Kosz na bieliznę - 10 złotych. Dywan z salonu - 50 złotych. Lutownica - 20 złotych. Pufa z sypialni - 20 złotych - notuje rzeczoznawca majątkowy. Powołał go sędzia Sądu Rejonowego w Olsztynie. Specjalista ma wycenić, ile warte są przedmioty, które przez lata wspólnego życia zgromadzili mąż i żona. Teraz, w języku prawnym, podczas rozwodu: powód i powódka.
Na liście rzeczoznawcy ponad 200 pozycji: talerze z Ikei, rower, wkrętarka, wok i… labrador. Wartość - 1500 złotych.
Sąd musi zdecydować, z kim zamieszka Horacy. I czy któreś z małżonków będzie musiało płacić alimenty.
Sami nie mogli się dogadać.
Mienie ruchome
- Pies podczas rozwodu w świetle prawa to...? - pytam adwokat Patrycję Ponikowską-Marciniak.
- Rzecz - odpowiada.
I szybko dodaje: - Prawo, które mamy, jest dość wiekowe, nie nadąża za rzeczywistością. Zwierzęta, tak jak samochód czy zestaw porcelany, podczas rozwodu uznawane są za składnik majątku wspólnego, wedle przepisów są rzeczą. O ich losie decyduje sąd, tak samo jak o naszym domu, samochodzie, chyba że sami się dogadamy...
Tyle teoria. A praktyka?
- Pamiętam taką sytuację: rozwód, sala sądowa, kipi od emocji. Powódka wstaje i mówi: "Ja już uznam rozwód bez orzekania o winie, niech tylko pies zostanie ze mną". Protokolant parska śmiechem, a sędzia rzuca: "Co mi teraz pani o psie mówi? To sprawa o rozwód". Kobieta ma oczy mokre od łez - opowiada Ponikowska-Marciniak.