O akcie oskarżenia wobec dwóch ratowników medycznych poinformował rzecznik łódzkiej prokuratury okręgowej prokurator Paweł Jasiak.
Wcześniej ratownicy usłyszeli zarzuty narażenia na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia Bartosza Sokołowskiego.
"Postępowanie członków ZRM było nieprawidłowe"
Jak przypomniał w komunikacie rzecznik łódzkiej prokuratury, w trakcie zdarzenia, do którego doszło w sierpniu 2021 roku, legniccy ratownicy z Zespołu Ratownictwa Medycznego udzielali pomocy medycznej 34-letniemu mężczyźnie.
- Stefania S. i Paweł P. ocenili stan zdrowia i wartość parametrów życiowych pokrzywdzonego wyłącznie na podstawie badania fizykalnego oraz informacji uzyskanych od funkcjonariuszy policji. Po przeniesieniu do ambulansu stwierdzili brak funkcji życiowych pokrzywdzonego i przetransportowali go do Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Lubinie, gdzie stwierdzono zgon mężczyzny - przekazał prokurator Jasiak.
I dodał: - Opiniujący w sprawie biegli z zakresu medycyny ratunkowej stwierdzili, iż postępowanie członków ZRM było nieprawidłowe. Ratownicy nie potwierdzili zatrzymania krążenia przy użyciu defibrylatora, odstąpili od przedsiębrania medycznych czynności ratunkowych i nie rozpoczęli resuscytacji. W opinii nadto wskazano, iż dokumentacja z czynności medycznych nie odzwierciedla prawidłowo przebiegu interwencji.
Według śledczych, powyższe zachowania oskarżonych naraziły pokrzywdzonego na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia.
Ratownikom grozi do pięciu lat pozbawienia wolności.
Kwestia czynów popełnionych przez funkcjonariuszy policji została wyłączona do odrębnego rozpoznania. Sprawę rozpozna Sąd Rejonowy w Lubinie.
Śmierć Bartosza z Lubina. Nagrania z interwencji
34-letni Bartosz Sokołowski z Lubina zmarł w sierpniu 2021 roku. O tej sprawie wielokrotnie pisaliśmy na tvn24.pl. Mężczyzna stracił życie po policyjnej interwencji, której przebieg nagrali mieszkańcy sąsiedniego bloku, a film trafił do sieci. Początkowo śledztwo w sprawie tragedii wszczęła prokuratura w Lubinie, potem jednak - dla zapewnienia transparentności - zostało ono przeniesione do Łodzi.
CZYTAJ TEŻ: Zmarł po policyjnej interwencji. Wyniki zagranicznej sekcji zwłok 34-latka z Lubina
Bartosz Sokołowski, jak przyznali jego rodzice, był uzależniony od narkotyków. 6 sierpnia 2021 roku nad ranem pojawił się przed blokiem, w którym mieszkał i rzucał kamykami w okno, żeby ktoś otworzył mu drzwi. Matka wezwała policję. Na miejscu pojawili się funkcjonariusze. Mieszkańcy sąsiedniego bloku nagrali przebieg policyjnej interwencji. Film trafił do sieci. Widać na nim, jak przez kilka minut policjanci próbowali obezwładnić mężczyznę, który leżał na ziemi. 34-latek krzyczał i próbował się wyrwać. We czwórkę pochylili się nad leżącym, próbowali go obezwładnić. Po chwili przenieśli mężczyznę do radiowozu, jednak nie udało im się go tam umieścić. Bartosz leżał na ulicy, przy radiowozie.
W pewnym momencie przestał krzyczeć i wyrywać się. Prawdopodobnie stracił przytomność. Na filmie widać, jak jeden z funkcjonariuszy próbował cucić 34-latka klepnięciem w twarz. Policja twierdziła, że funkcjonariusze wezwali karetkę i przekazali ratownikom mężczyznę, który miał zachowane funkcje życiowe.
Dziennikarze Onetu dotarli do zapisów rozmów załogi karetki, która 6 sierpnia została wezwana do pomocy mężczyźnie.
Pierwsze nagranie zostało zarejestrowane, jeszcze zanim karetka dotarła przed blok, gdzie mężczyznę próbowali zatrzymać policjanci. Podczas rozmowy z dyżurnym komendy w Lubinie ratownicy dowiadują się, że "pacjent odpłynął, ale znowu krzyczy, więc chyba oprzytomniał". Zespół karetki w pewnym momencie słyszy głos policjanta dopytującego, gdzie jest karetka.
Z drugiego nagrania wynika, że ratownicy nie próbowali ratować 34-latka, bo w momencie ich przyjazdu mężczyzna już nie żył. Ratowniczka mówiła do dyspozytorki, że "mamy w karetce zgon".
- Pojechaliśmy tam, na miejsce tej interwencji, i tam się okazało, że pacjent nie żyje. Wzięliśmy go do karetki, tam do przebadania - przekazała dyspozytorce, która wyraźnie zdziwiona dopytywała, dlaczego zespół karetki zdecydował się zabrać nieżyjącego pacjenta.
Ratowniczka odpowiedziała, że mężczyzna był w kajdankach i "trzeba było go wziąć, żeby wszystkie tam parametry, bo na tym deszczu na ulicy nie mieliśmy co badać". Z kolejnych nagrań wynika, że zespół karetki zastanawiał się, kto i kiedy będzie mógł stwierdzić zgon mężczyzny. Ratowniczka w rozmowie z kolejną dyspozytorką relacjonowała, że karetka podjechała pod Szpitalny Oddział Ratunkowy, żeby lekarz dyżurny stwierdził zgon. Zaznaczyła jednak, że w szpitalu im odmówiono.