszcze jednak ostatniego słowa , a obecnie pracuje nad nową adaptacją "Wyspy skarbów".
Dziewczyna z sąsiedztwa w Hollywood
"Najbardziej niedoceniana aktorka świata" - napisał o Glenn Close "The Times", gdy po ósmej nominacji do Oscara za rolę w "Żonie", Oscara sprzed nosa sprzątnęła jej w 2019 roku Olivia Colman, za skądinąd wybitną kreację w "Faworycie".
W całej historii kina tylko nieżyjący już, wielki Peter O'Toole miał tyle samo nominacji aktorskich bez zwycięstwa. Akademia również jemu przyznała honorowego Oscara. Po czym rok później 80-letni gwiazdor zdobył nareszcie upragnioną statuetkę za kolejną rolę. Glenn Close życzymy oczywiście tego samego.
Jej kariera zaczęła się tak naprawdę w momencie kinowego debiutu. Jako niezapomniana Jenny Fields - matka tytułowego bohatera "Świata według Garpa" (1982), granego przez Robina Williamsa, natychmiast zwróciła na siebie uwagę. Od razu też otrzymała swoją pierwszą nominację do Oscara. Rok później przyszła kolejna - za rolę żony głównego bohatera, będącą kompasem moralnym dla grupy przyjaciół w "Wielkim chłodzie" Lawrence Kasdana.
Potem była rola w dramacie "Urodzony sportowiec" Barry’ego Levinsona, gdzie partnerowała Robertowi Redfordowi i pisano, że go przyćmiła. Nie byłoby wielkiego sukcesu 'Fatalnego zauroczenia" Adriana Lyne’a, bez jej kreacji szalonej Alex Forrest, opętanej namiętnością do cudzego męża. Rzadko Akademia nominuje ten gatunek filmowy, ale Close jest przecież wyjątkiem.
Kolejne nominacje zdobyła jako przebiegła i fascynująca markiza De Merteuil w "Niebezpiecznych związkach" Stephena Frearsa, i w swojej dla wielu najwybitniejszej roli w "Albercie Nobbsie". W tym drugim filmie po mistrzowsku wcieliła się w mężczyznę, ukrywającego kobiecą tożsamość, żyjącą i pracującą w męskim przebraniu dla intratnej posady.
Ostatnie dwie z nominowanych kreacji pamiętają już na pewno kinomani. Pierwszą stworzyła w "Żonie "Björn Runge, gdzie brawurowo zagrała tytułową żonę literackiego noblisty, stojąca za jego wielkim sukcesem i żyjącą w cieniu egoistycznego męża.
Ósmą nominację zdobyła za rolę w kontrowersyjnej "Elegii dla bidoków", jednocześnie za tę samą rolę, otrzymując też nominację do….Złotych Malin. (Wcześniej w historii kina zdarzyło się to tylko dwukrotnie: Jamesowi Coco (1982 rok) – za rolę w filmie "Tylko gdy się śmieję" i Amy Irving (1984 rok) za kreację w "Jentł"). Dodajmy, że "Elegia dla bidaków" to adaptacja głośnego bestsellera pióra obecnego wiceprezydenta USA J.D. Vance’a. Tak naprawdę ten średni film wywindowała poziom wyżej właśnie jej kreacja, a nominacja do Maliny jest przedziwnym posunięciem.
Powiedzmy wprost: Glen Close zasłużyła nie na jednego, a na worek Oscarów. W zasadzie każda jej kreacja, nawet w słabszych filmach jest warta statuetki
"Laureaci z różnych obszarów przemysłu"
Jak podkreśliła prezes Akademii Lynette Howell Taylor, tegoroczni laureaci reprezentują wyjątkowy wkład w rozwój sztuki filmowej oraz różne obszary przemysłu: od aktorstwa i reżyserii, przez animację aż po produkcję niezależną.
Nagrodzony obok Scotta i Close honorowym Oscarem, wspomniany Floyd Norman, wybitny animator, rozpoczął pracę w Disneyu jeszcze w latach 50. Przez ponad siedem dekad współtworzył klasyczne, kultowe animacje studia, takie jak "Księga dżungli" czy "Śpiąca królewna".
Warto przypomnieć, że polskim laureatem honorowego Oscara był Andrzej Wajda. Pamiętamy, że statuetkę podczas uroczystej gali wręczała mu na scenie Jane Fonda. Od kilkunastu lat temu honorowe Oscary wręczane są kilka miesięcy wcześniej, podczas wspomnianej gali Governors Awards.