I tak już niestety będzie. Nauczeni doświadczeniem dziennikarze coraz chętniej i coraz częściej będą czytać blogi polityków, a ci coraz chętniej i coraz częściej będą na nich puszczać wirtualny smród do realnej przestrzeni. To nic nie kosztuje. Nie trzeba się starać, wynajmować sali, organizować konferencji, wysyłać zaproszeń i drżeć, czy reporterzy przyjdą. Wystarczy nacisnąć na obudowie komputera przycisk Power i już polityk ma w ręku prawdziwy Power. Władzę nad słowem.
Na blogu Ryszarda Czarneckiego – w tej branży to człowiek - instytucja, bloger sumienny, zdyscyplinowany i zasłużony – przeczytałem wczoraj: „Z blogiem jest jak z nożem. Może być używany w złych intencjach, np. do zabijania. Jedni blogerzy piszą rzeczy ciekawe i sprawdzone, inni bredzą jak poseł Palikot.”
Stawiam, że bredzących będzie coraz więcej. Każdy przecież chce zaistnieć, a wpis na blogu to najprostsza i najtańsza forma zaistnienia. Zgodnie z prawem głoszącym, że zła moneta wypiera dobrą, możemy się spodziewać inflacji głupoty, wirtualnych pomówień, oszczerstw i zwykłych bredni. Wystarczy spojrzeć na dowolną dyskusję polityczną na forum internetowym, aby się przekonać, jak sieciowa wymiana myśli szybko zmienia się w wymianę ciosów poniżej pasa.
Z blogiem jest tylko jeden problem. Trzeba go w miarę często pisać. No – chyba, że ktoś ma zdolności profetyczne. Ryszard Kalisz ostatni wpis na swoim blogu uczynił 25 października. Pisze: „Ten parlament będzie ciekawy, nie tylko dlatego, że znajdą się w nim cztery partie.” To zdanie nie straci aktualności do końca kadencji, więc poseł więcej pisać nie musi.