W niedzielę podczas pokazu lotniczego w amerykańskim stanie Idaho zderzyły i rozbiły się dwa samioloty E/A-18G. Czterej członkowie załogi zdołali się katapultować. Incydent został uwieczniony na nagraniach.
O możliwych przyczynach katastrofy mówił w TVN24 ekspert lotniczy Grzegorz Brychczyński. - Widzimy na zdjęciach, że ten samolot, który jest wyżej , spada niczym przysłowiowy jastrząb na swoją ofiarę - ocenił.
Jak mówił , wpłynęło na to "niezbyt precyzyjne wejście w tor lotu samolotu, który był niżej" podczas wykonywania programu wspólnej akrobacji. - Nie jest to prawdopodobnie jedyna przyczyna tej katastrofy, ale pilot ten, który był wyżej, niezbyt precyzyjnie poprowadził swój tor lotu i prawdopodobnie nie zauważył samolotu, który był pod nim - ocenił.
Ekspert zwrócił uwagę, że w powietrzu na samoloty wpływa szereg sił i prądów powietrznych. - Tam występują takie wiry na końcówkach skrzydeł, następują również przepływy tych gazów wylotowych z silników, które są pod kadłubem samolotu - opisywał. - Tutaj, w takiej sytuacji mogło nastąpić zaburzenie aerodynamiczne, które spowodowało jak gdyby takie przyssanie się tych dwóch samolotów do siebie - mówił Brychczyński.
Cztery sekundy ewakuacji
Podkreślił, że ewakuacja załogi była "modelowa". - Tutaj wyraźnie widać, że w momencie, kiedy pilot dolnego samolotu zdał sobie sprawę z tego, że jest uderzony z góry i że nastąpiło tak zwane sczepienie się, resztkami sterów, bo miał wtedy zniszczone stery, doprowadził do takiej konfiguracji, żeby kabina była wolna w kierunku wystrzału katapulty - mówił Brychczyński.
- On ma drążek sterowy, tak zwany joystick, pomiędzy nogami. I pomiędzy nogami również ma taki uchwyt do katapultowania się. Prawdopodobnie tym drążkiem sterowym jeszcze tak sterował, żeby unieść dziób maszyny w górę, jak gdyby odepchnąć z pleców ten samolot, który jest nad nim, żeby mógł mieć swobodę do wystrzelenia się - opisywał.
Tłumaczył też, jak krok po kroku wygląda procedura ewakuacji pilotów. - W ciągu 0,1-0,3 sekundy spada osłona. Potem następuje w granicach 0,7 sekund praca silnika rakietowego, potem jedna sekunda to jest oddzielenie człowieka od fotela katapultowego. I potem otwarcie spadochronu to jest czas około dwóch sekund - mówił.
Zaznaczył też, że piloci mieli dużo szczęścia. - Tutaj szczęśliwie się złożyło, że to pole, w którym mógł się wystrzelić, było wolne, nie naraziło go to na zderzenie z częściami, czy z odłamkami, czy wręcz z samolotem, który się sczepił od góry z nim - powiedział Brychczyński.