Na zimowych igrzyskach w Vancouver była ósma. Niespodzianka. Świat usłyszał o polskich sankach. Był rok 2010. A zaledwie trzy lata wcześniej Ewelina Staszulonek miała koszmarny wypadek na lodowym torze. Złamanie nogi, ubytek kości i konieczny jej przeszczep z biodra. Skutki czuje do dzisiaj.
Na kolejnych igrzyskach miała bić się o medal, pierwszy dla Polski w tej dyscyplinie, ale do Soczi nie pojechała. Karierę skończyła w niecały rok po Vancouver. Odeszła skłócona z Polskim Związkiem Sportów Saneczkowych. Nie chciała pracować z trenerem, twierdziła, że ją zawiódł. Jej zarzucono, że gwiazdorzy i ma żądania nie do spełnienia. Ten rozwód był głośny. Zaraz potem zniknęła ze sportu. A polskie sanki jak nie miały medalu olimpijskiego, tak nie mają.
Tomasz Wiśniowski: Miała być pani Justyną Kowalczyk polskich sanek. Dlaczego tak się nie stało? Skończyła pani karierę kilka miesięcy po udanych igrzyskach w Vancouver.
Ewelina Mickova (Staszulonek): To nie było tak, że wymyśliłam sobie: o, teraz kończę jeździć na sankach. To był proces, trwał osiem miesięcy sezonu letniego. Z trenerem Markiem Skowrońskim uzgodniłam, jak ma wyglądać ubezpieczenie. Powiedziałam mu, że jestem po wypadku na sankach, wróciłam do sportu, ale chcę coś zmienić, chcę być zabezpieczona, gdyby cokolwiek się stało. Poprosiłam trenera, żeby znalazł takie ubezpieczenie, który mnie odpowiednio zabezpieczy. Chciałam, żeby to było więcej niż pięć euro na całą grupę na miesiąc, a tyle było do tej pory. Nie chciałam milionów, chciałam normalnego ubezpieczenia, które gwarantuje mi coś w momencie wypadku na torze. Żebym mogła pójść do lekarza czy mieć operację, gdy będzie taka potrzeba.
Jaka była odpowiedź?
"Dobrze, zrobimy to. Trenuj osiem miesięcy w sezonie letnim". Miałam trenować do pierwszych zajęć na lodzie. OK, robiłam wszystko. Trenowałam, byłam na wszystkich wyjazdach. W końcu nadchodzi pierwszy zimowy, do Oberhofu w Niemczech. Pan Skowroński przyjeżdża po mnie i drżącą ręką podaje mi ubezpieczenie. Było takie samo jak do tej pory. Nic się nie zmieniło.
I?
Powiedziałam: "panie Skowroński, musicie jechać bez mnie". Zostałam w domu. Wtedy skończyłam jeździć na sankach.