Chociaż po pierwszej turze wyborów samorządowych w Bawarii pojawiły się słowa krytyki, premier kraju związkowego zarządził drugą na 29 marca. Niemiecka prasa odnotowuje, że w pierwszych w historii landu wyborach całkowicie korespondencyjnych wzięło udział więcej wyborców niż w głosowaniu 15 marca. Dr Agnieszka Łada, niemcoznawczyni i dyrektorka Programu Europejskiego w Instytucie Spraw Publicznych, podkreśla jednak, że głosowanie korespondencyjne w Niemczech znane jest od lat 50. XX wieku.
OGLĄDAJ TVN24 W INTERNECIE NA TVN24 GO >>>
CZYTAJ RAPORT TVN24.PL: KORONAWIRUS - NAJWAŻNIEJSZE INFORMACJE >>>
Decyzję o przeprowadzeniu wyborów drogą korespondencyjną władze Bawarii podjęły 16 marca. Ustalono, że listy ze wszystkimi dokumentami do głosowania powinny dotrzeć do ponad miliona uprawnionych do wieczora 26 marca, na trzy dni przed terminem wyborów, który został wyznaczony na 29 marca. Osoby, które nie otrzymały listu, mogły zadzwonić pod uruchomiony w tym celu numer telefoniczny aby ustalić, czy doszło do wysyłki i czy niezbędne jest przygotowanie nowych dokumentów.
Niedzielne głosowanie dotyczyło 750 instytucji administracji samorządowej - od burmistrzów, nadburmistrzów (odpowiednik prezydentów polskich miast) po rady powiatów (Landkreise).
"Po raz pierwszy w bawarskiej historii wszyscy wyborcy mogli swój głos oddać listownie - przez zagrożenie zakażeniem się koronawirusem nie było lokali wyborczych" - podała agencja prasowa DPA.
- Trzeba pamiętać, że w Niemczech możliwość wyboru korespondencyjnego istnieje już od lat 50. Niemcy doskonale znają ten system - jako wyborcy i jako państwo, jako samorząd. To nie jest nic nowego - tłumaczyła dr Agnieszka Łada, niemcoznawczyni, dyrektorka Programu Europejskiego w Instytucie Spraw Publicznych.
Jednak, jak podaje dziennik "Sueddeutsche Zeitung", 22 marca bawarski Landtag podczas posiedzenia wideokonferencyjnego zmienił część przepisów, by wybory w całości mogły się odbyć korespondencyjnie. W telekonferencji brali udział szefowie poszczególnych frakcji oraz szefowa Landtagu Ilse Aigner. Zmiany miały zagwarantować, że druga tura nie będzie prawnie kwestionowana. Z inicjatywą wyszła frakcja FDP, której przedstawiciele wskazywali, że rząd kraju związkowego nie może wprowadzić takich zmian do głosowania bez zgody parlamentu kraju związkowego. Zdaniem polityków rozporządzenie ministra zdrowia Bawarii z 19 marca na podstawie Ustawy o ochronie przed infekcjami był niewystarczający.
Łada: nie wszystko odbyło się bez problemów
Jak tłumaczy Łada, pakiet wyborczy do głosowania korespondencyjnego, które było jedyną możliwą formą udziału w wyborach, otrzymał każdy wyborca. Niemcoznawczyni wyjaśnia, że w takim pakiecie znajduje się karta do głosowania, taka jaką otrzymałoby się w lokalu wyborczym oraz mała koperta odpowiedniego koloru, żeby wyróżniała się wśród korespondencji, w której wyborca wysyła swój głos. Ta koperta jest anonimowa. Do niej osobno dołącza się formularz z oświadczeniem, że dana osoba złożyła danego dnia swój głos. Małą kopertę i formularz wsadza się do większej koperty, która adresowana jest do komisji wyborczej.
Ekspertka zwraca uwagę, że list wysyłany jest za darmo, poprzez wrzucenie do skrzynki pocztowej. - Ten list musi trafić do skrzynki do godziny, w której kończą się wybory - mówi. W związku z tym, że w tej turze wyborów mogło wziąć udział 1,1 miliona mieszkańców Bawarii, rozstawiono dodatkowe, specjalne skrzynki pocztowe.
- Komisje wyborcze były mniejsze, do liczenia głosów było to sześć, a nie siedem osób, jak to jest zazwyczaj. Zachowano wszystkie środki bezpieczeństwa - zwraca uwagę.
Łada zaznacza, że jest jeszcze za wcześnie, aby móc łączyć wzrost przypadków zakażenia koronawirusem z przeprowadzonymi wyborami. Zwraca uwagę, że w niemieckich mediach pojawiły się jedynie komentarze, że "była to jedyna możliwa metoda głosowania osobistego w obecnej sytuacji".
Niemcoznawczyni zwraca uwagę, że w samych wyborach samorządowych w Bawarii, w drugiej turze wzięło udział więcej osób niż w pierwszej. - Ludzie mniej się bali oddać taki głos, niż pójść do lokali, dlatego zaangażowali się w takie wybory, doceniali wysiłek organizacyjny. Tam nikt nikomu nie musiał tłumaczyć, jak to przebiega, poza tym co zwykle jest tłumaczone, bo Niemcy to znają - wyjaśnia.
W przypadku niedzielnych wyborów - tłumaczy Łada - należało przygotować szybciej i więcej pakietów wyborczych. Jak dodaje, w komentarzach prasowych pojawiały się obawy o to, co będzie jeśli ten pakiet nie dotrze na czas do wyborców. - Były opóźnienia, były problemy, to nie jest tak, że wszystko poszło bez szwanku - zaznacza, dodając, że nie miało to masowych rozmiarów.
Krytyka przeprowadzonych wyborów
Krytyka w mediach pojawiła się po pierwszej turze wyborów. Portal BR24 pisał, że pomimo podejmowanych na szeroką skalę środków w walce z koronawirusem, odbyła się pierwsza tura wyborów samorządowych. Portal przypomina, że dwa dni przed głosowaniem premier Bawarii Markus Soeder wprowadził zakaz większych zgromadzeń publicznych i zamknął szkoły. "Wiele obywateli stawiało sobie pytanie: czy wybory nie musiały zostać przełożone?" - czytamy na portalu BR24.
Serwis informacyjny zwracał uwagę, że przy jednym stole do liczenia głosów znajdowało się 12 osób. Tylko w Monachium - zauważył portal - do sal, gdzie odbywało się liczenie głosów, wpuszczono pięć tysięcy osób.
"Jedna z nauczycielek zasugerowała, że te same osoby, które liczyły głosy korespondencyjne, w następnym tygodniu będą musiały w nagłych przypadkach opiekować się dziećmi z monachijskich szkół. W związku z tym, że z powodu koronawirusa wielu pracowników wyborczych zostało odwołanych, na ich miejsce zostali powołani obowiązkowo nauczyciele" - zauważył portal.
"Sueddeutsche Zeitung" w jednym z pierwszych komentarzy zwrócił uwagę, że w kraju związkowym nie poszło po myśli premiera Soedera. A trzy największe partie: Unia Chrześcijańsko-Społeczna, Socjaldemokratyczna Partia Niemiec i Zieloni, zyskały tyle samo, co straciły.
Autorka/Autor: tmw/kab
Źródło: TVN24, PAP, BR24, SZ