Nie ma zagrożenia, to tylko awaria. Czarnobyl i jego długie cienie

Elektrownia w Czarnobylu po wybuchu reaktora
Elektrownia jądrowa w Czarnobylu na nagraniach archiwalnych
Źródło: Reuters
26 kwietnia 1986 roku, 40 lat temu, doszło do wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu. Skażona została ziemia w promieniu wielu kilometrów, a w strefie wokół Czarnobyla do dziś obowiązuje zakaz osiedlania się ludzi. Wielu mieszkańców Polski dowiedziało się o tym z rozgłośni zachodnich. Na ruinach reaktora tysiące likwidatorów płaciło zdrowiem i życiem za radziecki bałagan oraz ignorowanie reguł.

Czarnobyl, który od 1991 roku należy do niepodległej Ukrainy, znajdował się wtedy na terytorium ZSRR i to władze tego kraju były odpowiedzialne za katastrofę, do której doszło 26 kwietnia 1986 roku.

Spóźniona reakcja, chaos organizacyjny i próby ukrycia prawdy o tym, co się stało w Czarnobylu, skompromitowały Moskwę w oczach świata. Pokazały też technologiczne zacofanie kraju, który do tamtej pory uchodził (a przynajmniej tak się kreował) za supermocarstwo. Dla całego świata katastrofa stała się zaś ostrzeżeniem, że korzystanie z energetyki jądrowej wiąże się z olbrzymim niebezpieczeństwem. Po 1986 roku pod wpływem doświadczeń Czarnobyla niektóre kraje wycofały się z planów budowania własnych elektrowni jądrowych.

W niedzielę mija 40 lat od katastrofy w Czarnobylu.

Elektrownia w Czarnobylu po wybuchu reaktora
Elektrownia w Czarnobylu po wybuchu reaktora
Źródło: PAP/CAF-ARCHIWUM

Spóźniona prawda

Cofnijmy się o te cztery dekady. Pierwsze doniesienia o tym, że coś się wydarzyło w Czarnobylu (używano wówczas rosyjskiej i ukraińskiej wersji nazwy tej miejscowości: Czernobyl) w depeszach Polskiej Agencji Prasowej pojawiły się 28 kwietnia, a w prasie o jeden dzień później. Depesze miały charakter suchych, lakonicznych informacji. W żadnych nie pojawiały się słowa "katastrofa" i "wybuch". Mowa była jedynie o awarii.

W pierwszych dniach informacje o samym wydarzeniu i jego skutkach opatrywano na ogół prostym tytułem "Komunikat Rady Ministrów ZSRR" i powoływano się na rosyjską propagandową agencję TASS. O sytuacji w Polsce i działaniach polskich władz PAP pisała z kolei w depeszach pod tytułem "Komunikat polskiej komisji rządowej". W jednych i drugich przyznawano, że doszło do skażenia i podwyższenia poziomu promieniowania jądrowego, ale zapewniano, że nie są one wysokie.

Zdjęcie z 23 kwietnia 1993 roku
Specjaliści w czwartym bloku Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej
Źródło: PAP/EPA/SERGEI SUPINSKY
Według wstępnych danych awaria nastąpiła w jednym z pomieszczeń 4 bloku energetycznego i spowodowała zniszczenie części konstrukcji budowlanych budynku reaktora, jego uszkodzenie i pewien wyciek substancji radioaktywnych. Trzy pozostałe bloki energetyczne zostały zatrzymane, są one sprawne i znajdują się w rezerwie eksploatacyjnej. Podczas awarii zginęły dwie osoby. Podjęto pilne kroki dla likwidacji skutków awarii. W chwili obecnej sytuacja radiacyjna w elektrowni i położonych w pobliżu miejscowościach została ustabilizowana, a poszkodowanym udziela się niezbędnej pomocy lekarskiej. Mieszkańcy osiedla przy elektrowni atomowej i trzech najbliższych miejscowości zostali ewakuowani.

- głosiła pierwsza z depesz TASS.

W depeszach o skutkach "awarii" w Polsce nie przemilczano tego, o czym wtedy najczęściej mówiło się w domach: przemieszczania się obłoku radioaktywnego i obaw przed skażeniem żywności. 28 kwietnia o godzinie 7 w Mikołajkach zarejestrowano aktywność promieniotwórczą w powietrzu ponad pół miliona razy większą niż normalnie. W ciągu następnych godzin wpłynęło wiele raportów, które wskazywały, że chmura radioaktywna przesuwa się nad Polską od wschodu i pokrywa jej północno-wschodni obszar.

29 kwietnia komisja rządowa podjęła decyzję o podaniu płynu Lugola dzieciom i młodzieży w 11 województwach północno-wschodnich, nad którymi przeszła radioaktywna chmura. Jeszcze tego samego dnia akcję rozszerzono na cały kraj. W wyniku akcji jodowej 18,5 miliona ludzi przyjęło płyn Lugola, w tym ponad 95 procent dzieci i młodzieży.

Znajdujący się w powietrzu jod może być szkodliwy dla niemowląt i dzieci oraz kobiet ciężarnych. Osiadając na roślinach, również poprzez mleko, może dostać się do organizmu człowieka. W związku z tym eksperci zalecają niespożywanie aktualnie mleka pochodzącego od krów karmionych paszą zieloną. W sprzedaży będzie mleko tylko od krów karmionych paszą suchą. Komisja rządowa liczy na zrozumienie społeczeństwa, że ewentualny niedostatek świeżego mleka w sprzedaży ma charakter przejściowy.

- ostrzegano.

Zdjęcie z 30 kwietnia 1986 roku
Apteka przy ulicy Szpitalnej w stołecznym Śródmieściu. Kolejka po płyn Lugola
Źródło: PAP/Witold Rozmysłowicz

W kolejnej porcji komunikatów polskiego i radzieckiego rządu polska agencja pisała o tym, że w naszym kraju systematycznie obniża się poziom skażenia, a maleje ono również wokół elektrowni atomowej.

Cały blok depesz opublikowano tydzień po katastrofie w Czarnobylu. W jednej z nich poinformowano, że na miejsce "awarii" przybyła delegacja rządowa z Moskwy, z premierem Nikołajem Ryżkowem na czele. Tymczasem agencja TASS zapewniała Rosjan, że "zachodnie środki masowego przekazu rozpowszechniają oszczercze wymysły w związku z awarią w Czernobylskiej Elektrowni Atomowej". "Oszczerstwem" i "wymysłem" według TASS miało być odwoływanie przez rządy państw zachodnich swoich obywateli, którzy akurat przebywali (przeważnie turystycznie) w ZSRR.

Atomowe plany i ludzkie próby

Zbudowana na przełomie lat 70. i 80. elektrownia w Czarnobylu (około 110 kilometrów na północ od Kijowa, blisko przy granicy z Białorusią) w myśl planów miała być największym takim obiektem na świecie. Dysponowała czterema reaktorami, każdy w oddzielnym bloku. Do tragicznego w skutkach zdarzenia doszło w najnowszym z nich (czwartym), który do eksploatacji oddano zaledwie dwa i pół roku wcześniej - 21 grudnia 1983 roku.

Wiosną 1986 roku w tym właśnie bloku zaplanowano remont. Przy okazji zamierzano przeprowadzić test - próbę zasilania elektrowni prądem wytworzonym przez wirnik turbogeneratora, który przed wyhamowaniem obraca się z powodu inercji. Test miał na celu sprawdzenie pomysłu, który mógł zapewnić ciągłość funkcjonowania systemu kontrolnego i chłodzenia reaktora w sytuacji awaryjnej.

Test zakładał stopniowe obniżenie mocy reaktora o około dwie trzecie w stosunku do mocy, z którą normalnie pracował. Następnie miał zostać odcięty dopływ wody do turbin. Wtedy operatorzy bloku mieli obserwować, czy energia generowana przez obracające się siłą rozpędu turbiny wystarczy, aby podtrzymać zasilanie pomp do czasu, aż rozpędzą się silniki diesla. Po niecałej minucie takiej pracy reaktor miał zostać wyłączony.

Noc, która wymknęła się spod kontroli

25 kwietnia 1986 roku moc reaktora została w trakcie przygotowań do testów obniżona o połowę do około 1600 MW przez opuszczenie części prętów kontrolnych, wykonanych z pochłaniającego neutrony węgliku boru. Następna część testu odbyła się w nocy - operatorzy rozpoczęli dalsze obniżanie mocy reaktora, która miała w trakcie testu wynosić około 700-1000 MW. Okazało się jednak, że moc spadła o wiele bardziej i wyniosła 30-40 MW.

Ten efekt wywołało tzw. zatrucie ksenonowe. W reakcji jądrowej uran rozpada się w takich warunkach na lżejsze pierwiastki. One z kolei na jeszcze lżejsze i tak dalej. W tym procesie pojawia się też izotop ksenonu 135, który pochłania neutrony. W takiej sytuacji opuszczenie prętów kontrolnych powoduje większy spadek mocy, niż gdyby reaktor pracował wcześniej stabilnie, bo wywołane prętami spowolnienie reakcji spowoduje redukcję emisji neutronów.

Skutkiem tego jest spadek tempa "spalania" ksenonu i wzrost jego stężenia, czyli dalsze spowolnienie reakcji łańcuchowej.

W tej sytuacji operatorzy zdecydowali się podnieść znaczną część prętów sterujących, aby z powrotem podwyższyć moc reaktora. Ten ruch był, zdaniem większości specjalistów, błędem i przyczynił się do katastrofy. Operatorzy wyjęli bowiem z rdzenia więcej prętów, niż zalecane to było w instrukcji obsługi. Obsługa reaktora miała trudności z utrzymaniem mocy na zaplanowanym poziomie. Podnoszono kolejne pręty sterujące.

Zdjęcie z 5 kwietnia 2020 roku
Mężczyzna trzyma dozymetr w pobliżu opuszczonego, płonącego domu w pobliżu wsi Wołodymyriwka, w strefie wykluczenia wokół elektrowni w Czarnobylu
Źródło: YAROSLAV YEMELIANENKO/PAP/EPA

Operatorzy mieli też kłopoty z monitorowaniem stanu reaktora, bo instrumenty pomiarowe nie były precyzyjne, a obsługa ich zajmowała mnóstwo czasu. O godzinie 1.22 nastąpił kolejny gwałtowny spadek mocy reaktora. Zanotowały to przyrządy. Nie wiadomo jednak, czy obsługa o tym wiedziała.

W każdym razie eksperyment rozpoczął się o godzinie 1.23. Po odłączeniu dopływu pary do pomp moc reaktora zaczęła rosnąć. Procesu tego nie przerwało wykonane czterdzieści sekund później awaryjne opuszczenie prętów sterujących. Moc wzrosła bardzo gwałtownie. W ciągu następnych kilku sekund kilkadziesiąt razy przekroczyła pełną moc reaktora.

Błyskawicznie rosnące ciśnienie wrzącej w kanałach chłodzących wody spowodowało wybuch, którego skutkiem było rozerwanie grafitowych elementów rdzenia reaktora i uszkodzenie prętów paliwowych. Znajdujący się w prętach, osłaniający uran cyrkon, wszedł z wodą w reakcję, której jednym z produktów był wodór. Również sama woda pod wpływem bardzo wysokiej temperatury rozkładała się na wodór i tlen. Nastąpiła eksplozja wodoru.

Pracownicy elektrowni, wysłani do hali, w której znajdował się rdzeń reaktora, zobaczyli, że wybuch rozsadził rdzeń reaktora i zerwał przykrywającą go stalową płytę, ważącą dwa tysiące ton. W rdzeniu, składającym się z grafitu, wybuchł pożar.

Zdjęcie z 29 września 1999 roku
Likwidatorzy z Czarnobyla prowadzą strajk głodowy w Tule w Rosji. W tle plakat z napisem: "Ojczyzno! Nie daj nam umrzeć"
Źródło: PAP/EPA/Stringer

Doszło do potężnego wyrzutu pary, czego główne zawory bezpieczeństwa reaktora nie wytrzymały i uległy zniszczeniu. Ogromne ciśnienie zerwało też dolne wodne i górne parowe rurociągi. Reaktor i budynek bloku czwartego zostały wysadzone przez eksplozje mieszaniny piorunującej. Ogień z reaktora sięgał wysokości 170 metrów. Ze zniszczonego wybuchem budynku wystrzeliły w powietrze rozgrzane fragmenty rdzenia, zawierające paliwo jądrowe, wybuchły więc pożary, zagrażające sąsiednim budynkom.

