Strzały padły kilkadziesiąt metrów od niego. "Były osoby, którym puszczały nerwy"

GettyImages-2273148595
Marcin Wrona o wydarzeniach na balu dziennikarzy. "Siedziałem przy stoliku numer 218"
Źródło: TVN24
Nikt nie miał prawa opuścić sali, przestały działać telefony - wspominał korespondent "Faktów" TVN Marcin Wrona. Był jednym z gości balu dziennikarzy w Waszyngtonie, na którym padły strzały. Opisywał, co działo się wtedy przy stolikach i co okazało się "najtrudniejsze".

Prezydent USA Donald Trump uczestniczył w sobotę w balu korespondentów Białego Domu w hotelu Hilton w Waszyngtonie. W trakcie uroczystości w hotelowym lobby padły strzały. Służby zatrzymały podejrzanego mężczyznę. Prezydent, pierwsza dama, wiceprezydent J.D. Vance i pozostali przedstawiciele administracji zostali ewakuowani z sali.

Na balu był też korespondent "Faktów" TVN Marcin Wrona. Dziennikarz nagrał pierwsze chwile na sali po tym, jak padły strzały.

W niedzielę na antenie TVN24 Wrona opowiadał o wydarzeniach z poprzedniego wieczora. Jak przekazał, strzały padły około pół godziny po rozpoczęcia balu. - W tym roku po raz pierwszy gościł jako prezydent Donald Trump. On bojkotował bal korespondentów przez całą swoją pierwszą kadencję, bojkotował go też w ubiegłym roku - przypomniał.

- Siedziałem przy stoliku numer 218. To jest stolik niedaleko głównych drzwi wyjściowych z tej sali balowej i te strzały, które padły, zostały oddane w odległości zaledwie parudziesięciu metrów ode mnie - opisywał.

Z tego powodu Wrona, jak i inni siedzący z nim przy stole, usłyszeli te dźwięki bardzo wyraźnie - jeszcze zanim świadomość tego, co się dzieje, dotarła do osób na scenie. - Oczywiście w momencie, gdy agenci, policjanci zaczęli krzyczeć: "Padły strzały, padły strzały", wtedy wszyscy kryliśmy się, ale z drugiej strony większość z nas na balu to dziennikarze. W związku z tym naszą rolą jest relacjonowanie tego, co się dzieje. Nawet jeżeli sytuacja do bezpiecznych nie należy - mówił.

Wrona: nikt nie miał prawa opuścić sali

Wrona przekazał, że mógł dokładnie obserwować ewakuowację członków gabinetu Donalda Trumpa, ponieważ byli oni wyprowadzani tuż koło miejsca, gdzie siedział.

- To wszystko trwało i nie mieliśmy żadnych informacji na temat tego, co dzieje się na zewnątrz poza salą. Bowiem oprócz tych osób, które były ewakuowane, nikt nie miał prawa opuścić sali. Przestały działać telefony. Można było zadzwonić, ale przesłanie jakichkolwiek plików czy też podejrzenie jakichś informacji w mediach społecznościowych graniczyło z cudem - relacjonował. - Z naszego punktu widzenia to było chyba najtrudniejsze. Po tym momencie strachu, bo strach był. To nie ulega wątpliwości - przyznał.

Na zamkniętej sali przebywali również dyplomaci, między innymi szef polskiej placówki w Waszyngtonie Bogdan Klich. - Siedział dwa stoliki dalej ode mnie. Rozmawiałem z nim. Ewidentnie też był mocno wstrząśnięty tym, co się wydarzyło. Były osoby, którym trochę puszczały nerwy i starały się za wszelką cenę wydostać z tej sali balowej - wspominał dalej.

Później pojawił się komunikat o tym, że sytuacja jest w miarę pod kontrolą, jednak wciąż nie przekazano żadnych informacji. Następnie pojawił się komunikat, że bal prawdopodobnie będzie wznowiony. - Teraz wiemy, że Donald Trump za wszelką cenę chciał wrócić na scenę, chciał pokazać, że nie da się go zastraszyć i chciał, żeby to wszystko się dalej toczyło - powiedział Wrona.

Konferencja Trumpa. "Wiele osób zareagowało śmiechem"

Ostatecznie poinformowało zebranych, że zgodnie z decyzją służb nie ma możliwości kontynuowania wydarzenia. - Szefowa naszego Stowarzyszenia Korespondentów w Białym Domu ogłosiła, że w ciągu 30 minut zostanie zorganizowany briefing w Białym Domu z udziałem prezydenta. Wiele osób zareagowało śmiechem, bo to wydawało się być po prostu niemożliwe, ale ona powiedziała: "Nie, to nie jest żart. Prezydent robi konferencję prasową, przenosimy się do Białego Domu" - kontynuował.

Donald Trump na briefingu po incydencie na balu korespondentów Białego Domu
Donald Trump na briefingu po incydencie na balu korespondentów Białego Domu
Źródło: Yuri Gripas/PAP/EPA

Napastnik został zidentyfikowany jako 31-letni Cole Thomas Allen z Torrance w aglomeracji Los Angeles. Jak powiedział pełniący obowiązki prokuratora generalnego USA Todd Blanche, podejrzany najprawdopodobniej podróżował pociągiem z Los Angeles do Chicago, a następnie do Waszyngtonu. Zapowiedział też, że Allen usłyszy zarzuty w poniedziałek.

OGLĄDAJ: Kłopoty Trumpa i republikanów. Ta strata może być dla nich katastrofą
pc

Kłopoty Trumpa i republikanów. Ta strata może być dla nich katastrofą

Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji
Czytaj także: