Sportowcom patrzy nie tylko na ręce. Zdradza kulisy swojej pracy

Szymon Rakowski pracuje jako kontroler od 13 lat
Zimowe igrzyska olimpijskie 2026. Poranek z życia kontrolera antydopingowego
Źródło: Szymon Rakowski
Nie można spuścić ich z oka, bo ci, którzy mają coś na sumieniu, od razu starają się wykorzystać ten moment nieuwagi. Kulisy pracy komisji antydopingowej na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w Mediolanie-Cortinie zdradza jeden z kontrolerów - Szymon Rakowski z Poznania. - To praca moich marzeń - podkreśla.

Na Zimowe Igrzyska Olimpijskie 2026 w Mediolanie-Cortinie powołania dostało 150 najlepszych na świecie kontrolerów antydopingowych. Polskę reprezentuje siedem osób. Jedną z nich jest Szymon Rakowski. 

Na co dzień pracuje na Akademii Wychowania Fizycznego w Poznaniu, gdzie jest kierownikiem sekcji wydawnictw. Znany jest też jako autor projektu Trener Osiedlowy, co roku święcącego w Poznańskim Budżecie Obywatelskim. Jest też twórcą repliki legendarnej taksówki WPT 1313 znanej z serialu "Zmiennicy" Stanisława Barei. W 2012 roku do ślubu zawiózł go nią Mieczysław Hryniewicz, grający w serialu Jacka Żytkiewicza.

Pracę w roli kontrolera antydopingowego zaczynał trzynaście lat temu w Komisji ds. Zwalczania Dopingu w Sporcie, którą kierował profesor Jerzy Smorawiński. Jak podkreśla – od początku była to praca jego marzeń. 

Jak każdy kandydat na kontrolera Polskiej Agencji Antydopingowej (POLADA) musiał zdać egzamin organizowany przez agencję. Swoje uprawnienia musi recertyfikować co dwa lata egzaminem państwowym.

Do grona kontrolerów międzynarodowych awansuje tylko elita - najbardziej doświadczeni pracownicy po zdaniu dodatkowych egzaminów światowej agencji testującej ITA. Na całym świecie jest ich około 1000.

Szymona Rakowskiego "łapię" w czasie igrzysk, między jednym a drugim testem antydopingowym. Opowiada mi o specyfice swojej pracy.

- Przeprowadzamy testy antydopingowe w trakcie zawodów i po nich. Mój zespół głównie te drugie, tak jak dzisiaj w wiosce olimpijskiej - mówi.

Wioska olimpijska? Raczej kilka hoteli

Rakowski pracuje w wiosce olimpijskiej przy biatholonowej arenie w Anterselvie. Jak mówi, zupełnie nie przypomina ona tej w Cortinie. - To po prostu kilka hoteli w różnych częściach miejscowości. Nie ma tu jednego miejsca, gdzie wszyscy sportowcy spotykają się rano na śniadaniu - mówi.

Anterselva to wioska, która przed II wojną światową znajdowała się na terenie Austrii
Anterselva to wioska, która przed II wojną światową znajdowała się na terenie Austrii
Źródło: Szymon Rakowski

Jego dzień zaczyna się już o godzinie 4. Pobudka, szybkie przygotowanie się do pracy, śniadanie - tak, by o godzinie 5 być gotowym na wyjazd.

Rakowski ubrany w błękitną czapkę, ocieplany softshell i zimowe spodnie może czekać na samochód, który zawiezie go do wioski olimpijskiej. - Tym razem organizatorzy zadbali o nasz outfit. Na letnich igrzyskach w Paryżu dostałem tylko jedną koszulkę w dodatku w rozmiarze S, więc mogłem ją sobie co najwyżej założyć na nogę - śmieje się.

Członkowie komisji antydopingowej dostali we Włoszech dedykowane ubrania
Członkowie komisji antydopingowej dostali we Włoszech dedykowane ubrania
Źródło: Szymon Rakowski

Samochód podwozi go pod punkt kontroli dopingu, gdzie musi być o godzinie 6. Szybka odprawa i dowiaduje się gdzie dzisiaj jedzie. - W wiosce olimpijskiej badania przeprowadzamy albo w punkcie kontroli albo wsiadamy w służbowe fiaty i jedziemy do hotelu, gdzie badanie przeprowadzamy w pokojach – wyjaśnia.

Rozmawiamy właśnie po pierwszym z takich badań. - Mam teraz chwilę na rozmowę, bo czekamy na przyjazd kolejnych zawodników. 

Wioska olimpijska w Anterselvie rozbita jest na kilka hoteli
Wioska olimpijska w Anterselvie rozbita jest na kilka hoteli
Źródło: Szymon Rakowski

Na kogo wypadnie na tego bęc

Jak wygląda taka kontrola? - Zwykle od Doping Control Command Center (DCCC) dostajemy listę zawodników wyznaczonych do kontroli, a resztę wyznaczamy my na podstawie ogólnych wytycznych, na przykład typujemy zawodników według zajętych miejsc rankingowych. Na przykład w niedzielnym biathlonowym biegu pościgowym na 12,5 km była badana pierwsza piątka. Nie ma stałego klucza, według którego typujemy, kto będzie badany. Czasami bierzemy pierwszych trzech, później piątego i dziewiątego, czasami sam "ogon" - wyjaśnia.

Arena biathlonowa w Anterselvie
Arena biathlonowa w Anterselvie
Źródło: Szymon Rakowski

W badaniu oprócz niego uczestniczy jeszcze osoba odpowiedzialna za badanie krwi. W poniedziałek akurat towarzyszy im jeszcze niezależny obserwator przedstawiciel WADA, czyli Światowej Agencji Antydopingowej, który może wchodzić za nimi wszędzie, poza momentem oddawania próbki moczu przez zawodnika.

Zawodnik nigdy nie wie, kiedy będzie skontrolowany. Gdy tylko zostaje o tym zawiadomiony, jest już pod stałą obserwacją chaperona (opiekuna ze strony gospodarza imprezy) albo kontrolera antydopingowego. Nie może już iść do łazienki czy wykąpać się.

Punkt kontroli dopingowej
Punkt kontroli dopingowej
Źródło: Szymon Rakowski

Kontrolerzy pobierają próbki moczu i krwi. Od kilku lat przeprowadza się również badania kropli krwi - DBS. Próbki przechowują przez 10 lat. - Przy zawiadamianiu musimy zawodnikowi wymienić wszystkie jego prawa i obowiązki. Teraz w ciągu czterech dni trzykrotnie badałem jednego z medalistów. Jak mnie widzi, to już ma dosyć, pewnie gdybym przebudził go w środku nocy, to wyrecytowałby mi, jakie ma prawa i obowiązki. Ale takie są zasady i tego nie zmienimy - śmieje się.

Podczas kontroli zawodnicy dopytywani są o listę przyjmowanych leków, suplementów i witamin, które brali w ciągu ostatniego tygodnia.

Patrzą im nie tylko na ręce

Rakowski odpowiada za próbki moczu. Zawodnik otrzymuje od niego do wyboru jeden z trzech zestawów do testowania, po czym razem idą do toalety. - Nie jest to komfortowa sytuacja. Musimy być blisko zawodnika i po prostu cały czas patrzeć, jak myje ręce i oddaje mocz - tłumaczy.

Nie można spuszczać go z oka, bo – niestety - sportowcy potrafią posunąć się do naprawdę wymyślnych forteli, by nie dać się złapać na dopingu. 

Zawodnik musi umyć ręce, używając wyłącznie wody, żadnych detergentów. - Głośno kiedyś było o specjalnych substancjach na bazie mydeł, które zawodnicy mieli pod paznokciami. Specjalnie obsikiwali sobie ręce, by zneutralizowały w moczu zakazane substancje - mówi Rakowski.

Podczas oddawania próbki moczu zawodnik spodnie i majtki musi opuścić do kolan, a bluzkę czy t-shirt podciągnąć na wysokość piersi. Tak, by nic nie umknęło uwadze kontrolera. - Zdarzyły się przypadki, że zawodnik instalował sobie worek na mocz w odbycie i próbował go wycisnąć poprzez specjalny system rurek, gdzieś podczepiony pod penisa. Były też przypadki sztucznych penisów. Tych akurat olimpijskich przypadków sam nie widziałem, ale znam osobę, która była tego świadkiem - wymienia.

Podczas kontroli zawodnik otrzymuje do wyboru jeden z trzech zestawów pojemników na mocz
Podczas kontroli zawodnik otrzymuje do wyboru jeden z trzech zestawów pojemników na mocz
Źródło: Szymon Rakowski

Nie znaczy to jednak, że takich prób nie wykrywa się w codziennej pracy w POLADA. - Ucieczki przed kontrolerami, próby podstawienia innego moczu czy zmiany tożsamości - takich przypadków byłem świadkiem, choć trzeba przyznać że to pojedyncze przypadki, a sportowcy coraz bardziej rozumieją potrzebę badań na rzecz czystego sportu - mówi.

Od kilku lat wprowadzono zasadę, że przy kontroli niepełnoletnich zawodników przy pobieraniu próbki moczu kontrolerowi musi towarzyszyć druga osoba - kontroler lub chaperone. - Logistycznie to bardziej wymagające niż standardowa kontrola. Oficer kontroli dopingu ma patrzeć na całą ścieżkę oddawania próbki moczu, a drugi oficer ma patrzeć na niego, a zarazem nie może patrzeć na zawodnika – mówi.

Do badania potrzebne jest co najmniej 90 mililitrów moczu, który zawodnik następnie sam rozlewa na dwie próbki. – Wiele razy słyszymy od zawodników złapanych na dopingu: "jestem niewinny, jeszcze nie przebadano próbki B". A to jest ten sam mocz! To tak jakby wkładać jeden but i mimo że widzisz, że masz za dużą stopę do butów, chcesz przymierzyć go na drugą stopę. Próbka B to jest tylko podważanie celności laboratorium – mówi.

Oddane przez zawodnika pojemniczki trafiają następnie w ręce kontrolera. - W rękawiczkach sterylnych sprawdzamy, że to jest zamknięte, pakujemy w woreczki, a następnie w tekturowe pudełko - tłumaczy.

Sterylność przy kontroli to podstawa
Sterylność przy kontroli to podstawa
Źródło: Szymon Rakowski

Sukces nie ma imienia

Zabezpieczone próbki trafiają potem specjalnym transportem do laboratorium, gdzie są badane. - Jako kontrolerzy antydopingowi nigdy nie wiemy, czy ten zawodnik, którego testowaliśmy, był pozytywny. To nie jest tak, że dostajesz list z gratulacjami i ktoś ci uściśnie rękę, mówiąc: "brawo, złapałeś go". Dowiadujemy się tego z komunikatów i z mediów. Ale to nie jest tak, że nie mamy nosa. Ja na przykład podejrzewam, że jeden z zawodników, których badałem jest "trafiony". Po czternastu latach pracy widzę, kiedy zawodnik coś kręci - mówi.

Sportowiec zakazaną substancję może mieć w organizmie tylko w przypadku, gdy jest to uzasadnione medycznie, bo na przykład istniało zagrożenie dla jego życia lub musi przyjmować leki na stałe ze względów terapeutycznych. W przypadku podania mu leków, które zawierają niedozwoloną substancję, musi być to odnotowane w protokołach.

- Jeden ze sportowców przekonywał, że ma tak wysoki poziom clenbuterolu, silnego leku rozszerzającego oskrzela, ze względu na to, że jadł bardzo dużo surowej hiszpańskiej wołowiny. Faktycznie w niektórych krajach na świecie w tatarze czy stekach ona występuje, bo krowy są nim szpikowane. Ale obliczono, że żeby mieć takie stężenie, jakie u niego wykryto musiałby jeść codziennie kilka kilogramów tego tatara przez długi czas, co z kolei nie pozostałoby bez wpływu na jego zdrowie - mówi Rakowski. 

Na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich pracuje około 150 kontrolerów, w tym siedmiu z Polski: trzech z Warszawy, trzech z Poznania i jeden z Gdańska. - Dla porównania: Estonia ma dwie osoby, Dania także dwie, a nieporównywalne wielkością Stany Zjednoczone zdaje się, że ośmiu. Stanowimy 5 procent całego zespołu, uważam, że to świetny rezulat - mówi Rakowski.

Dziennie na Zimowych Igrzyskach Olimpijskich kontroler przeprowadza po kilka testów. Pracował jednak przy imprezach, gdzie tych testów wykonywał dwadzieścia czy trzydzieści. - To było jak praca przy taśmie: jeden zawodnik wychodzi, następny wchodzi. I tak cały dzień. To tak jakby jechać przez 24 godziny 200 km/h na autostradzie - cały czas musisz być mega skupiony. Po całym dniu człowiek padał na twarz - wspomina.

Dla niego to drugie igrzyska w tym charakterze. Dwa lata temu był w Paryżu na letnich igrzyskach.

Szymon Rakowski po raz drugi jest na igrzyskach
Szymon Rakowski po raz drugi jest na igrzyskach
Źródło: Szymon Rakowski

- Tu jest większy luz. Moje odczucia są takie, że Włosi mają lepszy zmysł organizacyjny niż Francuzi. To jest dla nich zryw niczym powstanie narodowe, absolutnie wszyscy się wzięli do roboty. Przykład? U nas w Polsce mamy jednego policjanta, który kieruje ruchem. Tutaj na krzyżówce stoi ich czterech. Cały kraj się zjednoczył, żeby pokazać się z dobrej strony i im to wychodzi – ocenia i przerywa nagle naszą rozmowę.

- Przepraszam, koledzy już mi machają, że mamy kolejnego zawodnika, muszę kończyć – żegna się.

Czytaj także: