Coraz większe opóźnienia w onkologii. "Skala problemu jest znacznie większa"

W Stanach Zjednoczonych rezonans wciągnął mężczyznę
Joanna Frątczak-Kazana: limitowanie diagnostyki cofnie nas o dekadę
Spadła terminowość badań w diagnostyce onkologicznej w porównaniu do lat poprzednich - poinformowało Ministerstwo Zdrowia. Badania we wstępnej diagnostyce onkologicznej przeprowadzono terminowo w 58 procent przypadków, a w diagnostyce pogłębionej - w 65 procent przypadków. Organizacje pacjenckie ostrzegają: to i tak niedoszacowane dane, a planowane oszczędności tylko pogłębią problem.
Kluczowe fakty:
  • Ministerstwo Zdrowia poinformowało o spadku terminowości badań w diagnostyce onkologicznej. Tylko 58 procent badań wstępnych i 65 procent pogłębionych przeprowadzono w terminie.
  • Dane z lat 2018-2025 wskazują, że wcześniej terminowość była wyższa.
  • Według Joanny Frątczak-Kazany z Onkofundacji Alivia dane MZ nie pokazują pełnej skali problemu. Znaczna część pacjentów onkologicznych nie jest objęta szybką ścieżką diagnostyczną DiLO, a w niektórych nowotworach większość leczenia odbywa się poza tą procedurą.
  • Frątczak-Kazana ostrzega też, że planowane zmiany w finansowaniu badań diagnostycznych przez NFZ mogą skutkować wydłużeniem kolejek i ograniczeniem dostępności badań.

Sejmowa Komisja Zdrowia rozpatrzyła w środę informację na temat diagnostyki w onkologii oraz na temat realizacji świadczeń limitowanych i nielimitowanych w ramach karty DILO i poza kartą. Dominika Janiszewska-Kajka z Ministerstwa Zdrowia przyznała, że odsetek diagnostyki wstępnej, przeprowadzonej w terminie w latach 2018-2025 był wyższy niż obecnie i mieścił się w przedziałach od dwóch trzecich do czterech piątych przypadków. Dodała, że terminowość w przypadku diagnostyki pogłębionej w latach 2018-2025 r. oscylowała natomiast w granicach 70-80 proc.

Co piąty pacjent czekał ponad pół roku

Drzwi do szybkiej terapii onkologicznej powinna w Polsce otwierać karta diagnostyki i leczenia onkologicznego, tzw. DiLO. Jak czytamy na rządowej stronie internetowej, może ją wystawić lekarz podstawowej opieki zdrowotnej, jeśli na podstawie wykonanych badań uzna, że istnieje podejrzenie choroby nowotworowej i konieczne jest skierowanie pacjenta do określonego specjalisty. Może ją też wystawić specjalista lub szpital.

Jeśli pacjent jest objęty DiLO, to od momentu wpisania go na listę oczekujących do postawienia diagnozy nie powinno minąć więcej niż siedem tygodni. Tyle w teorii. A praktyka?

 - W styczniu tego roku przeprowadziliśmy badanie ankietowe wśród podopiecznych naszej fundacji. Stwierdziliśmy, że jedna trzecia ankietowanych otrzymała rozpoznanie w czasie przekraczającym trzy miesiące od momentu zgłoszenia pierwszych objawów, a blisko 20 procent czekało na diagnozę ponad sześć miesięcy. Tego nikt nie monitoruje. W dużych ośrodkach żyjemy w bańkach, wydaje nam się, że to nie jest rzeczywistość albo po prostu nauczyliśmy się oszukiwać system. Skala problemu jest znacznie większa, niż nam się wszystkim wydaje - mówiła w środę w Sejmie Joanna Frątczak-Kazana, prezes Onkofundacji Alivia.

Wielu pacjentów wciąż jest poza DiLO

Jak się jednak okazuje, problemem jest nie tylko to, że placówkom nie udaje się dotrzymać terminów wynikających z założeń procedury DiLO. Joanna Frątczak-Kazana podkreślała, że nie każdy pacjent z chorobą onkologiczną jest prowadzony w tej przyspieszonej ścieżce.

- Są takie nowotwory, jak nowotwór gruczołu krokowego, w którym to 70 procent całego leczenia jest realizowane poza DiLO, a są takie, jak rak piersi, gdzie poza DiLO jest tylko 5 procent. Jeżeli pacjent jest zakwalifikowany do zabiegu chirurgicznego bez DiLO, to oznacza to, że na etapie diagnostyki również nie miał wystawionej karty. W raku płuca ponad 25 procent zabiegów jest realizowanych poza kartą DiLO, co oznacza, że w ogóle nie była ona zakładana - mówiła Frątczak-Kazana.

Według Dominiki Janiszewskiej-Kajki, dane NFZ z początku 2026 r. potwierdziły utrzymanie wysokiej skali korzystania z karty DiLO (Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego) - wystawiono ich ok. 70 tys. Powiedziała, że najwięcej kart DiLO wystawianych jest w AOS (ambulatoryjnej opiece specjalistycznej) - 47 proc., w POZ (podstawowej opiece zdrowotnej) - ok. 35 proc., a w szpitalnictwie - 18 proc.

Dyrektor Narodowego Instytutu Zdrowia Publicznego PZH - Państwowego Instytutu Badawczego Bernard Waśko mówił natomiast, że w skali kraju relacja między podejrzewaniami zachorowań, czyli założeniem kraty DiLO, a zdiagnozowaniem choroby onkologicznej wygląda dobrze i wynosi dwa do jednego.

Zaznaczył jednak, że w województwach są skrajne różnice dotyczące tego, na jakim etapie leczenia pacjentowi zakładana jest karta DiLO. Powiedział, że w województwach podkarpackim, lubelskim i lubuskim ok. 40 proc. kart DiLO zakładanych jest dopiero w szpitalach, a zaledwie od 10 proc. do 14 proc. w podstawowej opiece zdrowotnej. Waśko podkreślił, że w województwach pomorskim i dolnośląskim karty DiLO w szpitalach otrzymuje 7-8 proc. pacjentów, a w podstawowej opiece zdrowotnej - 41 proc.

- Jeśli liczba kart DiLO na 10 tys. mieszkańców jest bliska liczbie zachorowań na 10 tys. mieszkańców, to znaczy, że DiLO służy tylko potwierdzeniu zachorowania, a nie diagnostyce - powiedział Waśko

Ważną i oczekiwaną zmianą dla pacjentów onkologicznych będzie wprowadzenie karty DiLO w formie elektronicznej, czyli e-DiLO. Pilotażowo ma się ona pojawić jeszcze w tym roku. Dominika Janiszewska-Kajka powiedziała, że od 2027 roku elektroniczna karta DiLO będzie obowiązkowa. Zaznaczyła, że zapłata za udzielone świadczenia będzie powiązana z wystawieniem karty DiLO, w tym z jakością i terminowością leczenia.

Organizacje: plan oszczędności NFZ cofnie nas o dekadę

Opóźnienia w diagnostyce onkologicznej są obserwowane już teraz, ale jak przewiduje Joanna Frątczak-Kazana, próby szukania oszczędności przez płatnika publicznego mogą te problemy znacząco pogłębić. Chodzi o zapowiedzianą na początku marca propozycję nowych zasad rozliczania czterech badań diagnostycznych. NFZ pracuje nad zarządzeniem, które zakłada, że od 2026 r. Fundusz będzie płacić 40 proc. wyceny za tomografię komputerową, rezonans magnetyczny, kolonoskopię i gastroskopię, wykonane ponad wartość kontraktu z NFZ. Rozliczenie nadwykonań miałoby się odbywać na początku kolejnego roku. Obecnie Fundusz za nadwykonania tych czterech badań, jako świadczeń nielimitowanych, płaci 100 proc., a rozliczenia odbywają się kwartalnie.

Prezes NFZ Filip Nowak powiedział, że w 2026 r. zmiana przyniosłaby ok. 800 mln zł oszczędności. A co to może oznaczać dla pacjentów? Komentował to dr Jerzy Gryglewicz z Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego w Warszawie. W jego ocenie należy się spodziewać, że szpitale po przekroczeniu limitu gwarantującego 100 proc. płatności za badania, zaczną je po prostu ograniczać. Zaznaczył, że zmniejszenie płatności o 60 proc. to na tyle dużo, że świadczenia te staną się nierentowne. W praktyce więc pacjenci po badanie będą czekać w dużo dłuższych niż obecnie kolejkach.

- Takie działania mogą nas cofnąć o dekadę. Dziesięć lat temu, kiedy badania obrazowe były limitowane, mieliśmy kolejki sięgające ponad rok - zauważyła Joanna Frątczak-Kazana.

Z danych przedstawionych przez MZ wynika, że większość pacjentów jest objęta leczeniem onkologicznym w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej (AOS), ale finansowanie leczenia jest skumulowane w szpitalnictwie. W 2025 r. refundacja leczenia onkologicznego w szpitalach przekroczyła 22,5 mld zł, a w AOS wyniosła niespełna 2 mld zł.

Janiszewska-Kajka powiedziała, że w latach 2023-2025 liczba pacjentów korzystających ze świadczeń onkologicznych wzrosła z 2,5 mln do 2,66 mln. W tym czasie liczba udzielonych świadczeń zwiększyła się z 13 mln do ok. 15 mln. Wzrosła też wartość refundacji z 21 mld w 2023 roku do 26,8 mld zł w 2025 roku.

Czytaj także: