Ostre nożyczki NFZ ścinają koszty. A kolejki? "Są wręcz skandalicznie długie"

nozyczki banknoty polska shutterstock_1081980884
Szulc: nie mogę zagwarantować, że wolumen świadczeń nie spadnie
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: piosi/Shutterstock
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Kolejki do badań, takich jak kolonoskopia, gastroskopia, tomografia i rezonans, wydłużyły się od kwietnia o nawet 70 procent - wynika z najświeższych danych zebranych w Onkoskanerze Fundacji Alivia. To pokłosie cięć, jakie Narodowy Fundusz Zdrowia (NFZ) wprowadził w rozliczaniu płatności za te badania. Eksperci mówią o "rozpoznaniu bojem", za które płacą pacjenci.
Z artykułu dowiesz:
  • Ile wynosi czas oczekiwania na poszczególne badania? Onkofundacja Alivia podała nowe dane
  • Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że cięcia nie dotyczą pacjentów onkologicznych z kartą DiLO i tych po zakończeniu leczenia. Jak jest w rzeczywistości?.
  • Z czym mają problem placówki medyczne, jeśli chodzi o zapisy na badania?
  • Czy cięcia NFZ przyniosły oczekiwane długofalowe korzyści? Zapytaliśmy ekspertów i resort zdrowia.

Od kwietnia obowiązuje zarządzenie prezesa NFZ, które wprowadza obniżone stawki rozliczeń za badania wykonane po przekroczeniu zakontraktowanego limitu. Wcześniej NFZ płacił pełną kwotę, teraz od 50 do 60 procent, w zależności od badania.

Kolejki do badań są jeszcze dłuższe

Onkofundacja Alivia już po miesiącu alarmowała, że po tej decyzji kolejki do badań się wydłużyły. Teraz okazuje się, że kolejna, przeprowadzona po czterech miesiącach weryfikacja przyniosła jeszcze niepokojące dane.

- Kolejki się wydłużyły jeszcze bardziej, i to znacząco. Te zmiany są bardzo widoczne, zarówno w rezonansie i tomografii komputerowej, jak też w kolonoskopii i gastroskopii. Co ciekawe, jeżeli chodzi o kolonoskopię i gastroskopię, to te terminy były bardzo odległe jeszcze przed wdrożeniem tych limitów. Teraz są wręcz skandalicznie długie - wyjaśnia w rozmowie z tvn24.pl Aleksandra Ciompała, która odpowiada w fundacji za Onkoskaner.

Jak długo trzeba czekać na badania?

  • Kolonoskopia bez znieczulenia (tryb normalny): wzrost z 237 do 341 dni (+104 dni, 44 proc.)
  • Kolonoskopia bez znieczulenia (tryb pilny): wzrost z 168 do 265 dni (+97 dni, 58 proc.)
  • Kolonoskopia ze znieczuleniem (tryb normalny): wzrost z 407 do 538 dni (+131 dni, 32 proc.)
  • Kolonoskopia ze znieczuleniem (tryb pilny): wzrost z 343 do 454 dni (+111 dni, 32 proc.)
  • Gastroskopia bez znieczulenia (tryb normalny): wzrost ze 133 do 205 dni (+72 dni, 54 proc.)
  • Gastroskopia bez znieczulenia (tryb pilny): wzrost z 94 do 160 dni (+66 dni, 70 proc.)
  • Gastroskopia ze znieczuleniem (tryb normalny): wzrost z 384 do 521 dni (+137 dni, 36 proc.)
  • Gastroskopia ze znieczuleniem (tryb pilny): wzrost z 333 do 436 dni (+103 dni, 31 proc.)
  • Rezonans magnetyczny (tryb normalny): wzrost z 85 do 132 dni (+47 dni, 55 proc.)
  • Rezonans magnetyczny (tryb pilny): wzrost z 64 do 100 dni (+36 dni, 56 proc.)
  • Tomografia komputerowa (tryb normalny): wzrost z 51 do 77 dni (+26 dni, 51 proc.)
  • Tomografia komputerowa (tryb pilny): wzrost z 36 do 58 dni (+22 dni, 61 proc.).

Aleksandra Ciompała podkreśla jednak, że na przeprowadzeniu samego badania ścieżka pacjenta jeszcze się nie kończy.

- Ważny jest też czas oczekiwania. Przy rezonansie i przy tomografii na opis badania, a przy kolonoskopii i gastroskopii na wyniki badania histopatologicznego. To około miesiąca dodatkowego oczekiwania. Pamiętajmy też o tym, że pacjent z tymi wynikami musi się potem ponownie zapisać do specjalisty, żeby omówić wyniki tych badań - dodaje.

Czy pacjenci onkologiczni są chronieni?

Ministerstwo Zdrowia zapewniało, że wyceny świadczeń dla osób z podejrzeniem choroby onkologicznej (tych, którym wystawiono kartę diagnostyki i leczenia onkologicznego - DiLO) nie zostają zmienione. Cięcia nie dotyczą też programów profilaktycznych, takich jak przesiewowa kolonoskopia dla 50-65 latków (lub 40-49-latków z określonymi czynnikami ryzyka).

Środowisko pacjentów onkologicznych zwracało jednak uwagę, że na zabezpieczoną dobrym finansowaniem ścieżkę do badań nie mogą liczyć osoby już po diagnozie, na przykład w ramach tzw. follow-upu, czyli systematycznej kontroli w pierwszych miesiącach i latach po zakończeniu leczenia. W czerwcu weszło w życie zarządzenie, które ma zabezpieczać również te osoby.

- Nie do końca wiadomo, w jaki sposób ci pacjenci onkologiczni są wyciągani, jak to jest oznaczane na skierowaniach. Często zdarzało się nam też, że gdy pytaliśmy o pierwszą wizytę onkologiczną, rejestratorzy informowali, że lepiej będzie bez karty DiLO - mówi Aleksandra Ciompała.

Karta DiLO wciąż wystawiana jest za rzadko lub za późno. Tymczasem narzuca ona terminy, w jakich pacjent ma mieć wykonane badanie (28 dni w diagnostyce wstępnej i kolejnych 21 w pogłębionej). Ministerstwo Zdrowia przyznało w marcu, że badania we wstępnej diagnostyce onkologicznej przeprowadzono terminowo w 58 proc. przypadków, a w diagnostyce pogłębionej - w 65 proc. przypadków. 

"Scenariusz, który nie sprzyja pacjentom"

Prezes NFZ, podpisując zarządzenie, argumentował, że po zniesieniu w 2021 roku limitów na rozliczanie tych badań nie odnotowano znaczącego wzrostu takich świadczeń, za to ich koszt podniósł się znacznie. Argumentacja dotyczyła też częstego powielania badań u tego samego pacjenta, co narażało go na ryzyko zdrowotne, związane z radiacją. Niższe stawki miałyby więc zniechęcić do nadmiarowego kierowania pacjentów do takiej diagnostyki.

W marcu, w rozmowie z TVN24+, dr Robert Mołdach z Instytutu Zdrowia i Demokracji, prezes Fundacji Porozumienie dla Wartości Publicznej, ocenił, że autorzy zarządzenia przyjęli błędne założenie.

- Nie wiem, w jaki sposób przykręcanie śruby świadczeniodawcom miałoby się przełożyć na to, że skierowań na te badania będzie się wystawiało mniej. Skierowań będzie tyle samo, a badań mniej - przewidywał.

Co mówi teraz, kiedy jego prognoza sprawdza się co do joty? - To, że miałem rację, wcale nie przynosi mi satysfakcji. Ma tu miejsce scenariusz, który nie sprzyja pacjentom. Jedna z moich koleżanek z fundacji, Emilia Kowalczyk, również liczyła czas dla diagnostyki obrazowej [z jej analizy wynika m.in., że średni czas oczekiwania na rezonans magnetyczny w trybie stabilnym wzrósł od 4 kwietnia do 16 czerwca ze 103 do 137 dni, mediana z 76 do 113 dni - red.]. Dla pacjentów oczywiście nie oznacza to niczego dobrego - mówi Mołdach.

Jak dodaje, pacjenci dłużej czekają na wizyty, więc pogarsza się ich stan zdrowia. Trudno więc mówić o jakichkolwiek korzyściach długofalowych, które miałyby wynikać ze zmian.

- Tymi efektami miało być w założeniu autorów zmniejszenie poziomu zbędnego napromieniowania i zahamowanie wykonywania badań, które klinicznie nie wnoszą niczego odkrywczego, a wywołują niepotrzebny niepokój. Nawet przyjmując te dwa cele za właściwe, to po drodze okazało się, że na czas nie otrzymali badań przede wszystkim ci, którzy ich autentycznie potrzebowali. Na tym właśnie polega dramat tej decyzji. Doszło tu po prostu do rozpoznania bojem. a troska o pacjenta była tylko przytoczona jako argument w dyskusji - ocenia Robert Mołdach.

W momencie wprowadzania zarządzenia luka w tegorocznej kasie NFZ była szacowana na 16 miliardów złotych. Teraz, po dosypaniu pieniędzy z budżetu państwa, mówi się o 14 miliardach. Jaka korzyść finansowa wyniknie z realizacji tego zarządzenia? Poprosiliśmy NFZ o aktualne dane, mamy je otrzymać w przyszłym tygodniu. Przywidywano pierwotnie, że miałoby to być 625 mln zł.

"Nie ma jednolitej zasady zapisów"

Ministerstwo Zdrowia powołało zespół, który zajmuje się opracowaniem rekomendacji dotyczących zasad kierowania na badania obrazowe - tak aby to było zawsze uzasadnione medycznie.

- Niepokoi mnie, że ten zespół działa w olbrzymim ukryciu. W październiku miały być przedstawione rezultaty jego pracy. Przez pięć miesięcy nie dostrzegłem żadnego komunikatu, propozycji czy próby dialogu - ubolewa ekspert.

Jak przebiegają prace zespołu? Zapytaliśmy o to w Ministerstwie Zdrowia. Czekamy na odpowiedź.

Tymczasem, jak wskazuje Aleksandra Ciompała z Fundacji Alivia, próbom zapisów na badania towarzyszy już mniejszy chaos niż w kwietniu, tuż po wejściu w życie zarządzenia prezesa NFZ. Nie oznacza to jednak, że nie ma z tym problemów.

- Nie ma jednolitej zasady zapisów. Każda placówka działa po swojemu. Niektóre już wiedzą, że limity na najbliższe lata zostały wykorzystane, więc zapisują na lata 2028, 2029, a nawet zdarza się, że na 2030. Inne odmawiają zapisu, mówiąc, że badania są zawieszone. Teraz często się zdarza tak, że już na ten rok nie ma terminów, a grafiki na kolejne miesiące czy lata pojawią się we wrześniu - zauważa.

Źródło: tvn24.pl
Czytaj także: