Premium

Płonąca kula na autostradzie. Niewytłumaczalna śmierć Pauliny

Jej auto wybuchło, a potem - płonąc - pokonało kilka kilometrów autostrady. Paulina zginęła we wnętrzu nowego samochodu, o którym od dawna marzyła. Nie wiadomo, jak i dlaczego doszło do tego koszmaru. Nie wiadomo też, czy prokuratura będzie jeszcze o to pytać.

Autostrada A2 w okolicy Strykowa rozszerza się do trzech pasów. Na węźle Łódź-Północ krzyżuje się z autostradą A1. To jedno z najbardziej ruchliwych miejsc w Polsce.

Przed Piotrem, który tego dnia jechał do Poznania, zrobiło się siwo. W gardle poczuł gryzący dym. Z każdą sekundą zbliżał się do ciemnego mercedesa, z którego buchały kłęby dymu. Z bliska samochód przypominał kulę ognia: płomienie szalały we wnętrzu pojazdu i wychodziły na dach.

Tymczasem auto, jakby nie działo się z nim nic niepokojącego, dalej sunęło po autostradzie ze stałą prędkością około 130 kilometrów na godzinę. Ciągnąca się za samochodem chmura dymu regularnie była podświetlana na żółto przez włączone światła awaryjne.

Piotr na chwilę zrównał się z płonącym samochodem. Gęsty ciemny dym nie pozwolił mu dojrzeć, kto jest w środku. Wystraszył się, że mercedes może wybuchnąć, dlatego lekko przyspieszył. Jazdę płonącego auta po autostradzie oglądał potem już w tylnym lusterku.

Zadzwonił na numer alarmowy 112.

Obserwowany przez niego pojazd zjechał na pas awaryjny. Po chwili prawym bokiem szorował już o barierę energochłonną. Tarcie sprawiło, że mercedes wytracił prędkość i w końcu się zatrzymał. To był moment, na który czekało już kilkunastu kierowców.

Przed mercedesem zatrzymali się ojciec i syn, którzy tego dnia jechali dwoma autami do Niemiec. Obaj wybiegli z gaśnicami.

Nie zdążyli ich jednak uruchomić, kiedy stała się kolejna niewytłumaczalna rzecz. Płonące auto nagle ruszyło i potrąciło starszego z mężczyzn.

Mercedes rozbił oba samochody stojące na pasie awaryjnym i po kilkudziesięciu metrach po raz kolejny się zatrzymał. Tym razem na dobre.

Ciało NN

Wszystko to działo się przed dokładnie przed dwoma laty i trzema dniami. W poniedziałek, 8 października 2018 roku.

W raporcie straży pożarnej z tamtego dnia czytamy, że akcja gaśnicza zakończyła się chwilę po godzinie 14. Płomienie do gołej blachy wypaliły wnętrze pojazdu.

Na fotelu kierowcy było ciało, najprawdopodobniej kobiety.

Policja ustaliła, że właścicielem auta jest przedsiębiorca spod Radomia. Jeszcze tego samego dnia na podwórku przed jego domem zatrzymał się radiowóz. Roztrzęsiony mężczyzna powiedział policjantom, że z mercedesa, który spłonął na autostradzie niedaleko Łodzi, korzystała jego córka, Paulina.

Jechała do Gdańska. Tam studiowała. - Zapomniała wziąć ze sobą telefon, nie mieliśmy z nią kontaktu - wyjaśnił policjantom jej ojciec. Opowiadał, że to był jej wymarzony samochód. Trzy tygodnie wcześniej został odebrany z autoryzowanego salonu.

Od matki dziewczyny policjanci pobrali próbkę DNA, niezbędną do identyfikacji ciała.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo