Psy spały na lodzie, byłego sołtysa bronił radny. "Reprezentuję mieszkańców"

Pies Dunaj był przywiązany do łańcucha, a w budzie miał lód
Dunaj to jeden z owczarków podhalańskich odebranych byłemu sołtysowi
Źródło: Bartłomiej Plewnia, tvn24.pl
Dwa zaniedbane psy odebrali byłemu sołtysowi jednej z miejscowości w gminie Czarny Dunajec na Podhalu przedstawiciele Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami. Dunaj i Baca, trzymane na łańcuchach owczarki podhalańskie, w budach miały warstwę lodu, a same były wychudzone. Lokalny radny PiS nie chciał pozwolić na ich odebranie. - Będę bronił rolnika - deklarował.

Buda przytulona do ściany stodoły i potężny pies o białym umaszczeniu - owczarek podhalański o imieniu Dunaj. To pierwsze, co jeszcze niedawno rzucało się w oczy na posesji pana Andrzeja, byłego sołtysa jednej z miejscowości w gminie Czarny Dunajec na Podhalu.

Pies nazywa się Dunaj. Zobaczyliśmy go w czwartek, 15 stycznia, gdy na miejsce przyjechały przedstawicielki Krakowskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Nowym Targu. Nie pozwolono nam przyglądać się całej kontroli, jednak to, czego byliśmy świadkami, nie zostawiało wątpliwości, że Dunaj nie może spać spokojnie.

Pies Dunaj był przywiązany do łańcucha, a w budzie miał lód
Pies Dunaj był przywiązany do łańcucha, a w budzie miał lód
Źródło: Bartłomiej Plewnia, tvn24.pl

Bo jak spać, gdy mokra sierść wychładza ciało, zamiast je grzać, a podłoże nieocieplonej budy przykrywa lód? I jak spędzać dnie, gdy łańcuch - choć odmierzony tak, by spełniał ustawowe wymaganie długości trzech metrów - nie pozwala odejść nawet na krok dalej niż wczoraj, przedwczoraj i rok temu? Jak marzyć o lepszym jutrze, gdy głód zagląda w oczy?

"Zamiast sierści ma skorupę. Pchły jedzą go żywcem"

- Po co panu te psy? - spytaliśmy pana Andrzeja. Oprócz Dunaja na podwórku widać było innego, również uwiązanego łańcuchem, owczarka podhalańskiego imieniem Buciek. Za stodołą znajdowały się dwa kolejne psy: Burek i Baca.

- Ja tu mieszkam. Ktoś przyjedzie, w nocy jeżdżą różne dziady. Szczekają te dwa - właściciel wskazał na owczarki stojące bliżej domu. - Albo na odwrót: idzie ktoś od rzeki, to szczekają tamte. Odstraszają - pan Andrzej skierował palec na stodołę, za którą kryją się dwa kolejne psy.

Cztery żywe czujniki. System alarmowy na 16 łapach.

W związku z tym, że zakaz trzymania zwierząt na łańcuchach zawetował prezydent Karol Nawrocki, a weta nie udało się przełamać w Sejmie, psy nadal mogą być na uwięzi, jeśli łańcuch ma co najmniej trzy metry długości.

Ale jest też drugi warunek: psy można tak trzymać przez co najmniej 12 godzin, potem muszą być odpięte, przynajmniej na krótki czas. Tymczasem brak śladów na śniegu - a ten w momencie naszej wizyty nie sypał na Podhalu wówczas już od paru dni - wskazywał, że Dunaj ostatnio nigdzie się nie ruszał. To wrażenie potęgował fakt, że przed budą znajdowało się sporo odchodów. Owczarka dało się łatwo odpiąć z łańcucha - co nie jest regułą w przypadku psów łańcuchowych - choć kołtun z sierści owinął mu się wokół metalowego mocowania w obroży.

Przedstawicielki PIW nie miały wątpliwości, że przynajmniej jeden z psów - Baca - musi zostać zabrany. Zawnioskowały o to do gminy. - Pies jest bardzo chudy. Zamiast sierści ma skorupę. Pchły jedzą go żywcem - zwróciła uwagę w rozmowie z nami Magdalena Włodek-Jarzyna z KTOZ.

