Łódź

Łódź

W sześciu blokach zadłużonej po uszy łódzkiej spółdzielni mieszkaniowej "Śródmieście" od dwóch dni nie ma prądu w częściach wspólnych. Nie działają domofony, a mieszkańcy chodzą po klatkach schodowych ze świeczkami i latarkami. - Jeszcze dzisiaj podpiszemy umowę z dostawcą prądu i zasilanie będzie stopniowo wracać - obiecuje zarząd spółdzielni.

Mieli dowieźć rannego na przyszpitalne lotnisko, by przekazać go do śmigłowca LPR, ale gdy podjechali pod bramę, zastali ją zamkniętą na kłódkę. W takiej sytuacji liczy się każda chwila, więc zrobiło się nerwowo, a kłódkę musieli przeciąć strażacy. Kutnowski szpital, który zarządzą lądowiskiem zapowiedział, że... obciąży ratwoników kosztami zakupu nowej. - Pogotowie za późno nam powiedziało, że lądowisko będzie potrzebne..

- Był długi weekend, więc go dobrze nie przebadali i zmarł - płacze wdowa po pacjencie, który w maju trafił do łódzkiego szpitala im. Jonschera w Łodzi. Nagłośniona przez nas historia była powodem kontroli NFZ w szpitalu, która wykazała łamanie kontraktu. - Lekarza w weekendy nie było, chociaż tego żądaliśmy - mówi fundusz i nakłada na placówkę karę: 90 tys. złotych.

Nie działa domofon ani oświetlenie na klatkach schodowych. W sześciu blokach należących do łódzkiej spółdzielni mieszkaniowej "Śródmieście" nie ma prądu w częściach wspólnych. Jeden z mieszkańców bloku, Stefan Niesiołowski mówi o skandalu, a dotychczasowy dostawca energii, że robił wszystko, żeby do wyłączeń nie musiało dojść. Milczy za to spółdzielnia: odniesiemy się do sprawy jutro.

Pięciu mężczyzn pobiło śmiertelnie 25-latka za spowodowanie kolizji drogowej - poinformowała policja. Do zdarzenia doszło 27 lipca około godziny 2.30 w nocy w Bełchatowie. Podejrzanym o pobicie ze skutkiem śmiertelnym grozi do 10 lat więzienia.

Kamienica w centrum Łodzi częściowo runęła, chociaż teoretycznie nie miała prawa. Do katastrofy budowlanej na Zielonej 48 w Łodzi doszło, bo - zdaniem urzędników - ktoś wyciągnął metalowe belki stropowe, które trzymały konstrukcję "w całości". Urzędnicy przyznają, że runąć może kolejna ściana, bo do opuszczonych budynków wciąż wchodzą ludzie.

Ordynator oddziału noworodkowego szpitala w Skierniewicach została zawieszona w obowiązkach, bo oddała dziecko matce, która wcześniej porzuciła chłopca w szpitalu. - Działam w zgodzie z własnym sumieniem - mówi lekarka. Sprawą zajmuje się już prokuratura.

23 lipca przed Sądem Okręgowym w Łodzi ruszył proces 28-letniego Arkadiusza A. oskarżonego o zabójstwo trzymiesięcznej Nadii. Na ławie oskarżonych zasiada również matka dziewczynki, Martyna P., która nie reagowała na agresywne zachowanie swojego konkubenta.