Premium

Oszczędziło złote obrączki, zabrało półroczne niemowlę. "Nasze morze przeraża"

Zdjęcie: Sergi Camara

Kiedy zeszli na ląd, pani Rosa otworzyła wędliniarnię i zrobiła im kanapki. "Ja jestem człowiekiem, oni są ludźmi. Miałabym odmówić im jedzenia? Jak tak można?" - pyta. Nie wszystkim udaje się dotrzeć do brzegu. A statki tych, którzy chcą ich ratować, uziemiono w portach, bo "brali na pokład za dużo osób". Jak tak można?

- Już nie zobaczę mojego dziecka! Straciłam moje dziecko! – przerażający krzyk matki półrocznego chłopca ginął w szumie wzburzonej wody.

Jej rozpacz zarejestrowała kamerka wolontariusza. Stoi tuż obok niej. Są razem, na tym samym pomarańczowym pontonie. Jej już ktoś pomógł wydostać się z wody, jest bezpieczna. On próbuje ratować z kolegami kolejne tonące osoby. Nawołują się, instruują, z oddali słychać wrzaski.

Fale nieustannie szarpią pontonem. - Straciłam moje dziecko… Dlaczego ja!? – lament kobiety i kołysanie gumowej szalupy sprawiają, że nie może ustać na nogach, rzuca się po jej dnie.

11 listopada, 50 kilometrów od wybrzeża Libii, nad Morzem Śródziemnym rozciągały się ciemne chmury. Temperatura powietrza nie przekraczała 15 st. C. Ponad 100 osób płynęło w kierunku południowych Włoch. W pewnym momencie oderwało się dno ich łodzi.

 "Zastanawialiśmy się, czy pokazanie krzyku, bólu i desperacji tonących będzie na miejscu. Ostatecznie postanowiliśmy, że upublicznimy to, co dzieje się na tej części morza, żeby nasze oczy nie były jedynymi, które to widzą. I żeby natychmiast pomóc położyć temu kres” – oświadczyli po skończonej akcji wolontariusze Proactiva Open Arms, organizacji non-profit, którzy na co dzień ratują życie migrantów uciekających z Afryki do Europy.

I opublikowali krótki film.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo