Tekst pochodzi z newslettera "Wybór Wrony", który co czwartek wysyłamy do naszych subskrybentów. Jeśli chcesz otrzymywać newslettery TVN24 i TVN24+, wybierz interesujące Cię tematy i zapisz się, podając swój adres e-mail.
W pierwszej połowie 2026 roku do kin trafiło około 180 tytułów - zdecydowana większość to filmowe nowości, chociaż coraz częściej na duży ekran wracają klasyki. Wybrana przeze mnie dziesiątka premier to nie zawsze filmy wybitne czy te najlepsze.
Z całą pewnością są za to najciekawsze. Umacniają przekonanie, że kino jako forma sztuki ma się naprawdę dobrze. Cały czas zachwyca różnorodnością, budzi skrajne emocje. Daje przestrzeń do rozmowy i wspólnego przeżywania opowiadanych historii. I - na całe szczęście! - nie daje prostych odpowiedzi.
"Father Mother Sister Brother" reż. Jim Jarmusch
Choć Jim Jarmusch jest legendą filmową od dawna, to wenecki Złoty Lew dla "Father Mother Sister Brother" był sporym zaskoczeniem. Krytycy typowali inne tytuły. To jednak film, który jak w soczewce skupia wszystko to, co we współczesnym kinie autorskim najlepsze.
Składa się z osobnych historii trzech rodzin. Jarmusch nie rozdrapuje rodzinnych ran, nie szuka konfliktów, nie leczy traum. Historia każdej rodziny pozbawiona jest typowej dramaturgicznej konstrukcji. Prawdziwe życie przecież też jej nie ma, co fenomenalnie wykorzystał filmowiec. Na pierwszy plan wysuwa się pytanie: co tak naprawdę wiemy o swojej rodzinie? Jarmusch szuka odpowiedzi, stawiając swoich bohaterów w całej serii niezręcznych sytuacji. To zażenowanie - skrępowanie, które towarzyszy niejednemu z nas podczas rodzinnych spotkań - udziela się też widzom, przez co film jest tak autentyczny.
To nie w dialogach rozgrywa się to, co najważniejsze. Od słów istotniejsze są gesty, czasem krępująca cisza oraz pełna symboliki warstwa wizualna.
"Hamnet" reż. Chloé Zhao
Nie sposób pominąć w tym zestawieniu "Hamneta" Chloé Zhao. Scenariusz jest efektem współpracy Zhao i Maggie O’Farrell - brytyjskiej pisarki, autorki powieści, na podstawie której film powstał. To fabularyzowana wersja wspólnego życia Agnes Hathaway i Williama Szekspira. Przyglądamy się temu, jak poznali się późniejsi małżonkowie, jak rozwija się ich relacja. Głównym wątkiem tej opowieści jest próba poradzenia sobie ze śmiercią 11-letniego syna - Hamneta. Te doświadczenia miały doprowadzić do powstania jednego z najważniejszych dramatów w historii - "Hamleta".
"Hamneta" można czytać na wiele sposobów, na przykład jako prawdopodobną genezę powstania jednego z najważniejszych dzieł literackich w historii, jako portret rodziców postawionych w obliczu straty dziecka czy opowieść o terapeutycznej sile sztuki. A każda z tych warstw się uzupełnia.
To kolejny - po "Pieśniach braci moich", "Jeźdźcu" i "Nomadland" - film Zhao, którym przekonuje, że wystarczy "tylko" ludzka empatia i otwartość na przeżycia innego człowieka, żeby stworzyć kinową opowieść na miarę dzieła sztuki.
"Hamnet" nie miałby takiej siły oddziaływania na publiczność, gdyby nie mistrzowska gra Jessie Buckley. Irlandzka aktorka stworzyła postać Agnes wyjątkowo przekonująco. Nadal nie mogę się pozbyć wrażenia, że Buckley nie grała Agnes, ona nią była. Nie jest to film łatwy, ale dla tych, którzy w kinie szukają katharsis, będzie strzałem w dziesiątkę.
"Głos Hind Rajab" reż. Kaouther Ben Hania
To film, który rozdziera serce na milion kawałków. Tunezyjska filmowczyni Kaouther Ben Hania podjęła się w "Głosie Hind Rajab" fabularyzowanej rekonstrukcji prawdziwych zdarzeń ze stycznia 2024 roku. Opowiada o losach pięcioletniej Hind Rajab - palestyńskiej dziewczynki ze Strefy Gazy. Rajab utknęła z rodziną w samochodzie ostrzelanym przez izraelskie wojsko. W aucie poza dziewczynką znajdowali się jej wujek, ciotka i czwórka kuzynostwa. Przeżyła tylko ona i jej 15-letnia kuzynka. Hind skontaktowała się z Palestyńskim Czerwonym Półksiężycem, błagając o pomoc. Wolontariusze próbowali utrzymać z nią kontakt do momentu, aż otrzyma odpowiednią pomoc.
Ben Hania, doświadczona w łączeniu fabuły z dokumentem, wykorzystała nagranie z głosem dziewczynki. Zaciera się granica pomiędzy światem fabularnym a rzeczywistym. W scenach, w których wykorzystywany jest prawdziwy głos Hind, na ekranie pojawia się znak wodny z nazwą pliku z nagraniem. Brian Tallerico na łamach RogerEbert.com napisał, że ma "zawsze mieszane uczucia, gdy na potrzeby filmu wykorzystuje się tragedię z udziałem dziecka". "Jednak wierzę, że prawdziwe podjęcie działań wymaga skonfrontowania się z wizją prawdziwego horroru" - stwierdził.
Na przełomie 2024 i 2025 roku powstały trzy filmy opowiadające o losach Hind Rajab. Ale to właśnie Ben Hania ze swoją artystyczną wizją trafiła w punkt, tworząc jeden z najważniejszych filmowych hołdów dla tysięcy palestyńskich dzieci. To głos upominający się o tych najbardziej bezbronnych i niewinnych w obliczu bestialstwa wojny. I jeśli na poważnie traktować społeczną odpowiedzialność sztuki - w tym filmu - to "Głos Hind Rajab" jest jej jednym z najwybitniejszych przykładów.
"La grazia" reż. Paolo Sorrentino
O tym, że Paolo Sorrentino jest jednym z najważniejszych żyjących włoskich filmowców, nie trzeba nikogo przekonywać. Wielokrotnie udowadniał, że jak mało kto potrafi tworzyć autorski język filmowy, czerpiąc z tego, co włoskie tradycje mają najlepszego do zaoferowania.
W ramach ubiegłorocznej edycji festiwalu w Wenecji zaprezentował dramat "La grazia" - jeden z najlepszych filmów w swoim dorobku. To historia fikcyjnego prezydenta Włoch Mariano De Santisa (kolejna wybita postać Toniego Servillo), który właśnie rozpoczyna ostatnie sześć miesięcy swojego urzędowania. Jako doświadczony sędzia i prawnik De Santis przy podjęciu każdej decyzji bierze pod uwagę jedynie literę prawa - bez uwzględniania kontekstu ludzkiego. Jednocześnie koniec siedmioletniej prezydentury budzi w nim lęki przed nieznanym. Chociaż blisko współpracuje ze swoją córką, można odnieść wrażenie, że są sobie zupełnie obcy. A jego największym wyzwaniem pozostaje decyzja o ewentualnym podpisaniu ustawy o eutanazji.
"La grazia" ma wiele znaków rozpoznawczych, które znamy z poprzednich dzieł Włocha: jest mądrość "Młodości", rozmach "Boskiego" czy refleksyjność i zadziorność "Wielkiego piękna". Udowadnia, że Sorrentino jak mało kto we współczesnym kinie potrafi tworzyć wciągające filmy, które są wybitnymi esejami filozoficznymi. Filmowiec snuje rozważania o istocie stanowionego współcześnie prawa, o pasji, która z czasem przemija, o łączeniu życia publicznego z prywatnym oraz o konsekwencjach nieprzepracowanej zdrady. To również ciekawe spojrzenie na relacje ojciec - córka.
"Wichrowe wzgórza" reż. Emerald Fennell
Chyba żaden tegoroczny film nie wzbudził tak skrajnych reakcji jak "Wichrowe wzgórza" w reżyserii Emerald Fennell. Wielu oczekiwało po prostu adaptacji powieści Emily Bronte z 1847 roku. Ale Fennell od początku zapowiadała film jako własną interpretację tego, jak książka Bronte funkcjonuje w zbiorowej wyobraźni.
W krajach anglojęzycznych dzieło Bronte to ważny element literackiej klasyki. Warto dodać, że "Wichrowe wzgórza" są jedną z najczęściej adaptowanych brytyjskich powieści. Spora część tych adaptacji ogranicza się jednak do wątku miłości Heathcliffa i Cathy. Być może dlatego Fennell zamiast tworzyć kolejną wierną książce odsłonę tej historii, postawiła na autorski komentarz. Dyskutuje w nim ze współczesnymi schematami myślenia o miłości, pożądaniu, kobiecości, namiętności, męskości czy cielesności. Jest też o współczesnej klasowości i przywilejach. W warstwie wizualnej Fennell operuje sztucznością, karykaturalnością i kontrastami. A całość spinają piosenki napisane przez Charli XCX.
