Do szpitala Świętej Rodziny przy ul. Madalińskiego w Warszawie pani Kalina trafiła 8 grudnia ub.r. Następnego dnia miała przejść zaplanowany i nieskomplikowany zabieg ginekologiczny. Ten - jak powiedział nam mąż kobiety, a on usłyszał to od lekarza prowadzącego ciążę - przebiegł prawidłowo, a problemy - zaburzenia oddychania - zaczęły się dopiero po jego zakończeniu.
Jak wynika jednak z relacji naszych informatorów, komplikacje wystąpiły już na początku zabiegu - chwilę po tym, jak kobieta została znieczulona dożylnie i założono jej maseczkę z "tlenem". W rzeczywistości płynął przez nią inny gaz - podtlenek azotu.
Pytania bez prostych odpowiedzi
Jak to możliwe, że doświadczony lekarz podawał pacjentce podtlenek azotu zamiast tlenu, i nie zdawał sobie z tego sprawy? Dlaczego aparatura nie zasygnalizowała, że w układzie znajduje się niewłaściwy gaz? Czy panią Kalinę można było uratować? Czy my, pacjenci, możemy czuć się bezpieczni, skoro do takiego zdarzenia dochodzi w renomowanym szpitalu?
Rozmawiamy o tym z prof. dr. hab. n. med. Maciejem Żukowskim, konsultantem krajowym w dziedzinie anestezjologii i intensywnej terapii, oraz dr. n. med. Konstantym Szułdrzyńskim, zastępcą dyrektora ds. medycznych w Państwowym Instytucie Medycznym MSWiA, kierownikiem Kliniki Anestezjologii i Intensywnej Terapii, do której 9 grudnia ubiegłego roku trafiła pani Kalina po zabiegu w szpitalu na Madalińskiego - i gdzie dziesięć dni później zmarła.
Gazy, których nie da się rozpoznać?
- To brzmi niemal abstrakcyjnie, że w XXI wieku takie rzeczy mogą się wydarzyć - przyznaje prof. Żukowski. - Ale kiedy zrozumiemy, jak działają aparaty do znieczulenia i same gazy, staje się to bardziej prawdopodobne.