- Kiedy ma miejsce tak tragiczne zdarzenie, to informacje przekazuje się prezydentowi bezpośrednio, bez szukania dodatkowych ogniw. Sekretariat prezydenta jest czynny całą dobę. Można też znaleźć szereg innych kanałów, są oficerowie BORu – wyliczał gen. Polko.
Wiceszef Biura Bezpieczeństwa Narodowego poinformował, że po rozmowie z szefem sztabu generalnego generałem Franciszkiem Gągorem ustalili, że zostaną sprawdzone billingi dyżurnej służby operacyjnej i oficerów BBN. - Wyjaśnimy tę sprawę, zostaną wyciągnięte konsekwencje i usprawniony system – zapewnił.
"Oficer dyżurny działał zgodnie z instrukcją"
Płk Cezary Siemion z MON powiedział dziennikarzom, że bilingi będą gotowe w niedzielę. Pytany, dlaczego dyżurni oficerowie dzwonili do BBN zamiast do kancelarii prezydenta, odparł: - Oficer postępuje zgodnie z instrukcją i nie zastanawia się, gdzie ma dzwonić. Ma w instrukcji zapisany numer do osoby, z którą ma się skontaktować, i po prostu wykonuje ten telefon - tłumaczył.
Polko zdradził, że o katastrofie dowiedział się przed godziną 20. z TVN24. Prezydent wyleciał do Chorwacji o 20.15. Pytany przez dziennikarzy, dlaczego sam nie poinformował Lecha Kaczyńskiego o tragedii, odparł: - To była informacja medialna o wypadku, w którym zginęły cztery osoby, a na pokładzie było dziewięć. Prezydent powinien otrzymać w tym czasie pełną informację od ludzi obecnych na miejscu zdarzenia. Szef MON powinien go bezpośrednio powiadomić. Przy tak tragicznym wydarzeniu dzwoni się osobiście - podkreślił.
Draba: to skandal, ze prezydent nie wiedział o katastrofie
Podobnego zdania jest wiceszef kancelarii prezydenta, Robert Draba. - To jest niebywałe, żeby godzinę po zdarzeniu prezydent nie miał tej wiedzy, bo prezydenta nie poinformowano. Poleciał do Chorwacji i tam się dowiedział i przerywał wizytę. Gdyby prezydent miał tę wiedzę w czasie wylotu, do Chorwacji by nie wyleciał – stwierdził Draba. Powołał się na informacje mediów, które podają, że samolot spadł o godzinie 19.07, a prezydent wylatywał do Chorwacji o godz. 20.15.
- Mieliśmy do czynienia w ciągu prezydentury Lecha Kaczyńskiego z tragedią w Katowicach, Halembie i wypadkiem we Francji. I za każdym razem prezydent był informowany natychmiast. W tym wypadku osobą odpowiedzialna był minister obrony narodowej - dodał w TVN24 Draba. W jego opinii, sprawę tę trzeba będzie wyjaśnić.
MON: bezpodstawne zarzuty
- Zarzuty stawiane Ministerstwu Obrony Narodowej przez Roberta Drabę są bezpodstawne – ripostuje MON. - Informacje o wypadku Dyżurna Służba Operacyjna Sił Zbrojnych otrzymała o godzinie 19.20 i podjęła natychmiast akcję powiadamiania – napisał w oświadczeniu Departament Prasowo-Informacyjny resortu.
Płk Cezary Siemion z MON odpiera zarzuty
Według MON, „od 19.35 do godziny 19.40 Dyżurna Służba Operacyjna Sił Zbrojnych podjęła kilkukrotną próbę powiadomienia o katastrofie samolotu CASA 295M płk Mirosława Wiklika – dyrektora Departamentu Systemu Obronnego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Następnie podjęto kolejne próby skontaktowania się z kilkoma oficerami BBN wskazanymi, zgodnie z obowiązującymi procedurami, przez płk M. Wiklika. Oficerowie BBN nie odbierali telefonów”.
Według „Wprost” prezydent Lech Kaczyński zażądał od rządu szczegółów informacji dotyczących katastrofy wojskowego samolotu CASA. W imieniu głowy państwa o dodatkowe dane wystąpiło do resortu obrony Biuro Bezpieczeństwa Narodowego.
"Za Kwaśniewskiego system działał"
Poseł Ryszard Kalisz (LiD) przypomina, że gdy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski, istniał system informowania o tego typu sytuacjach. - Informacja docierała do prezydenta bardzo szybko, najszybciej przez szefa kancelarii bądź przez oficera dyżurnego. Ten system powinien działać - powiedział. Dodał, że system taki działał za wszystkich rządów.
Według Kalisza, oficerowie dyżurni w Kancelarii Prezydenta czy w odpowiednich resortach pracują całą dobę, mają ze sobą łączność. - Tego rodzaju informacje powinny do prezydenta spływać w minutę, dwie, prawie równolegle z katastrofą – dodał.
Źródło: PAP, tvn24.pl