Baca to jeden z dwóch psów, które były sołtys zgodził się oddać
Baca to jeden z dwóch psów, które były sołtys zgodził się oddać
Źródło: KTOZ

Właściciel "nie wykorzystał szansy"

Nie była to pierwsza wizyta przedstawicieli PIW w tym gospodarstwie. Pracownicy powiatowego inspektoratu podczas kontroli na początku grudnia stwierdzili nieprawidłowości dotyczące warunków, w jakich trzymane są psy. Wydano zalecenia: ocieplenie bud, utrzymanie porządku, odrobaczenie, zapewnienie stałego dostępu do wody i odpowiedniej jakości karmy.

Kolejna kontrola została przeprowadzona pod koniec grudnia. - Właściciel nie zastosował się do zaleceń, nie wykorzystał danej mu szansy. 15 stycznia stan jednego z psów zamiast się poprawić, to się pogorszył. Chodziło przede wszystkim o to, że właściciel nie rozczesał kołtunów, które w zimie trzymają wilgoć. Zwierzęciu w takiej sytuacji jest zimno - wyjaśnił w rozmowie z tvn24.pl dr Krzysztof Gałązka, Powiatowy Lekarz Weterynarii w Nowym Targu.

Kołtuny należało ściąć, dlatego owczarek zostałby bez ochrony przed zimnem. Jednak właściciel stwierdził, że nie byłby w stanie go trzymać w żadnym ocieplonym miejscu. Ostatecznie nie zrobił nic, żeby poprawić mu byt.

- Wkrótce skierujemy do organów ścigania zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa znęcania się nad psem - zapowiedział Gałązka.

Inspektorki z Nowego Targu wydały też ponownie szereg zaleceń co do pozostałych zwierząt. Zagroziły mandatami, jeśli mężczyzna nie spełni ich poleceń.

U właściciela zostały jeszcze dwa inne psy, w tym Burek
U właściciela zostały jeszcze dwa inne psy, w tym Burek
Źródło: KTOZ

Pan Andrzej zadeklarował, że warunki poprawi. Ale stwierdził, że działaczki KTOZ "się nie znają". - Tu jest wszystko dobrze - skomentował. Nie chciał dobrowolnie oddać zwierząt, a przedstawicielki towarzystwa nie skorzystały wtedy z możliwości interwencyjnego odbioru psów, skoro inspektorat weterynarii postanowił dać mężczyźnie kolejną szansę na dostosowanie warunków życia owczarków do panujących mrozów.

Magdalena Włodek-Jarzyna podkreśliła, że krakowskie towarzystwo kontrolowało pana Andrzeja od marca 2025 roku kilkanaście razy. - Od tamtej pory nie zmieniło się prawie nic, pomimo że właściciel podpisywał zobowiązania. W ubiegłym roku pan Andrzej zrzekł się podczas naszej interwencji suczki Doliny, która miała nowotwór. Już jest po operacji i dochodzi do zdrowia. Gdyby została tutaj, umarłaby - oceniła działaczka towarzystwa.

Burza w mediach społecznościowych

O sprawie zrobiło się głośno niedługo po interwencji z 15 stycznia. W mediach społecznościowych rozszedł się wpis Damiana Żurawskiego, aktywnego w obszarze praw zwierząt radnego z Sosnowca.

"Przy mrozach sięgających -18 stopni Celsjusza cztery psy nadal są tam uwięzione na łańcuchach całe życie bez spacerów, w nieocieplonych budach, bez wody, karmione zamarzniętym, skiśniętym chlebem. Jedno z nich jest skrajnie wychudzone i chore, bez jakiejkolwiek opieki weterynaryjnej" - napisał sosnowiecki radny.

Na wpis zareagowały tysiące użytkowników. Niektórzy oznaczali w komentarzach oficjalny profil burmistrza Czarnego Dunajca. Telefon urywał się tak w siedzibie KTOZ, jak i w urzędzie gminy.

Presja podziałała. Na wpis zareagował burmistrz Czarnego Dunajca Marcin Ratułowski. Poinformował, że urząd gminy otrzymał już wniosek o odebranie jednego psa, Bacy. Zadeklarował podjęcie "stosownych i bezzwłocznych działań w tej sprawie".

