Buda przytulona do ściany stodoły i potężny pies o białym umaszczeniu - owczarek podhalański o imieniu Dunaj. To pierwsze, co jeszcze niedawno rzucało się w oczy na posesji pana Andrzeja, byłego sołtysa jednej z miejscowości w gminie Czarny Dunajec na Podhalu.
Pies nazywa się Dunaj. Zobaczyliśmy go w czwartek, 15 stycznia, gdy na miejsce przyjechały przedstawicielki Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Nowym Targu. Nie pozwolono nam przyglądać się całej kontroli, jednak to, czego byliśmy świadkami, nie zostawiało wątpliwości, że Dunaj nie może spać spokojnie.
Bo jak spać, gdy mokra sierść wychładza ciało, zamiast je grzać, a podłoże nieocieplonej budy przykrywa lód? I jak spędzać dnie, gdy łańcuch - choć odmierzony tak, by spełniał ustawowe wymaganie długości trzech metrów - nie pozwala odejść nawet na krok dalej niż wczoraj, przedwczoraj i rok temu? Jak marzyć o lepszym jutrze, gdy głód zagląda w oczy?
"Zamiast sierści ma skorupę. Pchły jedzą go żywcem"
- Po co panu te psy? - spytaliśmy pana Andrzeja. Oprócz Dunaja na podwórku widać było innego, również uwiązanego łańcuchem, owczarka podhalańskiego imieniem Buciek. Za stodołą znajdowały się dwa kolejne psy: Burek i Baca.
- Ja tu mieszkam. Ktoś przyjedzie, w nocy jeżdżą różne dziady. Szczekają te dwa - właściciel wskazał na owczarki stojące bliżej domu. - Albo na odwrót: idzie ktoś od rzeki, to szczekają tamte. Odstraszają - pan Andrzej skierował palec na stodołę, za którą kryją się dwa kolejne psy.
Cztery żywe czujniki. System alarmowy na 16 łapach.
W związku z tym, że zakaz trzymania zwierząt na łańcuchach zawetował prezydent Karol Nawrocki, a weta nie udało się przełamać w Sejmie, psy nadal mogą być na uwięzi, jeśli łańcuch ma co najmniej trzy metry długości.
Ale jest też drugi warunek: psy można tak trzymać przez co najmniej 12 godzin, potem muszą być odpięte, przynajmniej na krótki czas. Tymczasem brak śladów na śniegu - a ten w momencie naszej wizyty nie sypał na Podhalu wówczas już od paru dni - wskazywał, że Dunaj ostatnio nigdzie się nie ruszał. To wrażenie potęgował fakt, że przed budą znajdowało się sporo odchodów. Owczarka dało się łatwo odpiąć z łańcucha - co nie jest regułą w przypadku psów łańcuchowych - choć kołtun z sierści owinął mu się wokół metalowego mocowania w obroży.
Przedstawicielki PIW nie miały wątpliwości, że przynajmniej jeden z psów - Baca - musi zostać zabrany. Zawnioskowały o to do gminy. - Pies jest bardzo chudy. Zamiast sierści ma skorupę. Pchły jedzą go żywcem - zwróciła uwagę w rozmowie z nami Magdalena Włodek-Jarzyna z KTOZ.
Właściciel "nie wykorzystał szansy"
Nie była to pierwsza wizyta przedstawicieli PIW w tym gospodarstwie. Pracownicy powiatowego inspektoratu podczas kontroli na początku grudnia stwierdzili nieprawidłowości dotyczące warunków, w jakich trzymane są psy. Wydano zalecenia: ocieplenie bud, utrzymanie porządku, odrobaczenie, zapewnienie stałego dostępu do wody i odpowiedniej jakości karmy.
Kolejna kontrola została przeprowadzona pod koniec grudnia. - Właściciel nie zastosował się do zaleceń, nie wykorzystał danej mu szansy. 15 stycznia stan jednego z psów zamiast się poprawić, to się pogorszył. Chodziło przede wszystkim o to, że właściciel nie rozczesał kołtunów, które w zimie trzymają wilgoć. Zwierzęciu w takiej sytuacji jest zimno - wyjaśnił w rozmowie z tvn24.pl dr Krzysztof Gałązka, Powiatowy Lekarz Weterynarii w Nowym Targu.
Kołtuny należało ściąć, dlatego owczarek zostałby bez ochrony przed zimnem. Jednak właściciel stwierdził, że nie byłby w stanie go trzymać w żadnym ocieplonym miejscu. Ostatecznie nie zrobił nic, żeby poprawić mu byt.
- Wkrótce skierujemy do organów ścigania zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa znęcania się nad psem - zapowiedział Gałązka.
Inspektorki z Nowego Targu wydały też ponownie szereg zaleceń co do pozostałych zwierząt. Zagroziły mandatami, jeśli mężczyzna nie spełni ich poleceń.
Pan Andrzej zadeklarował, że warunki poprawi. Ale stwierdził, że działaczki KTOZ "się nie znają". - Tu jest wszystko dobrze - skomentował. Nie chciał dobrowolnie oddać zwierząt, a przedstawicielki towarzystwa nie skorzystały wtedy z możliwości interwencyjnego odbioru psów, skoro inspektorat weterynarii postanowił dać mężczyźnie kolejną szansę na dostosowanie warunków życia owczarków do panujących mrozów.
Magdalena Włodek-Jarzyna podkreśliła, że krakowskie towarzystwo kontrolowało pana Andrzeja od marca 2025 roku kilkanaście razy. - Od tamtej pory nie zmieniło się prawie nic, pomimo że właściciel podpisywał zobowiązania. W ubiegłym roku pan Andrzej zrzekł się podczas naszej interwencji suczki Doliny, która miała nowotwór. Już jest po operacji i dochodzi do zdrowia. Gdyby została tutaj, umarłaby - oceniła działaczka towarzystwa.
Burza w mediach społecznościowych
O sprawie zrobiło się głośno niedługo po interwencji z 15 stycznia. W mediach społecznościowych rozszedł się wpis Damiana Żurawskiego, aktywnego w obszarze praw zwierząt radnego z Sosnowca.
"Przy mrozach sięgających -18 stopni Celsjusza cztery psy nadal są tam uwięzione na łańcuchach całe życie bez spacerów, w nieocieplonych budach, bez wody, karmione zamarzniętym, skiśniętym chlebem. Jedno z nich jest skrajnie wychudzone i chore, bez jakiejkolwiek opieki weterynaryjnej" - napisał sosnowiecki radny.
Na wpis zareagowały tysiące użytkowników. Niektórzy oznaczali w komentarzach oficjalny profil burmistrza Czarnego Dunajca. Telefon urywał się tak w siedzibie KTOZ, jak i w urzędzie gminy.
Presja podziałała. Na wpis zareagował burmistrz Czarnego Dunajca Marcin Ratułowski. Poinformował, że urząd gminy otrzymał już wniosek o odebranie jednego psa, Bacy. Zadeklarował podjęcie "stosownych i bezzwłocznych działań w tej sprawie".
W sobotę, 17 stycznia, na posesji byłego sołtysa zrobiło się tłoczno. Przyjechali urzędnicy, inspektorzy KTOZ - już po raz trzynasty, prawniczka Stowarzyszenia Prawnicy na Rzecz Zwierząt i przedstawiciele Fundacji Prawnej Ochrony Zwierząt Lex Nova.
Była jednak jeszcze jedna osoba: Paweł Dziubek, wiceprzewodniczący rady gminy, były kandydat PiS na burmistrza Czarnego Dunajca. Co tam robił? - Reprezentuję mieszkańców i bronię rolników - wyjaśniał, stając w obronie byłego sołtysa. Na nagraniu zarejestrowanym przez pracownice KTOZ słyszymy: - Będę bronił tego rolnika. Jeżeli macie protokół, że pies jest w jakimś stopniu chory, czego ja nie mogę stwierdzić, to ten pan się zgadza na to, żeby go oddać - mówił radny Dziubek.
Spór dotyczył przede wszystkim psa Dunaja, bo Powiatowy Inspektorat Weterynarii w Nowym Targu zawnioskował o odebranie wyłącznie Bacy. KTOZ chciał zabrać oba czworonogi, uznając, że są w złym stanie. Na to nie chciał się zgodzić ani pan Andrzej, ani broniący go radny.
- Ten pan czuje się zaszczuty. Non stop go nachodzą. A on ma 77 lat. Jemu trzeba jak najwięcej pomóc - powiedział wiceszef rady gminy w rozmowie z tvn24.pl. Jak podkreślił, nie widział, by w budach znajdował się lód. - Panie z KTOZ powinny pokazać protokół z podpisem lekarza weterynarii, który stwierdza, że ten pies jest w złym stanie. Nie może być tak, że ktoś mówi, że "na oko" jest źle - ocenił Paweł Dziubek.
Pytany o stan Dunaja weterynarz Krzysztof Gałązka nie potwierdził, by pies był w stanie, który wymuszałby jego interwencyjny odbiór. Przyznał jednak, że inspektorzy dostrzegli uchybienia. Przypomnijmy: pracownicy PIW już dwukrotnie wydawali zalecenia, które były sołtys zignorował.
Jako że sytuacja wydawała się patowa, na miejsce został wezwany sekretarz gminy Czarny Dunajec Michał Jarończyk. To w strukturze urzędu druga osoba po burmistrzu. Samorządowiec uspokoił trochę nastroje. Ostatecznie pan Andrzej, właściciel zwierząt, zgodził się na oddanie przedstawicielom KTOZ dwóch owczarków: Bacy oraz Dunaja. To ułatwiło całą procedurę.
Niedługo po interwencji burmistrz Marcin Ratułowski ogłosił sukces. "Psy są już bezpieczne. Zostaną objęte opieką, leczeniem i schronieniem (...). Dzięki reakcji ludzi dobrej woli, mieszkańców oraz organizacji społecznych działających na rzecz zwierząt mogliśmy z dnia na dzień skutecznie pomóc tym psom" - napisał samorządowiec, dziękując mieszkańcom za zgłoszenia.
Jak wynika z informacji przekazanych nam przez KTOZ, w dziewięciostopniowej skali BCS - stosowanej do oceny wagi psów - Baca uzyskał wynik dwa. Oznacza to, że jest bardzo niedożywiony. Z Dunajem jest niewiele lepiej - lekarz weterynarii ocenił jego stan w tej samej skali na trzy. Prawidłowy wynik to cztery lub pięć.
Dlaczego dopiero teraz zwierzętom udało się pomóc? - W tym gospodarstwie w ciągu ostatniego roku nasi pracownicy byli kilkukrotnie. Jednak my nie mamy prawa do odbioru zwierząt jako gmina. Taką możliwość mają organizacje, których celem statutowym jest ochrona zwierząt, i policja - powiedział nam sekretarz Michał Jarończyk.
Ustawa o ochronie zwierząt mówi, że decyzję o czasowym odebraniu zwierzęcia, które jest m.in. trzymane w niewłaściwych warunkach, podejmuje wójt gminy, burmistrz lub prezydent miasta. Decyzja podejmowana jest jednak po zgłoszeniu na przykład od policji, straży gminnej lub organizacji takiej jak KTOZ.
- Gmina wiedziała o sytuacji zwierząt od dłuższego czasu, jednak niewiele w tej sprawie zrobiono. Gmina miała narzędzia, żeby w tej sprawie zadziałać wcześniej. Mogła choćby powiadomić powiatowego lekarza weterynarii czy policję albo poprosić o pomoc organizację zajmującą się ochroną zwierząt - oceniła w rozmowie z nami Sara Obrzud ze Stowarzyszenia Prawnicy na Rzecz Zwierząt.
- Zawsze niezwłocznie interweniowaliśmy na zgłoszenia od mieszkańców oraz na informacje z mediów społecznościowych, najpóźniej na drugi dzień. Były rozmowy z właścicielem. Nie mamy jednak w urzędzie weterynarzy, fachowców, a urząd nie posiada kompetencji do kontroli stanu zwierząt, więc zawsze zawiadamiamy inspekcję weterynaryjną. Były wyciągane wobec tego mieszkańca konsekwencje przez inspekcję w postaci kar finansowych, jak również były wydawane zalecenia po kontroli - zwrócił uwagę sekretarz Michał Jarończyk.
O sprawę spytaliśmy również nowotarską policję. Chcieliśmy wiedzieć, ile razy funkcjonariusze interweniowali u pana Andrzeja i jakie działania podejmowali - w tym czy kiedykolwiek zawiadamiali o warunkach utrzymywania zwierząt sąd lub prokuraturę. Rzecznik Komendy Powiatowej Policji w Nowym Targu aspirant sztabowy Łukasz Burek poinformował nas, że nie może nam odpowiedzieć w związku z ochroną prywatności mieszkańca, którego dotyczyły nasze pytania.
"Bardzo wychudzone" krowy, sierść "odpadała razem z odchodami"
Nie tylko psów dotyczyły interwencje KTOZ i Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Nowym Targu. Chodziło też między innymi o krowy.
- Gdy zobaczyliśmy je w marcu ubiegłego roku, były bardzo wychudzone. Na ciele miały łyse placki, sierść odpadała im razem z przylepionymi odchodami. Na interwencję PIW czekaliśmy miesiąc, jak nie półtora. Krowy były już na pastwisku i zdążyły trochę odżyć, nabrały trochę masy. Usłyszałyśmy, że jesteśmy po prostu negatywnie nastawione do tego pana - powiedziała nam Joanna Repel z KTOZ.
Powiatowy Lekarz Weterynarii poinformował tvn24.pl, że pierwsza kontrola zwierząt gospodarskich została przeprowadzona w czerwcu ubiegłego roku. - Zwierzęta były w dobrym stanie, ale nie wszystkie były zakolczykowane. Stwierdziliśmy też nieprawidłowości co do budynków inwentarskich. W grudniu, gdy zwierzęta wróciły już z wypasu, przeprowadzono ponowną kontrolę. Budynki zostały odremontowane, a stan tych zwierząt był dobry - podkreślił Krzysztof Gałązka.
Zdaniem mecenas Sary Obrzud krowy "mają zmiany skórne i są zaniedbane". - Co prawda nie można mówić o tak skrajnym wychudzeniu, jakie było w marcu 2025 roku, ale te zwierzęta stosunkowo niedawno zeszły z pastwiska. Jeszcze się trzymają. W marcu będzie powtórka. Stanowisko powiatowego lekarza weterynarii jest moim zdaniem niepoważne - oceniła mecenas Obrzud.
Obrońcy praw zwierząt pokazali jednak zdjęcia z ubiegłego roku, na których krowom widać szkielet. Obawiają się, że wkrótce sytuacja się powtórzy. Dlatego Fundacja Prawnej Ochrony Zwierząt Lex Nova poinformowała o złożeniu do gminy wniosku o odebranie krów właścicielowi.
Redagował Piotr Kozanecki
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Bartłomiej Plewnia, tvn24.pl