Asymetryczna, poszarpana fryzura, dużo żelu. Prawie pięć tysięcy komentarzy pod zdjęciem w mediach społecznościowych. "To Trinity z Matrixa" - piszą internauci.
Nie, to jednak Demi Moore.
Pod postem trwa zgadywanie, czy to na pewno ona, a może Victoria Beckham... A może Courtney Cox? Albo Michael Jackson?
Reakcje są skrajne. "Moje serce tonie. Do czego jesteśmy zdolne, żeby ktoś nas zauważył? Potępiam tę kulturę" - pisze jedna z komentujących. Ale są też głosy zachwytu. "Chcę taki lifting twarzy!" - dodaje inna.
Decyzje o ingerencjach chirurgicznych mogą mieć bardzo różne przyczyny: od medycznych, przez estetyczne, po psychologiczne. Za zmianą wyglądu może stać potrzeba odzyskania kontroli, większej pewności siebie, poczucia sprawczości albo poprawy samopoczucia. Jest jeszcze jeden powód: wiara, że ciało można poprawiać w nieskończoność... Ale to może się okazać pułapką.
- Ciało jest projektem. Nie jest dane, tylko zadane. Trzeba je wymajsterkować. A ten projekt nigdy się nie kończy - komentuje podejście części osób do medycyny estetycznej socjolożka, dr hab. Mariola Bieńko z Uniwersytetu Warszawskiego.
Dodaje, że w rozmowach z chirurgami plastycznymi wielokrotnie słyszała o zmianie oczekiwań pacjentów: - Kiedyś ludzie przychodzili i mówili, że chcą mieć usta Angeliny Jolie, pośladki Jennifer Lopez albo wyglądać jak Monica Bellucci. Dziś przychodzą młodzi ludzie i proszą o Instagram face, Snapchat face [czyli twarz wygładzoną, symetryczną, z pełnymi ustami, wysokimi kośćmi policzkowymi - red.]. Chcą wyglądać jak własna przefiltrowana wersja siebie.
- To prowadzi do utraty poczucia tożsamości. Przestajemy utożsamiać się z krewnymi, bo znikają podobieństwa. A jeśli za sto lat ktoś spróbuje sprawdzić, jak wyglądali ludzie w naszej epoce, nie dowie się tego z mediów społecznościowych. To nie jesteśmy my, to nasze poprawione kopie - podkreśla socjolożka w rozmowie z TVN24+.
Poproszę "normalną waginę"
Dr Bieńko zaznacza jednak, że ingerencje w ciało nie są wynalazkiem współczesności. - Źródła pokazują, że już w starożytności próbowano przyczepiać nosy czy poprawiać uszy. Dziś żyjemy jednak w kulturze, która każe nam nieustannie dążyć do najlepszej wersji siebie. Do tego dochodzi kultura medialna: globalna, nasycona obrazami. Jesteśmy bombardowani wizerunkami ciał w reklamach, w przestrzeni publicznej, w mediach społecznościowych - stwierdza Bieńko.
W tym kontekście pojawia się tzw. makeover culture, czyli kultura metamorfoz. Wierzymy, że ciało można poprawiać bez końca. Że da się zatrzymać chorobę, niepełnosprawność, starość. Funkcjonuje też pojęcie anti‑aging, które sugeruje, że starzenie się nie jest naturalnym procesem, lecz wrogiem, z którym należy walczyć.
- Jest też pojęcie bodies without histories, czyli ciała bez historii. Chirurgia plastyczna sprawia, że próbujemy zatrzymać czas i zaczynamy się do siebie upodabniać. Pytałam chirurgów, czy czują się lekarzami, czy raczej sprzedawcami usług - mówi badaczka.
Co odpowiadali?