Brytyjka czerpie pełnym garściami z teorii kampu - koncepcji Susan Sontag polegającej na przypisywaniu wartości temu, co przesadzone, nienaturalne i ironiczne. Jej "Wichrowe wzgórza" są wciągającym, przewrotnym doświadczeniem kinowym.
"Wartość sentymentalna" reż. Joachim Trier
Joachim Trier od dwóch dekad konsekwentnie buduje pozycję jednego z najważniejszych współczesnych reżyserów. Po artystycznym sukcesie pełnometrażowego debiutu ("Reprise: Od początku raz jeszcze" z 2006 roku), zapowiedź każdego kolejnego filmu budzi ogromne międzynarodowe zainteresowanie. Tak było też w przypadku "Wartości sentymentalnej" - filmu, który nie pozwala o sobie zapomnieć.
W szóstej pełnometrażowej fabule Trier przygląda się trudnej relacji Gustava Borga (Stellan Skarsgard) - fikcyjnego filmowca i psychoterapeuty - z dwiema córkami: Norą (Renate Reinsve) oraz Agnes (Inga Ibsdotter Lilleaas). Borg po śmierci byłej żony wraca do rodzinnego Oslo. Po latach zaniedbań próbuje nawiązać więź z córkami, które mają do niego żal o porzucenie rodziny. Borg, będąc u schyłku filmowej kariery, próbuje zdobyć budżet na najważniejszy projekt filmowy, który chce poświęcić swojej matce. Jedną z ról oferuje córce - Norze.
"Wartość sentymentalna" jest jednym z najważniejszych studiów relacji rodzinnych we współczesnym kinie. Trier za pomocą konkretnych przykładów próbuje uchwycić uniwersalne źródło konfliktów międzypokoleniowych oraz szuka sposobów na odbudowywanie więzi.
"Pan Nikt kontra Putin" reż. David Borenstein i Pasha Talankin
"Pan Nikt kontra Putin" w reżyserii Davida Borensteina i Paszy Talankina (Pavel Talankin) to jedno z najbardziej zaskakujących spojrzeń filmowych na wojnę w Ukrainie. Przyglądamy się jej z perspektywy życia jednej ze szkół w Karabaszu - mieście u stóp Uralu.
Film jest opowieścią o Talankinie - szkolnym kronikarzu, który po ogłoszeniu przez Putina "specjalnej operacji wojskowej w Ukrainie" zaczyna dokumentować od środka rosyjską machinę propagandową. Ryzykuje wszystkim. Ostatecznie uda mu się wywieźć z Rosji wszystkie nagrania.
- Nasz kraj chce różnych rzeczy. To nie powód, żeby rozpętywać wojnę. Jeden idiota podejmuje decyzję i teraz cały świat się trzęsie - mówi Talankin w rozmowie z matką. Chwilę później deklaruje: - Kocham swoją pracę. Nie chcę być pionkiem w rękach reżimu.
Jego gabinet staje się azylem dla przerażonych widmem wojny młodych ludzi. Uczniów "więzionych" w coraz mocniej zmilitaryzowanej machinie edukacyjnej.
"Pan Nikt kontra Putin" pozwala zajrzeć w głąb rosyjskiego społeczeństwa, dostrzec pojawiające się przejawy sprzeciwu wobec Putina i jego zbrodniczej wojny. Opowiada również o tym, co najważniejsze - o relacjach ludzkich silniejszych niż dyktatura.
"Dobry chłopiec" reż. Jan Komasa
Trudno uwierzyć, że scenariusz do "Dobrego chłopca" napisał debiutant Bartek Bartosik, który z wykształcenia jest ekonomistą. Już na tym etapie pomysł był tak wciągający, że zachwycił się nim Jerzy Skolimowski, który do lektury "Dobrego chłopca" namówił Jana Komasę. Ostatecznie Skolimowski został producentem tego obrazu, a Komasa - reżyserem.
Pierwotny pomysł zakładał, że będzie to polski film, osadzony w rodzimych realiach. Z biegiem czasu wyszło inaczej: akcja dzieje się w Wielkiej Brytanii, a główne postaci to Brytyjczycy. Grają między innymi takie sławy jak Stephen Graham i Andrea Riseborough, a w tytułowego bohatera wciela się Ansoon Boon.
"Dobry chłopiec" to historia młodego mężczyzny - Tommy'ego - który spędza czas na imprezach, mocno doprawianych alkoholem i narkotykami. Jest też agresorem: tworzy patologiczne, przemocowe treści w portalach społecznościowych. Po jednej z takich imprez zostaje porwany przez Chrisa - mężczyznę w średnim wieku, który z żoną Kathryn i synem Jonathanem mieszka w wiejskiej, okazałej posiadłości. Tommy trafia na łańcuch, przymocowany do sufitu. Tu ma zostać reedukowany i stać się tytułowym "dobrym chłopcem". To historia zbudowana na wieloznacznościach, skrajnościach i momentami bardzo czarnym humorze. Wszystkie główne postaci są jednocześnie katami i ofiarami. Łączy je znacznie więcej, niż można byłoby się tego spodziewać.
"Dobry chłopiec" to najlepszy i najbardziej przewrotny z dotychczasowych filmów Komasy. I najlepszy tegoroczny film w polskiej reżyserii.
"Ojczyzna" reż. Paweł Pawlikowski
Po ośmiu latach przerwy z nowym filmem wrócił Paweł Pawlikowski. Światowa premiera "Ojczyzny" odbyła się w ramach Konkursu Głównego Festiwalu Filmowego w Cannes, gdzie Pawlikowski otrzymał nagrodę za reżyserię (ex aequo z twórcami filmu "Czarna kula": Javierem Ambrossim i Javierem Calvo).
"Ojczyzna" to fabularyzowana interpretacja prawdziwych wydarzeń z 1949 roku. Thomas Mann wraz córką Eriką docierają do Frankfurtu nad Menem. Erika - aktorka, uznana pisarka oraz była korespondentka wojenna - kontaktuje się z młodszym bratem - Klausem, także cenionym pisarzem, który przebywa na Lazurowym Wybrzeżu. Próbuje przekonać brata, żeby dołączył do niej i do ojca. Przeszkodą jest trudna i chłodna relacja Klausa z Thomasem. Wszystko działo się kilka tygodni po tym, jak z trzech alianckich stref okupacyjnych powstała Republika Federalna Niemiec i kilka tygodni przed oficjalnym powstaniem Niemieckiej Republiki Demokratycznej. Pomimo wielu sprzeciwów ze strony zachodniej opinii publicznej Mann pojechał z Frankfurtu do Weimaru, leżącego w strefie kontrolowanej przez wojska radzieckie.
Chociaż narracyjnie "Ojczyzna" w wielu momentach bywa nieczytelna, hermetyczna, nie zmienia to faktu, że jest filmem mądrym i refleksyjnym. Pawlikowskiemu udało się sprawnie wykorzystać historię rodziny Mannów, żeby postawić kilka bardzo aktualnych pytań o moralność i podstawowe ludzkie wartości. W obliczu coraz brutalniejszych konfliktów zbrojnych zasadność tych pytań staje się jeszcze bardziej oczywista.
"Zaproszenie" reż. Olivia Wilde
W historii kina nie brakuje filmów, których akcja zamyka się do jednego miejsca i jednego wieczora, a w centrum uwagi jest kwartet aktorski. Wystarczy wspomnieć chociażby takie klasyki jak "Kto się boi Virginii Woolf?" w reżyserii Mike'a Nicholsa czy "Rzeź" Romana Polańskiego. Można byłoby mieć słuszne obawy, że tego typu produkcje nie mają już zbyt wiele do zaoferowania, jednak "Zaproszenie" w reżyserii Olivii Wilde bardzo szybko je rozwiewa.
Warto zwrócić uwagę, że Wilde - ceniona aktorka - w 2019 roku wzbudziła zachwyt pełnometrażowym debiutem reżyserskim "Szkoła melanżu". Trzy lata później zrobiła "Nie martw się kochanie", który do najlepszych filmów nie należy. Tym bardziej cieszy jakość "Zaproszenia".
Film powstał na podstawie komediodramatu "Sentimental" katalońskiego filmowca Cesca Gaya. Twórcami amerykańskiej wersji scenariusza są Rashida Jones i Will McCormack. Jest to o tyle ważne, że siłą napędową "Zaproszenia" są świetnie skrojone dialogi, z których bije poczucie humoru tego duetu.
O czym jest film? Pewnego wieczoru Angela (Wilde) stawia męża Joe (Seth Rogen) przed faktem dokonanym - zaprosiła na kolację parę sąsiadów: Pinę (Penelope Cruz) i Hawka (Edward Norton). Tu stawiam kropkę, bo im mniej się wie o fabule, tym przyjemniej ogląda się całość.
Redagowała Katarzyna Guzik