Limit 240 zł dla wszystkich lekarzy? Ekspertka: równe kwoty nigdy nie są sprawiedliwe

shutterstock_433175617 (1)
Anna Gołębicka: Równe kwoty nigdy nie są sprawiedliwe
Źródło zdj. gł.: Shutterstock
Rząd chce ograniczyć najwyższe wynagrodzenia lekarzy w publicznych szpitalach. Proponowany limit 240 zł brutto za godzinę ma ukrócić "kominy płacowe", ale - jak ostrzega na antenie TVN24 ekonomistka Anna Gołębicka - nie rozwiąże to problemów ochrony zdrowia, a może jedynie przykryć ich prawdziwe źródło.

Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało w ubiegłym tygodniu pakiet zmian w ochronie zdrowia. Ma on objąć limity wynagrodzeń dla medyków, przyspieszenie centralnej e-rejestracji i stworzenie scentralizowanej kolejki na zabiegi, a także wzmocnienie mechanizmów kontrolnych - szczegółowo opisywaliśmy to w tvn24.pl.

Jedną z najgłośniejszych propozycji jest jednak wprowadzenie maksymalnych poziomów wynagrodzeń dla lekarzy, czyli stawki 240 zł brutto za godzinę. Resort przekonuje, że chodzi o ukrócenie "kominów płacowych" i większą przejrzystość wydawania publicznych pieniędzy. Pomysł budzi jednak duże emocje. Z jednej strony pacjentów bulwersują doniesienia o lekarzach zarabiających po kilkadziesiąt, nawet 80-100 tys. zł miesięcznie. Z drugiej - pojawia się pytanie, czy odgórne limity są regulacją sprawiedliwą i czy nie wypchną części specjalistów z sektora publicznego do prywatnego.

O propozycji Ministerstwa Zdrowia mówiła dziś na antenie TVN24 Anna Gołębicka, ekonomistka, ekspertka ds. komunikacji i zarządzania z Centrum im. Adama Smitha.

"Równe kwoty nigdy nie są sprawiedliwe"

Gołębicka zwraca uwagę, że jedna maksymalna stawka dla wszystkich może nie oddawać realnych różnic między dyżurami, specjalizacjami i poziomem odpowiedzialności. - Równe kwoty nigdy nie są sprawiedliwe. Bo wtedy ten, kto ma spokojny dyżur i może na nim spać, zarobi maksymalnie 240 zł za godzinę, czyli tyle sobie wynegocjuje. I ten, kto wykonuje unikalną, bardzo skomplikowaną operację, która trwa dwie godziny i jest ultra ciężka, dostanie 480 zł. To nie jest sprawiedliwe - mówiła.

Przypomniała też, że Centrum im. Adama Smitha sprawdzało, co o wynagrodzeniach lekarzy myślą Polacy, a ci "w większości są przekonani, że lekarz powinien zarabiać godnie". - Bardzo duża część badanych uznała, że trzy średnie krajowe to jest godne wynagrodzenie. Natomiast wszyscy mamy w sobie sprzeciw wobec pensji na poziomie 80-100 tys. zł miesięcznie - mówiła Gołębicka.

Klatka kluczowa-558927
Anna Gołębicka o reformie zdrowia i limitach wynagrodzeń lekarzy

"Lekarz to skarb". Dlaczego szpitale płacą tak dużo?

Ekonomistka wskazywała, że wysokie stawki nie biorą się wyłącznie z chciwości czy złej woli, ale z konstrukcji systemu. - Koszalin [padły tam rekordowe wynagrodzenia dla lekarzy - red.] jest dobrym przykładem patologii w polskiej ochronie zdrowia. To szpital, który nie ma specjalnie dużej konkurencyjności i tam lekarz jest skarbem. Dyrektor szpitala bije się o tego lekarza, w pewnym sensie jest przez lekarzy szantażowany. Miasto chce utrzymać szpital, bo każdy chce utrzymać szpital. To jest paradygmat starej ochrony zdrowia - mówiła.

Zdaniem Gołębickiej problem polega na tym, że lokalne władze i dyrektorzy szpitali często myślą przede wszystkim o utrzymaniu placówki, a nie o tym, jak zorganizować skuteczną opiekę nad pacjentem. - Kiedyś zadałam włodarzom miast, którzy mają pod swoją kuratelą szpitale, pytanie: czy dla was celem jest to, żeby wasza populacja, wasi obywatele byli zdrowi, czy żeby utrzymać szpital? Spojrzeli na mnie i powiedzieli: "Ale jak to, żeby byli zdrowi? Przecież jest szpital, jest ośrodek zdrowia" - mówiła na antenie TVN24.

"Nie łóżko, tylko dobra opieka"

Według ekspertki polska ochrona zdrowia powinna odejść od myślenia, że najważniejsze jest samo istnienie szpitala i łóżka dla pacjenta. Jak mówiła, pacjent potrzebuje nie "jakiegokolwiek łóżka", ale dobrze zaplanowanej ścieżki leczenia. - Powinniśmy zapewnić pacjentowi całą ścieżkę opieki: od kontaktu z lekarzem rodzinnym, przez specjalistę, do którego da się dotrzeć, po szpital, w którym można dochodzić do zdrowia. A jeśli potrzebna jest wysokospecjalistyczna operacja, na przykład onkologiczna, powinien ją wykonać wybitny specjalista, który się w tym specjalizuje i u którego ryzyko błędu jest mniejsze - mówiła Gołębicka.

