Świat

"Wojna zimowa" Putina. Dlaczego ją zaczął?

Świat


Dla zepchniętej do dyplomatycznej defensywy Rosji każdy kolejny tydzień utrzymywania rozejmu w Donbasie pogarszał jej pozycję. Władimir Putin wrócił więc na jedyne pole konfrontacji, gdzie ma zdecydowaną przewagę – militarne. Stawiając Kijów i Zachód przed faktami dokonanymi, chce je zmusić do zmiany porozumień mińskich. A jeśli uda się sprowokować Ukraińców, tym większe mogą być zyski Moskwy.

Kreml od miesięcy demonstruje, że oczywisty wybór "wojna lub pokój" jego nie dotyczy. Putin nie chce pokoju, ani w wersji "soft", czyli zachowania status quo, ani tym bardziej w wersji oznaczającej oddanie Ukraińcom Donbasu. Pierwszy wariant nie przybliża Rosji do celu nadrzędnego – czyli uzyskania wpływu na całą Ukrainę. Drugi wariant może zaś kosztować wiele reżim Putina w samej Rosji. Putin nie chce też jednak regularnej wojny z Ukrainą. Z dwóch powodów. Po pierwsze, to by oznaczało kolejne, jeszcze cięższe sankcje zachodnie. Po drugie, takiej wojny nie chce zdecydowana większość Rosjan.

Putin zdecydował się więc na coś pośredniego. Najpierw zamroził dialog dyplomatyczny. Jeszcze w grudniu wydawało się, że wszystko zmierza ku spotkaniu na szczycie "formatu normandzkiego". Ze strony UE (Francois Hollande, Federica Mogherini) pojawiły się sygnały, że możliwe jest "ocieplenie". Jednak do planowanego w połowie stycznia szczytu w Astanie – z powodu pozycji Moskwy – nie doszło. Pozycja negocjacyjna Putin była wtedy po prostu zbyt słaba, żeby udało się uzyskać jakieś zdobycze (zmiana porozumień mińskich). Jednocześnie rebelianci przeszli do ofensywy (14-15 stycznia), dostając największe od jesieni wsparcie, zarówno w sprzęcie, jak i regularnych siłach Rosji.

Z powodów wskazanych w pierwszym akapicie ("ani wojna, ani pokój") "wojna zimowa" pozostanie jednak raczej lokalnym konfliktem, gdzie rebelianci przy użyciu dużo większych środków niż w ostatnich miesiącach, będą punktowo atakować Ukraińców. Dążyć do lokalnych, lecz spektakularnych zwycięstw. Próbować sprowokować Kijów, wciągnąć armię ukraińską i zrobić powtórkę z Iłowajska.

Dlaczego Putin rozpoczął kampanię akurat teraz? Przyczyny możemy podzielić na trzy grupy.

1. Rosja

Pogłębia się kryzys finansowy w Rosji i już trzeba ciąć wydatki socjalne, zamrażać płace biurokracji, zmniejszać finansowanie szkolnictwa czy opieki medycznej. Trzeba więc odwrócić uwagę społeczeństwa od problemów socjalnych – najlepszym sposobem, jak zawsze w historii Rosji, jest wojna z zewnętrznym wrogiem. Konflikt zbrojny oznacza bowiem mobilizację wokół "wodza".

Nie można też lekceważyć czynnika "generalskiego". Po wydarzeniach ostatniego roku bardzo wzrosła popularność i prestiż wojska wśród Rosjan. Nie chodzi nawet o sondaże, ale czynnik dużo realistyczniej pokazujący rosnącą rolę społeczną armii. Gwałtownie wzrosła liczba ochotników zaciągających się do wojska na służbę kontraktową. Do końca tego roku, według szacunków ministerstwa obrony, liczba żołnierzy kontraktowych wzrośnie z 295 tys. do 352 tys.

O ile z pewnością wielkim przegranym ostatniego roku jest rosyjska gospodarka, to wielkim wygranym stało się wojsko. Dzięki konfliktowi z Ukrainą i Zachodem generałowie dostali jeszcze więcej pieniędzy na zbrojenia. Mogą więc pójść dalej tą drogą – każde duże wojskowe napięcie w relacjach z Ukrainą i pośrednio z Zachodem, będzie pretekstem by zażądać jeszcze więcej od budżetu.

W tym kontekście warto też przypomnieć dekret Putina z 2 stycznia legalizujący służbę obywateli obcych państw w rosyjskim wojsku. Mówi się o 1,7 tys. byłych żołnierzy i marynarzy ukraińskich z Krymu, którzy zdradzili Kijów, ale wciąż mają jedynie ukraińskie paszporty. Ale na tym nie koniec. Dekret Putin otworzył bowiem drogę do oficjalnego przyjęcia do armii rosyjskiej rebeliantów walczących w Donbasie.

2. Zachód

Główną zewnętrzną przyczyną eskalacji jest brak zmiany polityki UE. Mimo budzących nadzieję Kremla przecieków, UE na poniedziałkowym szczycie szefów dyplomacji nie zdecydowała się na żadne poluzowanie polityki sankcji wobec Rosji.

Kolejna kwestia to międzynarodowa pomoc finansowa dla Ukrainy. Chodzi o dziesiątki miliardów dolarów, które mogą zacząć wpływać w marcu od MFW, Banku Światowego i USA.

Celem Rosjan jest więc wcześniejsze maksymalne zrujnowanie gospodarki ukraińskiej. Mówił o tym zreszą kilka dni temu Arsenij Jaceniuk. - Dla mnie jest absolutnie jasne, z czym jest to związane. Rosja, wysyłając wojska na Ukrainę, ma dwa cele. Pierwszy - zerwanie procesu mobilizacji i przygotowania ukraińskich sił zbrojnych do skutecznej obrony kraju. Drugi -zerwanie negocjacji z naszymi partnerami zagranicznymi, w tym Międzynarodowym Funduszem Walutowym - powiedział premier Ukrainy.

I jeszcze jedna kwestia związana z zachodnią pomocą dla Kijowa – w której też Rosjanie walczą z czasem. Chodzi o pomoc wojskową USA dla Ukrainy. Pierwsze dostawy zostały już wysłane, i choć wciąż nie jest to broń śmiercionośna, to jednak już też nie przysłowiowe koce i konserwy, ale sprzęt mogący drastycznie podnieść potencjał obronny Ukraińców. Co więcej, rośnie prawdopodobieństwo zwiększenia pomocy amerykańskiej, bo od początku roku Kongres jest już całkowicie pod kontrolą republikanów. A przewodniczącym senackiej komisji ds. zbrojeń został John McCain.

3. Ukraina

Po stronie ukraińskiej rozpoczęła się nowa faza mobilizacji. W ramach tego procesu dojść ma też do wymiany znacznej części wojsk stacjonujących w strefie ATO. Po pierwsze, oznacza to logistyczne zamieszanie. Po drugie, nowi żołnierze nie są „ostrzelani”. Oba te czynniki zachęcają Moskwę właśnie teraz do atakowania.

Obecne ataki nie są wstępem do wielkiej inwazji. Nie wychodzą zbyt daleko poza terytoria "republik ludowych", nie ma prób przebijania żadnych "korytarzy". Chodzi o odepchnięcie Ukraińców od Doniecka i Ługańska oraz o wzmocnienie łączności między nimi. Chodzi o uzyskanie poprzez lokalne zwycięstwa przewagi psychologicznej i taktycznej, przygotowanie gruntu pod nowe rozmowy i nowe porozumienie.

Kolejnym celem Rosji jest więc zmuszenie Kijowa do rozmów, gdzie do stołu zasiądą oficjalnie rebelianci, a porozumienia mińskie zostaną zmienione lub w ogóle zastąpione przez nowy układ rozejmowy. W środę Ławrow powiedział wprost: "Kreml zamierza dążyć do uzyskania specjalnego statusu dla terytoriów DRL i ŁRL. Zadanie systemowe to reforma konstytucyjna, która jest wstrzymywana przez ukraińskie władze, wbrew wielokrotnie składanym obietnicom". Co ważne, Ławrow podkreśla, że kompromis będzie "można osiągnąć tylko przy rozpoczęciu bezpośredniego dialogu, w tym wypadku między przedstawicielami ukraińskiego rządu a przedstawicielami DRL i ŁRL".

Pułapka zastawiona na Poroszenkę

Po ciężkiej klęsce pod Iłowajskiem i przegranej kampanii sierpniowej w starciu z regularnym wojskiem rosyjskim wiadomo, że armia ukraińska nie jest w stanie odbić zbrojnie Donbasu.

Najgorsze więc, co może teraz zrobić Poroszenko, to dać się sprowokować i pójść na wymianę ciosów. Na to liczą rosyjscy generałowie. Zwłaszcza po wydarzeniach na donieckim lotnisku. Kolejny szturm rebeliantów (14-17 stycznia) omal nie zakończył się klęską "cyborgów", co zapewne miało wpływ na decyzję sztabu ATO (i Poroszenki) o pierwszej od września dużej operacji zaczepnej. W nocy z soboty na niedzielę i w niedzielę rano ukraińskie wojsko bez większych problemów wyparło przeciwnika z obszaru lotniska. Trzeba zwrócić uwagę, że Kijów zapewniał, że nie jest to złamanie rozejmu mińskiego. Jednak Rosjanie mogli po tych wydarzeniach wyciągnąć swoje wnioski: że nawet Ukraińców, tak cierpliwie znoszących od miesięcy prowokacje, ataki i ostrzał, da się sprowokować.

Co dziś powinien zrobić Poroszenko? Sytuacja międzynarodowa jest dla Ukrainy zdecydowanie korzystniejsza niż dla Rosji. Wbrew obawom, na poniedziałkowym spotkaniu kraje UE nie poszły w stronę złagodzenia kursu wobec Moskwy. Jednoznacznie popiera Kijów także Obama i Merkel. Tak więc na tym polu nikt Poroszenki do rozmów z Putinem nie zmusza – przynajmniej na razie. Najlepsze, co mógłby teraz zrobić Kijów, to nie dać się wciągnąć w wymianę ciosów, a jedynie skutecznie bronić dotychczasowych pozycji. Niestety, w takiej sytuacji bardzo prawdopodobne będą jakieś krwawe prowokacje drugiej strony, których ofiarą będą padać cywile.

Destabilizacja zaplecza

Nowym elementem konfrontacji stała się też kampania aktów sabotażu i zamachów bombowych nie tylko na bezpośrednim zapleczu strefy ATO, ale też w innych regionach Ukrainy. Należy zauważyć, że rozpoczęła się gdzieś w grudniu. To wtedy, po kilku dniach "kryzysu listopadowego", gdy Rosja była o krok od inwazji na Ukrainę, na Kremlu musiała zapaść decyzja ws. zmiany strategii. Rezygnując z wojny na pełną skalę, trzeba było automatycznie porzucić projekt Noworosji. Postawiono na destabilizację całego państwa ukraińskiego, przy jednoczesnym nasilonym w stolicach UE lobbingu mającym złagodzić stanowisko Zachodu wobec Rosji. Także w ramach tej strategii ostateczny kształt odnowionej doktryny wojskowej okazał się nie tak agresywny, jak się wcześniej wydawało. Putin dał sobie ok. miesiąca czasu na przetestowanie skuteczności tej polityki. Gdy okazało się, że nic na tym nie zyskał, wprowadził plan B. Sprowadza się on do lokalnej wojny w Donbasie, dyplomatycznej ofensywy, kampanii terrorystycznej na całej Ukrainie.

Zamachy – zwłaszcza jeśli jeszcze ich będzie przybywać i będą powodować coraz większe straty – mogą paraliżować odbudowę Ukrainy w nie mniejszym stopniu, niż lokalny konflikt w Donbasie. Jeśli oprzeć się na twierdzeniach rosyjskich separatystów, to obecnie w sąsiadujących z Donbasem obwodach i w Odessie może być nawet 25-30 tys. zakonspirowanych "partyzantów". Zapewne liczba jest przesadzona, ale problem na pewno jest poważny i Kijów już go tak nie lekceważy, jak zrobił to – na swoje nieszczęście – w marcu i kwietniu wobec Donbasu. Trzon "partyzantów" to prorosyjscy byli milicjanci i oficerowie SBU oraz byli wojskowi, którzy są gotowi walczyć z Kijowem, ale nie w Donbasie, tylko u siebie.

Prognoza

Środowe spotkanie szefów MSZ Niemiec, Francji, Rosji i Ukrainy w Berlinie Moskwa przedstawiła jako swój sukces. Następnego dnia Ławrow podkreślał, że uzgodnienie wycofania ciężkiego sprzętu wojskowego to dokładnie to, co Putin miał proponować Poroszence w rzekomym liście z 15 stycznia. Także doniesienia o stracie przez Ukraińców lotniska w Doniecku to dobra wiadomość dla Rosjan i rebeliantów – głównie z powodów propagandowych i wpływu na morale obu stron.

Obecna strategia przynosić więc na razie korzyści, dlatego Rosja będzie się jej nadal trzymała. W najbliższych dniach można spodziewać się dalszej "lokalnej" punktowej eskalacji. Aż do zmiany postanowień rozejmu. Jeśli to się nie uda, wiosną możliwa jest ofensywa Rosji na większą skalę. Jak mówi rosyjski analityk Paweł Felgenhauer, Moskwa jest gotowa do inwazji na Ukrainę "technicznie, ale nie politycznie". Wystarczy więc decyzja Putina, żeby zacząć wojnę dosłownie w ciągu godzin.

Jacek Czaputowicz o szczycie czwórki normandzkiej w Paryżu
Jacek Czaputowicz o szczycie czwórki normandzkiej w Paryżutvn24
wideo 2/23

Autor: Grzegorz Kuczyński / Źródło: tvn24.pl

Tagi:
Raporty: