Wiceszef Narodowego Funduszu Zdrowia zaznaczył podczas panelu w ramach EKG dotyczącego finansowania ochrony zdrowia, że jeszcze nie wie, czy podwyżki będą kosztowały NFZ 71 czy 73 mld zł, bo nie jest znana rekomendacja prezesa Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji (AOTMiT) co do sposobu ich realizacji. Można jednak określić rząd wielkości. O takich liczbach w swoich analizach mówiła wcześniej Federacja Przedsiębiorców Polskich. W ubiegłym roku skumulowany koszt realizacji ustawy podwyżkowej wyniósł 58 miliardów złotych.
Podwyżki wprowadzono, nikt nie zadbał o finansowanie
Szulc podkreślił, że planując w systemie publicznym wydatki, zawsze należy zaplanować źródło ich finansowania. W przypadku wprowadzonej przez rząd Mateusza Morawieckiego ustawy podwyżkowej tego zabrakło, co Jakub Szulc określił jako "grzech pierworodny".
Wiceprezes NFZ zastrzegł, że nie jest przeciwnikiem ustawy wprowadzającej podwyżki dla pracowników medycznych i widzi jej pozytywne skutki. Zaznaczył jednak, że podstawowym zadaniem NFZ-tu, poza zapewnieniem dostępności i równości świadczeń zdrowotnych, jest zbilansowanie planu finansowego co do kosztów i przychodów.
Przypomniał, że kiedy przyjmowano w Sejmie w 2022 roku ustawę o sposobie ustalenia minimalnego wynagrodzenia, w ocenie skutków regulacji widniał zapis, że skutki finansowe wejścia w życie tej ustawy dla sektora finansów publicznych przez najbliższych 10 lat wyniosą 0 zł rocznie.
- Mamy sensowne, dobre i bardzo dobre wynagrodzenia w systemie. Tyle tylko, że kiedy przyjmowano tę ustawę, to nikt nie zadbał o to, żeby pomyśleć, w jaki sposób zapewnimy jej finansowanie. I stąd dzisiejsze tarcia i dzisiejsze dyskusje pomiędzy ministrem zdrowia i ministrem finansów - powiedział Jakub Szulc.
Resort zdrowia planował wprowadzić zmiany w ustawie podwyżkowej - przesunięcie jej realizacji z lipca na styczeń, a w następnym kroku obniżenie dynamiki wzrostu płac. Przez kilka miesięcy było to na agendzie posiedzeń Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia. Z agendy jednak spadło po tym, jak strona związkowa skutecznie zablokowała rozmowy i jasnym stało się, że w tym roku zmian na pewno nie uda się wprowadzić.
Od lipca zgodnie z tzw. ustawą o minimalnym wynagrodzeniu w ochronie zdrowia pensje minimalne miałyby wynieść:
- w przypadku lekarza i dentysty ze specjalizacją - 12 910,16 zł brutto
- w przypadku farmaceuty, fizjoterapeuty, pielęgniarki z tytułem magistra i specjalizacją - 11 485,59 zł brutto
- w przypadku lekarza i dentysty bez specjalizacji - 10595,23 zł brutto; stażysty - 8458,38 zł brutto.
Wynagrodzenie minimalne m.in. farmaceuty, fizjoterapeuty, diagnosty laboratoryjnego, pielęgniarki i położnej z wykształceniem na poziomie magisterskim, a także pielęgniarki, położnej po studiach I stopnia ze specjalizacją oraz pielęgniarki i położnej ze średnim wykształceniem i specjalizacją od 1 lipca miałoby wynieść 9081,63 zł brutto.
Budżet musi być zbilansowany
Jakub Szulc wskazał, że w ostatnich latach, w związku z nakładanymi na płatnika zobowiązaniami, wydatki funduszu rosły znacznie szybciej niż wpływy z tytułu składki zdrowotnej. To powoduje, że do zbilansowania budżetu potrzebne są coraz większe dotacje z budżetu państwa. Przypomniał, że w 2023 roku dotacja do planu finansowego funduszu wyniosła 200 mln zł. W kolejnych latach była wielokrotnie wyższa.
- W roku 2024 dotacja z budżetu państwa do planu finansowego NFZ wyniosła ponad 15 mld zł, a w ogóle finansowanie pozaskładkowe, finansowanie budżetowe było w okolicach 18 mld zł. W roku 2025 dotacja to 32 mld zł, a środki budżetowe w ogóle - 42 mld zł do planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia - wymieniał Jakub Szulc.
Zaznaczył, że do końca 2026 roku budżet NFZ-tu musi być zbilansowany i decyzje płatnika będą zależały od dotacji, na jakie fundusz będzie mógł liczyć. Wśród decyzji, które w związku z tym już zapadły, wymienił zmiany w rozliczaniu wysokospecjalistycznych badań ambulatoryjnych.
"Czarny tydzień" i szczera rozmowa z pacjentami
Przypomnijmy, od kwietnia zmienił się sposób rozliczania części świadczeń diagnostycznych wykonywanych ponad wartość umowy. Badania, które szpital będzie wykonywał ponad limit określony mu przez NFZ, będą opłacane według stawek degresywnych, tzn. 60 proc. dla badań endoskopowych oraz 50 proc. dla tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego. Badania wykonane w pierwszym kwartale 2026 r. zostaną rozliczone jeszcze w 100 proc.
W tvn24.pl wielokrotnie pisaliśmy o tym, że według dyrektorów szpitali zaproponowane stawki są zbyt niskie i nie pozwolą na pokrycie kosztów, więc pacjenci będą dłużej czekali na wykonanie badań.
Wprowadzone cięcia stały się jednym z przyczynków do zorganizowania protestu, nazywanego "Czarnym tygodniem". Pracownicy szpitali powiatowych prowadzą w jego ramach akcję informacyjną - tłumaczą, co problemy finansowe w ochronie zdrowia oznaczają dla osób korzystających z publicznej ochrony zdrowia. A problemy są poważne i to przede wszystkim z nich bierze się konieczność szukania oszczędności.
Luka finansowa publicznej ochrony zdrowia szacowana jest przez Ministerstwo Zdrowia na 18 miliardów złotych. Cięcia w rozliczaniu nadwykonań mają przynieść około 600 milionów złotych oszczędności, a NFZ zapowiada kolejne zmiany w rozliczaniu świadczeń. Mają dotyczyć operacji zaćmy, wizyt u specjalistów czy rehabilitacji.
Co z resztą nadwykonań?
Rząd szuka oszczędności, oszczędzać muszą też szpitale - szczególnie te, które działają w formule samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej (SPZOZ). Zwłaszcza że kolejną kością niezgody pozostaje kwestia rozliczenia nadwykonań w świadczeniach, które są objęte limitowaniem. NFZ poinformował, że przeznaczył ponad 363,6 miliona złotych na zapłatę za część takich świadczeń: wentylację mechaniczną, dializoterapię oraz żywienie dojelitowe i pozajelitowe.
Do rozliczenia wciąż jednak pozostają świadczenia wycenione przez NFZ na około 2 miliardów złotych (z zastosowaniem degresji, czyli obniżenia stawek). Fundusz zaznacza, że płatności za nie będą uzależnione od możliwości finansowych oddziałów wojewódzkich. Dyrektorzy szpitali mówią, że to, ile NFZ chce zapłacić za świadczenia, często nie pozwoli pokryć nawet kosztów.
- Świadczenie zostało wykonane i nie można tej degresji określać jako 20-30 procent wartości, bo to nie pokrywa nawet poniesionych kosztów. Nikt nie spodziewał się, że rok po tym, jak zastosowano stawki na poziomie 70-80 procent, ktoś wpadnie na pomysł, żeby płacić 20 lub nawet 10 procent. Oczekuje się od nas tego, żeby praktycznie każdy pacjent został przyjęty, a później informuje nas się o tym, że może się za to zapłaci, a może nie - mówi w komentarzu dla tvn24.pl Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych.
Źródło: tvn24.pl, PAP
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock