|

Zuza Jabłońska o życiu z zespołem Tourette'a. "Nie chciałam wychodzić z domu"

Zuza Jabłońska
Zuza Jabłońska
Źródło zdj. gł.: Management Zuzy Jabłońskiej
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Od rówieśników słyszała drwiny, a od nauczycieli pretensje, choć nie miała wpływu na swoje zachowanie - tak było w pierwszej szkole. W drugiej, do której się przeniosła, na jej tiki nikt nie zwracał uwagi, bo dyrekcja zadbała o to, by dzieci zrozumiały jej problem. Dziś wokalistka Zuza Jabłońska otwarcie opowiada o życiu z zespołem Tourette'a. W rozmowie z TVN24+ wyjaśnia też, dlaczego muzyka stała się dla niej najlepszą formą terapii.Artykuł dostępny w subskrypcji

Zuza Jabłońska - wokalistka, artystka młodego pokolenia, funkcjonująca na granicy mainstreamu i alternatywy. Ma na swoim koncie debiutancki album "Psycho" zrealizowany z udziałem gości, takich jak Jan-Rapowanie, Siles, Sarius, Czesław Śpiewa czy Kuba Karaś z zespołu The Dumplings. Kiedy była dzieckiem zdiagnozowano u niej zespół Tourette'a.

Kiedy zespół Tourette'a pojawił się w twoim życiu?

Pierwsze objawy pojawiły się w wieku około czterech lat. To było takie lekkie wykrzywianie buzi i mruganie oczami. Rodzice tłumaczyli sobie, że jak dziecko wraca z przedszkola, to powtarza miny po innych dzieciach, a wykrzywia buzię, bo się po prostu się rozwija. Później, w wieku około siedmiu lat, pojawiły się u mnie tiki wokalne i więcej tików ruchowych. Psychiatra, do której rodzice mnie wtedy zabrali, powiedziała, że może to być rozwijający się zespół Tourette'a. Zleciła więcej badań, na podstawie których mogła postawić już ostateczną diagnozę.

Początek podstawówki to nawiązywanie pierwszych kontaktów. Jakie były reakcje twoich rówieśników na "inność" twojego zachowania?

To był duży problem. Zostałam wykluczona z grupy. Dzieci się ze mnie nabijały i nikt nie chciał się ze mną przyjaźnić, a ja nie wiedziałam dlaczego, bo sama też nie do końca rozumiałam to, co się ze mną dzieje. Tiki są przecież mimowolne. Rówieśnicy to jedno, ale zrozumienia nie było też ze strony nauczycieli. Zdarzało się, że krzyczeli na mnie, że przeszkadzam i żebym siedziała cicho, kiedy podczas lekcji zdarzały mi się tiki wokalne.

"Mimo całego otrzymywanego wsparcia, to ja sama musiałam się nauczyć z tym żyć"
"Mimo całego otrzymywanego wsparcia, to ja sama musiałam się nauczyć z tym żyć"
Źródło zdjęcia: Management Zuzy Jabłońskiej

Moi rodzice próbowali skontaktować się z dyrekcją, wychowawczynią i rodzicami innych dzieci, ale spotkali się z bardzo niemiłą reakcją.

Nikt nie chciał nam uwierzyć, że rówieśnicy tak się zachowują wobec mnie. Dorośli kompletnie wtedy zawiedli, bo zamiast zareagować, bronili swoje dzieci przed zarzutami, że mnie nękają.

W połowie trzeciej klasy podstawówki zmieniałam szkołę na malutką, prywatną placówkę w Gdańsku. Dyrekcja przygotowała uczniów na moje przyjście. Wyjaśniła, że będzie taka dziewczynka, która zmaga się z zespołem Tourette'a. Dopiero tam poczułam się dobrze, bo nikt nie zwracał uwagi na to, co mi jest.

Mówisz, że rówieśnicy w pierwszej szkole cię odrzucili. U kogo znalazłaś i znajdowałaś również później, kiedy dorastałaś, największe wsparcie?

Jestem wdzięczna moim rodzicom, bo to właśnie od nich dostałam naprawdę ogromne wsparcie, zresztą tak samo było z całą rodziną. Każdy chłopak, z którym się wiązałam, też akceptował mojego Tourette'a i się do niego przyzwyczajał. Wydaje mi się, że jestem dosyć fajną osobą, da się mnie lubić i chyba na to przede wszystkim zwracali uwagę, a Tourette był tylko takim śmiesznym dodatkiem do mnie. Ale było też tak, że na koniec dnia, mimo całego otrzymywanego wsparcia, to ja sama musiałam się nauczyć z tym żyć, jakoś to poukładać i wytłumaczyć sobie w głowie, co się ze mną dzieje.

Pozostało 56% artykułu
Czytaj także: