- Gdzie w pobliżu znajdę hodowlę psów? - pytam mieszkankę Raciborska, niewielkiej miejscowości między Wieliczką a Dobczycami.
Kobieta otwiera szeroko oczy i zawiesza się na dłuższą chwilę, patrząc mi prosto w twarz. Ponawiam pytanie. Po nim znów następuje chwila ciszy.
- Pan chce kupić stamtąd jakiegoś psa? - pyta zdumiona.
- Nie, jestem dziennikarzem.
- Uf... - wzdycha kobieta. I tłumaczy: - Bałam się, że pan chce. A mi serce się kraje, nie mogę patrzeć na krzywdę tych zwierząt. Wszyscy tu u nas dzwonią po służby, a ta hodowla dalej działa.
Kieruje mnie pod adres ogrodzony dość okazałym, zdobionym płotem. To chyba największa posesja w okolicy, z dużym domem pośrodku i garażem na tyłach. Na podjeździe stoi jeden samochód, za ogrodzeniem trzy kolejne, w tym czarne Audi najnowszej generacji z przyciemnianymi szybami. Taki model w salonie kosztuje minimum 250 tysięcy złotych.
O tym, że hodowane są tu psy, świadczy pięć dużych pudeł, postawionych jedno na drugim nieopodal furtki. Na boku każdego z nich znajduje się logo producenta karmy dla zwierząt.
Dzwonię kilkukrotnie, wracając na miejsce przez kolejną godzinę co kilkanaście minut. Nikt nie odpowiada.
A pytań, na które szukam odpowiedzi, jest sporo, bo to właśnie pod tym adresem funkcjonować ma fabryka szczeniąt - pseudohodowla, której lokalne służby nie potrafią zamknąć od około dekady. Psy, których nie udało się sprzedać, dla właścicieli stanowiły balast, którym nie warto się zajmować. Nie wychodziły z klatek, głodowały, często palił je ból sączących się ran.
Zwierząt doglądała mieszkająca tam rodzina - przede wszystkim 50-letni Mariusz Ś., ale też jego siostra i matka.
W Raciborsku byliśmy w środę, 4 lutego. Dwa dni później pseudohodowla została zlikwidowana. Od działaczy organizacji prozwierzęcych słyszymy: to efekt nacisku społecznego, który powstał po publikacjach dotyczących psów z Sobolewa, kontrolach patoschronisk i pytaniach dziennikarzy.
6 lutego na posesji zrobiło się tłoczno. Pojawili się policjanci, strażnicy miejscy, urzędnicy z wiceburmistrzem na czele, inspektorzy weterynarii i przedstawiciele organizacji prozwierzęcych. Podczas trwającej 10 godzin akcji zabezpieczono 149 psów, które trafiły pod skrzydła m.in. Fundacji dla Zwierząt Judyta, Fundacji dla Zwierząt La Fauna i do schroniska w Borku, prowadzonego przez Fundację Straż Obrony Praw Zwierząt.