"Odważne odkrycie na nowo powieści Emily Bronte", "Zadziwiająco zła adaptacja" - to tylko niektóre nagłówki tekstów o filmie Emerald Fennell "Wichrowe wzgórza". Najnowszy film twórczyni, która zdobyła międzynarodowe uznanie "Obiecującą. Młodą. Kobietą" (2020 r.) i "Saltburn" (2023 r.), spotyka się ze skrajnymi opiniami. Jedni uważają, że to wciągające widowisko i bardzo ciekawy komentarz do współczesności, inni nie pozostawiają na filmie suchej nitki.
Mając w pamięci poprzednie dwie fabuły Fennell, można było podejrzewać, że wizja "Wichrowych wzgórz" daleka będzie od literackiego pierwowzoru. Można odnieść wrażenie, że o wiele ważniejsze było dla niej zmierzenie się z wyobrażeniami na temat "Wichrowych wzgórz" czy próba zrozumienia, kim była sama Bronte niż opowiedzenie historii miłosnej Catherine Earnshaw (Margot Robbie) i Heathcliffa (Jacob Elordi).
Ale dlaczego film wzbudza aż takie emocje?