- Iwona Januszyk pilotowała wojskowe śmigłowce, dzisiaj służy w Centralnym Wojskowym Zespole Sportowym.
- Była uczennicą Liceum Lotniczego i studentką Lotniczej Akademii Wojskowej, dawnej Wyższej Szkoły Oficerskiej Sił Powietrznych.
- Biegała zawsze, na nartach też jeździła, góry kocha, stąd do skialpinizmu było już blisko.
- Na czym ta debiutująca w programie olimpijskim dyscyplina polega?
- Januszyk wystartuje w igrzyskach i w sprincie indywidualnym, i w mikście, z Janem Elantkowskim.
- CZYTAJ WIĘCEJ O IGRZYSKACH TUTAJ
Latanie pasjonowało ją zawsze. Dlaczego? Nie wie. Pasjonowało i już. Stawy Grojeckie, gmina Oświęcim, to jej dom rodzinny. To tam wymyśliła, że zostanie pilotem.
- Lubiłam wyzwania, poprzeczkę stawiałam sobie wysoko, a zostanie pilotem wydawało się najbardziej nieprawdopodobne. Rodzina jest patriotyczna, więc wojsko też wydawało się idealną drogą. - opowiada.
Po podstawówce kierunek był oczywisty - Liceum Lotnicze w Dęblinie, szkoła elitarna. Przykładała się bardzo, chyba przez sportowy charakter - jeżeli coś robisz, to najlepiej, jak potrafisz. Krok po kroku, do celu, do zostania tym, kim chcesz zostać. Po liceum - studia w Lotniczej Akademii Wojskowej, dawnej Wyższej Szkole Oficerskiej Sił Powietrznych.
"To był piątek, pamiętam"
Została pilotem wojskowego śmigłowca.
- Nie jest tak, że marzyłam o lataniu właśnie nimi - mówi pani Iwona. - Myślałam o samolotach, ogólnie, o byciu tam, w górze. Decydowały różne kryteria i koniec końców trafiłam do śmigłowca.
Bajka zaczęła się kończyć, niestety. Opowiada pani Iwona: - Bywało niebezpiecznie, kiedy w śmigłowcu nikt obok nie siedział, kiedy latałam sama. Wszystko zależało wtedy ode mnie, a tych czynności trochę do wykonania jest - pilotowanie maszyny, nawigowanie, sprawdzanie parametrów, rozmowa z kontrolerem ruchu lotniczego. Odcinało mi głowę, że tak powiem, robiło mi się niedobrze. Wiedziałam, że to niebezpieczne, bo w lotnictwie wystarczy mały błąd i jest tragedia. Któregoś dnia miałam taki samodzielny lot, przy dużej termice, bardzo mnie w tym śmigłowcu wybujało. To był piątek, pamiętam. Pojechałam do domu, zdawałam sobie sprawę, że chwilę wcześniej zagrożone było moje życie. I w poniedziałek o tym, co się ze mnę w śmigłowcu dzieje, powiedziałam instruktorom.
Mijały tygodnie, badanie za badaniem, najróżniejsze treningi na błędnik. Wyszło na to, że z lataniem koniec. - Mała tragedia - przyznaje pani Iwona.
A skialpinizm?
Pomysł rzucił tata
Bieganie - biegać lubiła najbardziej.
- Przed maturą biegałam, żeby tę całą wiedzę elegancko sobie w głowie poukładać - wspomina. Biegała już w Stawach Grojeckich, ciągle w biegu, w podstawówce jakieś szkolne zawody, jakieś przełaje, nawet 400 metrów na bieżni, na stadionie - dystans koszmarny, dla twardzieli. Dzisiaj ostatnie 100 z tych 400 metrów porównuje do sprintu w skialpinizmie.
- Zapominasz, jak się nazywasz. Uczucie, jakby ktoś trzymał cię za plecy, a ty holujesz go do mety - opisuje.