Jednym z głównych źródeł problemu są, zdaniem ekspertki, wyceny świadczeń. - Jedna rzecz jest wyceniona bardzo dobrze i każdy dyrektor szpitala chce ją mieć, żeby utrzymać szpital. Druga rzecz jest wyceniona tak, że żaden dyrektor nie chce jej mieć i ją wypycha. Stąd zjawisko rodzynkowania, czyli wyciągania najlepiej wycenionych procedur. Wtedy jeden jest pacjent "opłacalny", a inny "nieopłacalny" - tłumaczyła.

Ekspertka ocenia, że system dobrnął do momentu, w którym o tych mechanizmach trzeba mówić otwarcie. - Doszliśmy do naprawdę dużej patologii. Może całe szczęście, że teraz to wszystko się wylało, że wszyscy o tym mówimy, że nie ma już tematów tabu. Lobby, które ciągnęły w swoją stronę, nie mogą już tego ciągnąć po cichu, bo całe społeczeństwo to widzi. Wbrew pozorom to jest dla nas dobry moment. Tylko, jak mówią młodzi ludzie: "nie zepsuj tego" - mówiła Gołębicka.

"Atmosfera w ochronie zdrowia od lat jest bardzo zła"

Ekonomistka mówiła też o napięciach w samym środowisku medycznym. Jej zdaniem system wynagrodzeń od dawna dzieli personel. - Atmosfera w ochronie zdrowia od wielu lat jest bardzo zła. Kultura organizacji nie wspiera jej, tylko rozczłonkowuje od środka. Już jakiś czas temu mówiliśmy, że tam jest atmosfera plemienna: każde plemię ciągnie w swoją stronę, widzi tylko swoją perspektywę, każda część się zabetonowała - oceniła.

Jak mówiła, część lekarzy zarabia znacznie mniej niż osoby, których wynagrodzenia są dziś pokazywane jako przykład patologii. - Są lekarze, którzy według danych AOTMiT zarabiają 15-20 tys. zł na umowę o pracę. Pediatrzy, geriatrzy - jest dużo takich specjalizacji. Nawet kardiologia, jeśli jest interwencyjna, jest ultra dobrze wyceniana, ale jeśli nie jest interwencyjna, to wcale nie jest "królową pieniędzy" - wskazywała.

Według Gołębickiej tak duże różnice wynagrodzeń niszczą zespoły. - Na jednym nocnym dyżurze był ktoś, kto zarabiał 10 tys. zł, i ktoś, kto zarabiał 100 tys. zł. Nie można mieć dobrej atmosfery, budować dobrego zespołu i rozumieć się, jeśli pieniądze tak bardzo różnią. Dlatego dobrze, że to wypłynęło. To sposób, żeby system w jakimś sensie się oczyścił i stał się bardziej transparentny - mówiła.

Najpierw plan, potem limit

Pytana o to, kto powinien naprawiać system, Gołębicka wskazała, że "najpierw musi być jeden plan: po co robimy ochronę zdrowia, do czego ona zmierza, jak ma wyglądać." Przypomniała także, że modeli na świecie jest bardzo dużo i są państwa, w których to funkcjonuje lepiej, np. w Szwajcarii. Zaznaczyła jednak, że nie da się prostych rozwiązań przenieść "jeden do jednego" do Polski. - Trzeba patrzeć na specyfikę danego państwa i narodu. Szwajcarzy są inaczej wychowywani. Musieli być za siebie odpowiedzialni i sami do pewnej kwoty płacą za usługi medyczne. Od tego, ile deklarują, że sami zapłacą, zależy ich ubezpieczenie. To system mocno obciążający obywatela finansowo - tłumaczyła.

Wskazała też na model amerykański, w którym brak ubezpieczenia może oznaczać finansową ruinę. - Tych systemów jest bardzo dużo i my musimy się zdecydować, w jakim kierunku chcemy iść razem z obywatelami. Jasno opowiadając, że nie ma takiej opcji, że wszystko jest za darmo - mówiła Gołębicka.

Klatka kluczowa-559447
Piotr Wójcik: pięć rad, jak uzdrowić system ochrony zdrowia

Zdaniem ekonomistki samo ograniczenie wynagrodzeń nie wystarczy, jeśli państwo nie sprawdzi, dlaczego system się nie bilansuje. - Najpierw jest cel, jest model i dopiero do tego modelu trzeba dopasować rozwiązania. Trzeba pogrzebać od środka, zobaczyć, co było przyczyną problemów, a nie tylko gasić objawowo. W medycynie wiemy, że jeśli będziemy leczyć tylko objawy, przyczyna nie ustąpi, a my tylko zaciemnimy obraz choroby. Tak samo jest z każdym procesem ekonomicznym - mówiła.

Źródło: tvn24.pl, TVN24
Czytaj także: