Iwona Malinowska w dzieciństwie nie miała problemów z otyłością. Uprawiała sport, grała w koszykówkę i piłkę ręczną, chodziła na karate. W okresie dojrzewania zaokrągliły jej się biodra. Nogi stały się większe, ale jeszcze nie na tyle, żeby ją to zaniepokoiło. Z czasem dysproporcja między górną i dolną częścią ciała była coraz bardziej widoczna. W liceum Iwona, jak mówi, była już "większą dziewczyną", ale jeszcze nie chorowała na otyłość. Tąpnięcie nastąpiło w pierwszej pracy – w urzędzie. Dużo siedziała, sporo jadła, mocno się stresowała i tak w rok przybrała 10 kilogramów, a po trzech latach odeszła z urzędu już z otyłością pierwszego stopnia.
- Postanowiłam, że muszę wziąć się za siebie. Potrafiłam ćwiczyć nawet po trzy godziny dziennie. Jadłam po 1000 kalorii, stosując różne restrykcyjne diety, które znalazłam w Internecie. Schudłam 30 kilogramów, ale nie było to dobre dla mojego metabolizmu. Przez zbyt intensywne treningi nabawiłam się zapalenia mięśnia pośladkowego i na kilka miesięcy musiałam zrezygnować z ćwiczeń. Waga znowu poszybowała do góry - mówi Iwona.
Nawet, kiedy zrzuciła 30 kg, wygląd jej nóg właściwie się nie zmienił. Łydki miała względnie szczupłe, ale uda były masywne, z - jak mówi - "bułami nad kolanami".