W sobotę, 17 stycznia, na posesji byłego sołtysa zrobiło się tłoczno. Przyjechali urzędnicy, inspektorzy KTOZ - już po raz trzynasty, prawniczka Stowarzyszenia Prawnicy na Rzecz Zwierząt i przedstawiciele Fundacji Prawnej Ochrony Zwierząt Lex Nova.

Była jednak jeszcze jedna osoba: Paweł Dziubek, wiceprzewodniczący rady gminy, były kandydat PiS na burmistrza Czarnego Dunajca. Co tam robił? - Reprezentuję mieszkańców i bronię rolników - wyjaśniał, stając w obronie byłego sołtysa. Na nagraniu zarejestrowanym przez pracownice KTOZ słyszymy: - Będę bronił tego rolnika. Jeżeli macie protokół, że pies jest w jakimś stopniu chory, czego ja nie mogę stwierdzić, to ten pan się zgadza na to, żeby go oddać - mówił radny Dziubek.

Spór dotyczył przede wszystkim psa Dunaja, bo Powiatowy Inspektorat Weterynarii w Nowym Targu zawnioskował o odebranie wyłącznie Bacy. KTOZ chciał zabrać oba czworonogi, uznając, że są w złym stanie. Na to nie chciał się zgodzić ani pan Andrzej, ani broniący go radny.

- Ten pan czuje się zaszczuty. Non stop go nachodzą. A on ma 77 lat. Jemu trzeba jak najwięcej pomóc - powiedział wiceszef rady gminy w rozmowie z tvn24.pl. Jak podkreślił, nie widział, by w budach znajdował się lód. - Panie z KTOZ powinny pokazać protokół z podpisem lekarza weterynarii, który stwierdza, że ten pies jest w złym stanie. Nie może być tak, że ktoś mówi, że "na oko" jest źle - ocenił Paweł Dziubek.

Pytany o stan Dunaja weterynarz Krzysztof Gałązka nie potwierdził, by pies był w stanie, który wymuszałby jego interwencyjny odbiór. Przyznał jednak, że inspektorzy dostrzegli uchybienia. Przypomnijmy: pracownicy PIW już dwukrotnie wydawali zalecenia, które były sołtys zignorował.

Jako że sytuacja wydawała się patowa, na miejsce został wezwany sekretarz gminy Czarny Dunajec Michał Jarończyk. To w strukturze urzędu druga osoba po burmistrzu. Samorządowiec uspokoił trochę nastroje. Ostatecznie pan Andrzej, właściciel zwierząt, zgodził się na oddanie przedstawicielom KTOZ dwóch owczarków: Bacy oraz Dunaja. To ułatwiło całą procedurę.

Niedługo po interwencji burmistrz Marcin Ratułowski ogłosił sukces. "Psy są już bezpieczne. Zostaną objęte opieką, leczeniem i schronieniem (...). Dzięki reakcji ludzi dobrej woli, mieszkańców oraz organizacji społecznych działających na rzecz zwierząt mogliśmy z dnia na dzień skutecznie pomóc tym psom" - napisał samorządowiec, dziękując mieszkańcom za zgłoszenia.

Jak wynika z informacji przekazanych nam przez KTOZ, w dziewięciostopniowej skali BCS - stosowanej do oceny wagi psów - Baca uzyskał wynik dwa. Oznacza to, że jest bardzo niedożywiony. Z Dunajem jest niewiele lepiej - lekarz weterynarii ocenił jego stan w tej samej skali na trzy. Prawidłowy wynik to cztery lub pięć.

Dlaczego dopiero teraz zwierzętom udało się pomóc? - W tym gospodarstwie w ciągu ostatniego roku nasi pracownicy byli kilkukrotnie. Jednak my nie mamy prawa do odbioru zwierząt jako gmina. Taką możliwość mają organizacje, których celem statutowym jest ochrona zwierząt, i policja - powiedział nam sekretarz Michał Jarończyk.

Ustawa o ochronie zwierząt mówi, że decyzję o czasowym odebraniu zwierzęcia, które jest m.in. trzymane w niewłaściwych warunkach, podejmuje wójt gminy, burmistrz lub prezydent miasta. Decyzja podejmowana jest jednak po zgłoszeniu na przykład od policji, straży gminnej lub organizacji takiej jak KTOZ.

- Gmina wiedziała o sytuacji zwierząt od dłuższego czasu, jednak niewiele w tej sprawie zrobiono. Gmina miała narzędzia, żeby w tej sprawie zadziałać wcześniej. Mogła choćby powiadomić powiatowego lekarza weterynarii czy policję albo poprosić o pomoc organizację zajmującą się ochroną zwierząt - oceniła w rozmowie z nami Sara Obrzud ze Stowarzyszenia Prawnicy na Rzecz Zwierząt.

- Zawsze niezwłocznie interweniowaliśmy na zgłoszenia od mieszkańców oraz na informacje z mediów społecznościowych, najpóźniej na drugi dzień. Były rozmowy z właścicielem. Nie mamy jednak w urzędzie weterynarzy, fachowców, a urząd nie posiada kompetencji do kontroli stanu zwierząt, więc zawsze zawiadamiamy inspekcję weterynaryjną. Były wyciągane wobec tego mieszkańca konsekwencje przez inspekcję w postaci kar finansowych, jak również były wydawane zalecenia po kontroli - zwrócił uwagę sekretarz Michał Jarończyk.

O sprawę spytaliśmy również nowotarską policję. Chcieliśmy wiedzieć, ile razy funkcjonariusze interweniowali u pana Andrzeja i jakie działania podejmowali - w tym czy kiedykolwiek zawiadamiali o warunkach utrzymywania zwierząt sąd lub prokuraturę. Rzecznik Komendy Powiatowej Policji w Nowym Targu aspirant sztabowy Łukasz Burek poinformował nas, że nie może nam odpowiedzieć w związku z ochroną prywatności mieszkańca, którego dotyczyły nasze pytania.

"Bardzo wychudzone" krowy, sierść "odpadała razem z odchodami"

Nie tylko psów dotyczyły interwencje KTOZ i Powiatowego Inspektoratu Weterynarii w Nowym Targu. Chodziło też między innymi o krowy.

- Gdy zobaczyliśmy je w marcu ubiegłego roku, były bardzo wychudzone. Na ciele miały łyse placki, sierść odpadała im razem z przylepionymi odchodami. Na interwencję PIW czekaliśmy miesiąc, jak nie półtora. Krowy były już na pastwisku i zdążyły trochę odżyć, nabrały trochę masy. Usłyszałyśmy, że jesteśmy po prostu negatywnie nastawione do tego pana - powiedziała nam Joanna Repel z KTOZ.

Według obrońców zwierząt krowy są bardzo zaniedbane
Według obrońców zwierząt krowy są bardzo zaniedbane
Źródło: Bartłomiej Plewnia, tvn24.pl

Powiatowy Lekarz Weterynarii poinformował tvn24.pl, że pierwsza kontrola zwierząt gospodarskich została przeprowadzona w czerwcu ubiegłego roku. - Zwierzęta były w dobrym stanie, ale nie wszystkie były zakolczykowane. Stwierdziliśmy też nieprawidłowości co do budynków inwentarskich. W grudniu, gdy zwierzęta wróciły już z wypasu, przeprowadzono ponowną kontrolę. Budynki zostały odremontowane, a stan tych zwierząt był dobry - podkreślił Krzysztof Gałązka.

Zdaniem mecenas Sary Obrzud krowy "mają zmiany skórne i są zaniedbane". - Co prawda nie można mówić o tak skrajnym wychudzeniu, jakie było w marcu 2025 roku, ale te zwierzęta stosunkowo niedawno zeszły z pastwiska. Jeszcze się trzymają. W marcu będzie powtórka. Stanowisko powiatowego lekarza weterynarii jest moim zdaniem niepoważne - oceniła mecenas Obrzud.

Obrońcy praw zwierząt pokazali jednak zdjęcia z ubiegłego roku, na których krowom widać szkielet. Obawiają się, że wkrótce sytuacja się powtórzy. Dlatego Fundacja Prawnej Ochrony Zwierząt Lex Nova poinformowała o złożeniu do gminy wniosku o odebranie krów właścicielowi.

OGLĄDAJ: TVN24 HD
pc

TVN24 HD
NA ŻYWO

pc
Ten i inne materiały obejrzysz w subskrypcji

Redagował Piotr Kozanecki

Czytaj także: