Donald Trump rozpoczął nową krucjatę i znalazł sobie nowego wroga. Po "fake media", ideologach alt-prawicy, których oskarża o "niskie IQ" (a wśród nich znajdują się także ci, dzięki którym wygrał wybory), nadszedł czas na papieża. "Nie chcę papieża, który krytykuje prezydenta Stanów Zjednoczonych" - napisał na Truth Social Donald Trump. "Leon powinien wziąć się w garść jako papież, kierować się zdrowym rozsądkiem, przestać ulegać radykalnej lewicy i skupić się na byciu Wielkim Papieżem, a nie politykiem. To bardzo mu szkodzi, a co ważniejsze, szkodzi Kościołowi katolickiemu!" - wskazywał Trump w swoim wpisie.
Odpowiedź papieża była o wiele spokojniejsza, ale nie pozostawiła żadnych wątpliwości, że ten spór wygaśnie. - Nie będę wdawał się z nim w dyskusje. Nie obawiam się administracji Trumpa - stwierdził Leon XIV. - Nie sądzę, że przesłanie Ewangelii powinno być nadużywane w sposób, w jaki robią to niektórzy ludzie - zaznaczył papież, pytany przez dziennikarzy o słowa prezydenta USA.
Przekształcenie wiary w polityczną pałkę
Ta krótka wymiana "uprzejmości" z całą pewnością nie zakończy konfliktu, a może lepiej powiedzieć: ideowego sporu między papieżem a prezydentem USA. U jej podstaw leży bowiem nie tylko (choć i to ma znaczenie) kompletny brak autorefleksji Donalda Trumpa, który wyrusza na wojnę, jakiej nie tylko nie może wygrać (bo - by zacytować jego samego - "ma w niej bardzo słabe karty"), ale też istotowa różnica w postrzeganiu roli religii, moralności i polityki.