Zdjęcie z 21 września 2000 roku
Białoruscy żołnierze myją ciężarówkę z radioaktywnego pyłu po ćwiczeniach obrony chemicznej, około 400 kilometrów od Mińska i 50 kilometrów od elektrowni w Czarnobylu
Źródło: PAP/EPA/Maxim_Malinovsky

Ludzie kontra niewidzialny wróg

Z powodu odniesionych ran oraz w wyniku napromieniowania zginęło i zmarło w następnych dniach 31 osób. Byli to obecni na miejscu pracownicy elektrowni oraz strażacy, próbujący zapobiec rozprzestrzenianiu się pożaru. Około tysiąca osób, głównie ratowników i pracowników elektrowni, otrzymało duże dawki promieniowania, co mogło przyczynić się do poważnych chorób.

Zdjęcie z 4 czerwca 1993 roku
Przedstawiciele ofiar i likwidatorów prowadzą strajk głodowy przed ukraińskim parlamentem w Kijowie
Źródło: PAP/EPA/SERGEI SUPINSKY

Za ofiarę Czarnobyla część osób uważa też Walerija Legasowa, który był wiceprzewodniczącym rządowej komisji przysłanej z Moskwy do zbadania przyczyn katastrofy. Zapadł na chorobę popromienną. Znaleziono go w drugą rocznicę wybuchu – powieszonego we własnym mieszkaniu. Zwraca się uwagę, że Legasow mógł dzięki swojej wiedzy obciążyć osoby odpowiedzialne za katastrofę.

Zdjęcie z 4 marca 1999 roku
Operator stanowiska sterowania przy pulpicie sterowniczym trzeciego bloku energetycznego Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej
Źródło: PAP/EPA/SERGEI SUPINSKI

Według niektórych badań skutki katastrofy dotknęły na całym świecie około 600 tysięcy ludzi. Liczbę zgonów z powodu nowotworów, jakie rozwinęły się u osób silnie napromieniowanych, oszacowano zaś na około cztery tysiące.

Zdjęcie z 14 grudnia 2000 roku
Dzieci w białoruskim centrum onkologicznym w Mińsku. Około 70 procent pacjentów ośrodka pochodziło z regionów Białorusi, które zostały skażone radioaktywnym pyłem z elektrowni w Czarnobylu
Źródło: PAP/EPA/VICTOR DRACHEV

W latach 1991-2000 stopniowo wyłączono trzy pozostałe reaktory Czarnobyla. Po katastrofie wysiedlono około 300 tysięcy osób, mieszkających w promieniu 100-120 kilometrów od elektrowni. W pierwszej kolejności, ale dopiero ponad dobę po katastrofie ewakuowane zostało położone cztery kilometry od Czarnobyla miasto Prypeć.

Zdjęcie z 31 marca 2011 roku
Malunek na ścianie opuszczonego budynku w mieście Prypeć. W tle sarkofag elektrowni w Czarnobylu
Źródło: PAP/EPA/SERGEY DOLZHENKO

Instytucjonalny cynizm i mur milczenia. "Baliśmy się paniki"

Reakcja władz ZSRR na katastrofę ujawniła bezwład decyzyjny, chaos i nieodpowiedzialność decydentów. Do akcji gaśniczej skierowano osoby pozbawione jakichkolwiek środków chroniących przed promieniowaniem. Miejscowy sekretarz KPZR zignorował prośbę dyrektora elektrowni o jak najszybsze rozpoczęcie ewakuacji ludności z okolicznych terenów. Choć sam miał okazję zobaczyć, co się stało, mówił, że to tylko awaria.

Zdjęcie z 22 kwietnia 2016 roku
Zabawki w maskach przeciwgazowych leżą na ramie łóżka w dawnym przedszkolu w opuszczonej Prypeci, niedaleko elektrowni w Czarnobylu
Źródło: PAP/EPA/ROMAN PILIPEY

1 maja w Kijowie odbył się tradycyjny pochód, a kilka dni później w tym mieście rozpoczął się kolarski Wyścig Pokoju.

Zdjęcie z 1 maja 1986 roku
Wyścig Pokoju, który wyruszył z Kijowa
Źródło: PAP/Jerzy Undro

Tymczasem w mieście normy promieniowania były przekroczone kilkukrotnie, do czego w końcu się przyznano, zalecając, by dzieci i kobiety w ciąży nie przebywały na powietrzu. Już 27 kwietnia (zdaniem wielu osób o cały dzień za późno) ewakuowano jednak wszystkich mieszkańców Prypeci - kilkudziesięciotysięcznego miasta, w którym żyła większość pracowników elektrowni i ich rodziny.

Zdjęcie z 7 czerwca 2019 roku
Opuszczony szpital w Prypeci, niedaleko elektrowni w Czarnobylu
Źródło: PAP/EPA/SERGEY DOLZHENKO

Rządzący Związkiem Radzieckim od 1985 roku Michaił Gorbaczow sam się przekonał o mankamentach systemu. W wywiadzie z 2006 roku przyznał, że zgoda na pochód pierwszomajowy w Kijowie była jego błędem. "Baliśmy się paniki" - wyjaśniał.

Zdjęcie z 18 kwietnia 2006 roku
Zwiedzający Muzeum Czarnobylskie w Kijowie mijają tablice z nazwami ewakuowanych miejscowości wokół Czarnobyla
Źródło: PAP/EPA/SERGEY DOLZHENKO

Dziesięć lat za błąd systemu

W 1987 roku za doprowadzenie do katastrofy skazano kilku dyrektorów i inżynierów elektrowni, wśród nich Anatolija Diatłowa, który był kierownikiem feralnego doświadczenia. Dostał jeden z najwyższych wyroków - 10 lat więzienia w kolonii karnej, ale za sprawą różnych apeli (między innymi Andrieja Sacharowa, twórcy radzieckiej bomby wodorowej) zwolniono go w 1990 roku. Zmarł pięć lat później z powodu choroby popromiennej. Do końca życia utrzymywał, że jedyną bezpośrednią przyczyną katastrofy był błąd w konstrukcji prętów sterowniczych.

Tymczasem raport sporządzony przez radziecką komisję całą winę przypisywał personelowi elektrowni.

Zdjęcie z 23 kwietnia 2000 roku
Wspomnienie ofiar katastrofy w Czarnobylu na marszu w Kijowie
Źródło: PAP/EPA/SERGEI SUPINSKY

Gigantyczna konstrukcja i ludzie, którzy nie odeszli

W ciągu kilkunastu lat po katastrofie z pracy wyłączono kolejne bloki elektrowni. Ostatecznie przestała ona dostarczać energii w 2000 roku. Zniszczony reaktor od 2019 roku przykryty jest gigantycznym "sarkofagiem" (zastąpił starszy). Ta największa ruchoma konstrukcja na świecie ma 257 metrów szerokości, 162 metry długości i 108 metrów wysokości, a waży 36 tysięcy ton.

Wokół zakładu stworzono tak zwaną strefę wykluczenia, która zajmuje około 2577 kilometrów kwadratowych - pięć razy więcej od powierzchni Warszawy. Obowiązuje tam wciąż zakaz osiedlania się ludzi, ale żyją tam "samosioły" - czyli osoby, które te przepisy zignorowały, nie godząc się na przymusową ewakuację.

Zdjęcie z 15 kwietnia 2006 roku
52-letni Fedor Strij w swoim domu we wsi Ilińce, położonej około 20 kilometrów od elektrowni w Czarnobylu
Źródło: PAP/EPA/SERGEY DOLZHENKO
Zdjęcie z 15 kwietnia 2006 roku
78-letni Ilja Mykytenko i 82-letnia Anna Ratkiewicz w swoim domu we wsi Ilińce, położonej około 20 kilometrów od elektrowni w Czarnobylu
Źródło: PAP/EPA/SERGEY DOLZHENKO

Na pewien czas strefa stała się atrakcją turystyczną, ale sytuacja ponownie stała się dramatyczna po pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku. Elektrownię zajęły wtedy na kilka tygodni wojska rosyjskie, a wycofując się, zabrały część wyposażenia i dokumentacji. Do groźnych incydentów dochodziło również później - między innymi w sarkofag trafił rosyjski dron bojowy. Doszło do pożaru, który szybko udało się ugasić.

Czytaj także: